Menu

bibliotheke

Detektyw mimo woli

j.szern

 

S. Hamilton

 

Ostatni miesiąc spędziłam z Byatt i jej "Opętaniem". Tyle czasu zwykle książkom nie poświęcam - nawet tym grubym i trudnym. Niekiedy wystarczało mi przeczytanie kilku stron, żeby zapewnić sobie materiał do rozmyślań na resztę dnia. Teraz próbuję uporządkować te wrażenia - przeglądam notatki, kartkuję jeszcze raz książkę oklejoną żółtymi karteczkami, napiszę dwa zdania, skasuję, napiszę kolejne i pokręcę nad nimi nosem - ale prędzej czy później opublikuję, co mi w głowie siedzi.

Po książce wymagającej ode mnie skupienia, która raczej nie nadawała się na podczytywanie pod biurkiem i którą nie zawsze mogłam czytać w autobusie czy pociągu (mimo to się z nią nie rozstawałam), zapragnęłam przeczytać coś mniej skomplikowanego, wciągającego, coś, co dostarczy mi przede wszystkim rozrywki, a przy okazji pozwoli ruszyć wyzwaniowy wyrzut sumienia spoczywający obok łóżka.

Padło na powieść Steve'a Hamiltona. Na liście wyzwaniowej umieściłam "Zimę pełni księżyca', ale ponieważ jest to druga część cyklu, a ja mam postępującą obsesję na punkcie chronologii, wyciągnęłam z półki "Zimny dzień w raju". Czytałam - jak zwykle ostatnio - w dopadkach (tęsknię za możliwością przesiedzenia nad książką całego dnia - albo chociaż kilku godzin...).

Głównym bohaterem powieści jest Alex McKnight - dobiegający powoli pięćdziesiątki (przynajmniej wg moich wyliczeń) prywatny detektyw. Z pozoru - normalny, przeciętny facet - jakich wielu w Ameryce. Od niedawna pracuje jako prywatny detektyw - na skutek przypadku - zostaje wplątany w serię zabójstw, których sprawcą wydaje się być człowiek, który z inicjatywy Alexa przed laty został zamknięty w więzieniu bez możliwości zwolnienia warunkowego...

"Alex McKnight to jedna z najciekawszych i najoryginalniejszych postaci w literaturze kryminalnej." Taką zapowiedź możemy przeczytać na okładce. Nie ukrywam, że zbyt dosłowne potraktowanie jej treści może zaowocować pewnym niedosytem - jak miało to miejsce w moim przypadku.

W kwestii oryginalności detektywów bywam dość grymaśna. Przeczytałam sporo kryminałów - ciężko mnie zaskoczyć. A czytając powyższą zapowiedź ustawiłam poprzeczkę dość wysoko. I niestety - zamiast "najciekawszej i najoryginalniejszej postaci w literaturze kryminalnej" dostałam detektywa dość przeciętnego, pasującego jak ulał do utartego stereotypu.

Jakie zatem cechy kojarzą się z detektywem z powieści kryminalnych? Oto pobieżny wybór - który skonfrontowałam też ze stereotypami moich znajomych:

  • rozwodnik albo człowiek z problemami małżeńskimi (majaczy się tu w tle cień byłej żony McKnighta) tudzież innymi problemami sercowymi (tu: romans z żoną przyjaciela - lokalną femme fatale);
  • konflikty z kolegami z pracy tudzież z lokalną policją (Alex nie przepadał za swoim partnerem w czasach służby w policji, plus bieżący konflikt z szefem lokalnej policji - Mavenem);
  • choroba / nałóg - ewentualnie jedno i drugie (w przeszłości ciągi alkoholowe, co by się uporać z traumą, w pakiecie - kula pozostawiona przez psychopatę tuż przy sercu - "a w sercu obraz TAMTEJ nocy"...);
  • wyrzuty sumienia (Alex obwinia się m. in. o śmierć partnera);
  • nocne koszmary (trafiony - zatopiony);
  • prześladowca z przeszłości (telefony, róże, listy - pełen serwis);

To nie pierwszy raz, kiedy nacinam się na szumnych zapowiedziach z okładki. I mimo, że staram się traktować je z przymrużeniem oka - nie lubię się nacinać aż tak boleśnie.

Boleśnie, bo Alex McKnight - detektyw mimo woli - pragnący normalności i uwikłany w psychologiczne gry, jest postacią nie tylko typową, ale również dość irytującą. Nie policzę chwil, w których miałam ochotę trzepnąć go czymś ciężkim w potylicę, w celu wyleczenia z "pierdołowatości decyzyjnej"...

"Postacie tworzą tajemniczy świat, gdzie każdy każdemu ma coś za złe. Gdzie nikt nie jest bez winy. Gdzie ludzie popełniają straszne i niewygodne czyny z bardzo prozaicznych powodów."

Moim zdaniem kolejny - niestety - okładkowy przerost formy nad treścią... Owszem, jest gra, jest uwikłanie - tylko dlaczego do diabła nie jest w stanie mnie to obejść? Konia z rzędem temu, kto nie domyśli się finału - nawet ja przy trybie czytelniczym "niewinność" byłam w stanie to zrobić..

"Strach jest w powieściach Steve'a Hamiltona wszechobecny. Ciąży i narasta wraz z piętrzącymi się zagadkami. Wypełnia i rozsadza nieprzewidywalną akcję."

Owszem, autor stara się stworzyć klimat zagrożenia i osaczenia - są powiewy wiatru, splątane konary, cienie, skrzypy - cały sztafaż, który jednak po mnie spływał jak po kaczce woda. Czytałam o strachu, wyłapywałam chwyty, które miały sprawić, żeby mi się on udzielił, ale nijak, nijak, nijak nie byłam w stanie go poczuć. Nie pomogła nawet pierwszoosobowa narracja - która z założenia ma przecież pozwolić bardziej utożsamić się z postacią. Nie pomogło nawet powolne ujawnianie tajemnic z przeszłości. Czytałam w recenzjach z Merlina, że autor genialnie tworzy klimat rodem z "Przystanku Alaska" - nie oglądałam, więc nie ocenię.

"Nic więc dziwnego, że powieści Steve'a Hamiltona stały się ewenementem w literaturze kryminalnej. Od pierwszej części siedmiotomowej serii [...] wygrywają z uznanymi mistrzami. Zostały obsypane najwyższymi nagrodami dla literatury kryminalnej: Shamus i Edgar Awards oraz nominowane do Barry Award, Anthony Award i brytyjskiej Dagger Award."

Jeśli o mnie chodzi - to Zimny dzień w Raju nie przebije Mankella czy Val McDermid. Może to kwestia gustu? Może to kwestia kolejnego spóźnionego przekładu? Bo powieść powstała w 1998 roku - kto tam wie, może wtedy była w pewien sposób odkrywcza? Ja ciągle szukam odpowiedzi na pytanie - jakim cudem przeciętny detektyw i przeciętna intryga mogą wywoływać tyle komplementów (okładkę rozumiem - marketing, ale są przecież też piejący z zachwytu recenzenci) i nominacji do ponoć uznanych i prestiżowych nagród? Cud? Zaślepienie? Czy też jakaś moja zaćma sprawiła, że wprawdzie przeczytałam tę powieść płynnie i bez rzucania nią o ścianę, ale nie mogę podsumować jej inaczej niż "nihil novi"?... I jeszcze wyzłośliwiam się na teksty z okładki?...

A okładka - gustowna, prawda? :) Lubię tę serię wydawnictwa Amber. I tylko jednego nie jestem w stanie zrozumieć - co sprawiło, że porzucono wydania w twardych okładkach na rzecz paperbacków? Nie drażni mnie to w przypadku powieści "pojedyńczych", ale w przypadku serii - owszem. Ciśnienie mi się podniosło, jak zdobyłam pierwsze cztery części cyklu o Martinie Becku i zobaczyłam, że kolejne dwie są dostępne tylko w "miękkiej" wersji. I nie ma wyboru. A cena pozostaje bez zmian... Inna sprawa, że żadnej z tych książek nie kupiłam w cenie "regularnej", czyli tej z okładki. Zawsze trafiałam na jakieś kiermasze, wyprzedaże i promocje. Ale jakiś niesmak i pretensja pozostaje...

Żeby nie było, że tylko jęczę - a jest to usprawiedliwione, bo jestem chora, rozbita i przepracowana (stąd też przerwa w blogowaniu) ;) - przeczytam coś jeszcze z serii o detektywie mimo woli - czyli wyzwaniową Zimę pełni księżyca. Być może działa w tym momencie prawo serii. A może się łudzę, że jednak z McKnighta coś wyewoluuje? Jakiś motyl wyleci z kokona? No i jestem ciekawa, czy ta pierdoła (Alex) wybierze się na polowanie - a jakie, tego się dowiedzą ci, którzy przeczytają książkę ;)

Nie zachęcam i - mam nadzieję - nie zniechęcam zbyt mocno - natomiast liczę na to, że może ktoś napisze mi, że odniósł podobne wrażenia po lekturze. Albo przeciwnie - rąbnie mnie w głowę w komentarzu i otworzy mi oczy na nieuchwytną dla mnie wyjątkowość tego kryminału.

 

 

 

 

 

 

Komentarze (6)

Dodaj komentarz
  • bookfa

    Czesto mam chec napisania tekstu na okladke, ktory pasowalby do wiekszosci kryminalow. Mysle, ze moglby brzmiec tak: powiesc sensacyjna, ktora moze nie powali na kolana ale jest trup, jest super sprytny detektyw i rozwiazanie historii na koncu, ktore jednych zaskoczy bardziej a innych mniej.
    Przyznam sie, ze martwi mnie fakt, ze coraz mniej tego co czytam naprawde mi sie podoba. Kiedys smialam sie z mojej mamy, ktora krecila nosem przy czytaniu, ze czyta jakies "byleco". Radzilam jej, zeby w dzien pisala a wieczorem sobie to czytala, wtedy bedzie miala dokladnie to co chce czytac.

  • kasia.eire

    raczej nie sięgnę

  • grendella

    Chyba też raczej nie sięgnę, co nie zmienia faktu, że Twój wpis przeczytałam z duża przyjemnością. Ja też mam często wrażenie, że książka ma się nijak do opisu na okładce.

    Czekam też na twoje wrażenia, co do "Opętania" - ja też do napisania o tej książce zbierałam się bardzo dlugo :)

  • j.szern

    @bookfa - Moi znajomi od dawna sępią, żebym coś napisała - najlepiej kryminał, a ja się póki co wywijam. Ale - jak znam życie - przyjdzie kryska na matyska :)
    Marzę o wydawcy, który pozwoli, żeby na okładce był jakiś obrazek (albo i nie), tytuł książki i NIC POZA TYM. To byłby ciekawy eksperyment - bez tych wyrwanych z kontekstu recenzji zdań typu "wybitny", "wspaniały", "wysmakowany".

    @kasia.eire i grendella - Mam nadzieję, że Was tym wpisem nie zniechęciłam. Być może gdyby nie "Opętanie", to bym tak nosem nie kręciła i nie marudziła - tylko np. stwierdziła, że bez fajerwerków, ale w sumie można. Przyznacie obie, że po TAKIEJ książce nawet ulubione klimaty tracą nieco smak :)

  • porzadek_alfabetyczny

    zobacz jak inni reagują na w zamierzeniu lekkie & przyjemne książki po przeczytaniu czegoś naprawdę dobrego : notatkicoolturalne.blox.pl/2011/01/A-w-teatrze-ogolny-rozpizdziaj.html 'przez pierwsze sto stron denerwowałam się tylko, że takie pierdoły czytam' :)

    jak chcesz nacieszyć oko okładką bez pień reklamowych to obejrzyj 'geparda' lampedusy. to jedyna (?) niedawno (2009) wydana książka, której wydawca (szalony!) uznał że obroni się sama.

  • j.szern

    Ot, to to :) Przeczytałam i mogę tylko powiedzieć: skąd ja to znam :)

    Ale obawiam się, że w moim przypadku to nie tyle kwestia "czegoś lekkiego i przyjemnego" ogólnie, ale kwestia tego konkretnego kryminału. Bywało, że po książkach tzw. ambitnych i dobrych sięgałam po coś lekkiego i nie sarkałam i nie prychałam na prawo i lewo. Na studiach w okresie sesji, po semestrze spędzonym nad np. tekstami z listy lektur do egzaminu z romantyzmu (tylko ok 60 pozycji obowiązkowych - nie liczę nadobowiązkowych, które były obowiązkowe de facto i listy opracowań) królowały najbardziej szmirowate romanse i nikt nie mlaskał, że to takie proste i niewysmakowane - chcieliśmy się po prostu na chwilę odmądrzyć.
    Tymczasem poszperałam trochę po blogach i zobacz, jaką recenzję kryminału Hamiltona znalazłam: swiatksiazek.blox.pl/2009/01/W-kleszczach-strachu.html
    Zatem nie tylko ja odniosłam takie wrażenia z lektury - a nie czytałam wcześniej żadnych recenzji tej książki (poza tymi bzdetami z okładki).

    Lampedusa to klasyk. Obawiam się, że z nowymi autorami to nie przejdzie. Wydawcy nie zaufają czytelnikowi i będą chcieli go za łapkę jak dziecko we mgle prowadzić. A szkoda.
    Chciałabym, żeby jakiś polski autor kiedyś stwierdził - będę tylko imieniem i nazwiskiem na okładce - żadnych wywiadów, żadnego szperania w biografii, żadnych zdjęć na okładkach i wspomnień z dzieciństwa. Pełna anonimowość. I żadnych streszczeń. Żadnych opinii "autorytetów". Pisarz, który przemawia przez tekst - i tekst, który mówi sam za siebie. Pomarzyć sobie tylko mogę...

© bibliotheke
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci