Menu

bibliotheke

Lektury niepoprawne?

j.szern

Przeczytałam dziś w Wyborczej artykuł o cenzurowaniu powieści Marka Twaina - słowo "nigger" (obraźliwe dla murzynów) zastąpiono słowem "slave" - 219 razy... Wszystko to, by dotrzeć do "jak najszerszego grona czytelników" i do szkolnych bibliotek, które niechętnie przyjmują książki o nawet najdelikatniejszym wydźwięku rasowym.Postawa wydawcy spotkała się z krytyką - pracowników akademickich, nauczycieli i miłośników prozy Twaina, którzy przypomnieli, że jego książki nie mają wydźwięku rasistowskiego, a sam pisarz był zaangażowany w walkę o prawa człowieka i krytykował rasizm.

Cały artykuł znajdziecie tu:  http://wyborcza.pl/1,75248,8911302,Twain_ocenzurowany__Wydawcy_wykreslaja_slowa_na__n____.html#ixzz1AeG2dp00

Przy okazji tego artykułu przypomniałam sobie o innych próbach "cenzury" literackiej. Na życzenie wnuka Agathy Christie zmieniono tytuł jej najlepszej moim zdaniem powieści z "Dziesięciu murzynów" na "I nie było już nikogo" - by przez przypadek nie urazić osób czarnoskórych - zupełnie nie rozumiem w jaki sposób, skoro o nich nie ma tam ani słowa - a wierszyk o murzyniątkach stanowi jedynie klucz sposobu dokonywania morderstw...

Przypomniałam sobie kościelny indeks ksiąg zakazanych, na którym znalazło się swego czasu wielu pisarzy, którzy zmieniali oblicze światowej literatury, których uwielbiam i do których często wracam.

Przypomniałam sobie również cezurowanie baśni braci Grimm - bo zbyt okrutne, krwawe... Czy przypadkiem po drugiej wojnie światowej nie upatrywano również w nich wpływu na okrucieństwo Niemców? Pamiętam, że swego czasu takie opinie "obiły" mi się o uszy...

Nie lubię cenzurowania literatury. Zwłaszcza takiego, o jakim napisano w powyższym artykule. Literatura jest dla mnie sferą wolności - jej granice wyznacza pisarzowi czytelnik - kupując i czytając jego książki, albo je odrzucając - bo nie podobają mu się zawarte w jego twórczości treści.

Nie traktuję pisarza jako moralnego autorytetu - on opowiada historie, które z chwilą, gdy opuszczają jego szufladę, zaczynają żyć własnym życiem. Biorą je do rąk czytelnicy, którzy je czytają przez pryzmat swojej sytuacji i życiowych doświadczeń. Dopisują im sensy, których nie zawsze był świadomy twórca. Dokonują pod ich wpływem decyzji, zmieniają swoje życie albo zmieniają życie innych ludzi (nie zawsze za ich zgodą a często przy wyraźnym sprzeciwie). Czy jednak możemy oskarżać twórców za błędy, które popełniamy pod wpływem ich książek? Czy możemy usprawiedliwiać nasze złe decyzje przeczytanymi książkami? Zdradziłam męża po przeczytaniu książki o zdradzie - to wina pani X. Zamordowałem człowieka pod wpływem wiersza - zainspirował mnie pan Y. Wywołano wojnę pod wpływem książki - to wina autora/autorki Z.

Bez przesady...

Czytanie może być niebezpieczne - ale czy nie należy wobec tego - zamiast cenzurować - uczyć odbiorców interpretacji? Tłumaczyć - często długo i cierpliwie, że nie ma jednego sposobu odczytywania lektury? Pokazywać różne klucze, którymi można książkę otwierać? Moim zdaniem można przeczytać "Mein Kampf" i nie stać się nazistą i można przeczytać "Biblię" i stać się zbrodniarzem. To kwestia klucza i odbioru.

Cenzura i indeksy to wg mnie pójście na łatwiznę. Oczywiście, wiele osób odetchnie z ulgą, że dzieci, młodzież i osoby o zwichrowanej osobowości nie będą miały dostępu do książek, które mogą je "zatruć". Dla mnie to jednak pewnego rodzaju zbrodnia na tekście i obraza dla inteligencji odbiorcy. Czy cenzura i ograniczanie ma zastąpić uczenie tolerancji i dystansu, za co są odpowiedzialni rodzice i nauczyciele przy wsparciu mediów i całego społeczeństwa? Jakie to byłoby dla nas wygodne...

Uważam, że nie tylko ugładzone i oswojone książki powinny być czytane w domu i omawiane w szkole. Również te, które budzą kontrowersje. Młodzież ma naturalną tendencję do łamania zakazów - jeśli czegoś nie wolno, to zapewne trzeba tego spróbować. Zamiast skazywać ich na samotne poszukiwania może lepiej jest im podać teksty (lub fragmenty tych tekstów), które są uznawane za "trujące" - ukazać konteksty ich powstawania, pokazać ich skutki, wzbudzić dyskusję, ukazać różne sposoby interpretacji? Myślę, że to bardziej do nich przemówi niż proste "nie wolno".

Potrzebni są nam czytelnicy. Ale czytelnicy mądrzy i zdystansowani. Tacy, którzy potrafią odróżnić fikcję od rzeczywistości. I tacy, którzy mądrze decydują - do jakich lektur już dojrzeli, a jakie lepiej pozostawić na później. I tacy, którzy biorą odpowiedzialność za swoje decyzje - a nie przerzucają ją na autorów. A takiej postawy się uczy - przez dialog, a nie przez zakazy i cenzorskie nożyczki.

Poprawność polityczna jest dobra - ale w granicach rozsądku. Zdrowego rozsądku...

Ufff... Ależ się rozpisałam - miało być kilka zdań komentarza, a okazało się, że krótki artykulik wzbudził we mnie wiele emocji i przypomniał mi moje częste przemyślenia i wątpliwości. Myślę, że będę do tego tematu jeszcze wracać...

A co Wy myślicie o cenzurowaniu książek pod wpływem poprawności politycznej? Uważacie, że trzeba zakazywać czy uczyć czytania?

Bardzo jestem tego ciekawa...

Komentarze (7)

Dodaj komentarz
  • mbmm

    Spróbuj dotrzeć do książki Bartłomieja Paszylka "Książki zakazane". Powody cenzurowania książek bywają najróżniejsze;)

  • j.szern

    Już dodaję ją do listy książek do przeczytania :)
    Wiem, że z różnych powodów ludzie książki cenzurowali - a to polityka, a to moralność, a to religia, ale mimo wszystko - stawiam na mądrego czytelnika :)

  • porzadek_alfabetyczny

    a pamiętasz jak nagle wszyscy się rzucili na ferdydurke po akcji giertycha? :D książki stały w oknach księgarni reklamowane jako zakazane...:)
    parę lat temu czytałam w NYT o tym, ze uczniowie w usa głosowali przeciw omawianiu 1984, bo książka wydawała im się 'zbyt dołująca'...głupota jest większym wrogiem niż cenzura

  • j.szern

    Pamiętam :) Obeszłam wtedy trzy księgarnie, żeby kupić "Ferdydurke", bo ktoś ode mnie pożyczył mój prywatny egzemplarz i nie oddał, a była mi ta książka potrzebna :D
    Co do głupoty - zgadzam się. Cenzura bywa jej skutkiem.

  • amjan

    Cała ta cenzura jest oczywiście idiotyczna.
    Ale jeszcze inna rzecz - odnośnie Polski: słowo 'nigger' w angielskim jest oczywiście obraźliwe, bo tak się go obecnie używa (kiedyś tak nie było), jednakże nasze słowo 'murzyn' nie jest i nigdy nie było obraźliwe - jest to fachowe określenie osoby o czarnej skórze, czy też mieszkańca Afryki. Murzynka Bambo każde dziecko zna. Niestety wielu idiotów wczuło się za bardzo w Amerykę i ochrzciło murzyna jako naszego polskiego niggera, i żeby było modnie i po amerykańsku to sobie tego zdemonizowanego murzynka teraz szkalują w imię urojonej walki z rasizmem.

  • j.szern

    Amjan, też nie lubię przesady w stosowaniu poprawności politycznej. Poprawność polityczna ma wiele zalet, ale uważam że obecnie zaczynamy przekraczać granice absurdu w jej przestrzeganiu.
    A do Tuwima mam sentyment. Jak byłam dzieckiem, moja mama często mi ten wierszyk czytała - na rasistkę nie wyrosłam... I zupełnie niepoprawnie dodam, że moim ulubionym ciastem w tym czasie był murzynek. Zastanawiam się, kiedy poprawność polityczna dotrze do polskiej kuchni :)

  • chihiro2

    Tłumaczenie "nigger" to nie "murzyn". "Murzyn" to "negro". "Nigger" tłumaczy się na "czarnuch" i to jest obraźliwe. A słowo "Murzyn" także w dzisiejszych czasach, swoją drogą.
    Moja londyńska biblioteka ma właśnie na jednym z regałów poustawiane książki, które w różnych czasach, w różnych częściach świata były/są zakazane. Jest tak i Orwell i "Alicja w Krainie Czarów", "Lolita" i Henry Miller, i wiele innych. Wzięłam książeczkę z biblioteki wyjaśniającą, dlaczego tych książek nie dopuszczano do powszechnego obiegu, bardzo ciekawe są powody każdej.
    A cenzury tego typu, książek historycznych, nie lubię i uważam, że nie powinna być stosowana. To są świadectwa pewnej epoki, nie powinno się w nie wnikać.

© bibliotheke
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci