Menu

bibliotheke

Głośniej od bomb

j.szern

Michał Dąbrowski

 

Mogłabym tę książkę zerecenzować jednym słowem, ale byłoby niecenzuralne - a ta stylistyka bardziej pasuje do recenzowania płyt Slayera, a nie bądź co bądź - literatury pięknej. Heh, no to się trochę rozpiszę :)

Mam w tym roku szczęście do książek pięknych, poruszających i doskonale napisanych (no, z wyjątkiem historii detektywa mimo woli) - i debiutancka powieść Michała Dąbrowskiego również do nich należy. Czekam teraz na kolejne książki tego autora i nie ukrywam, że wysoko sobie Michał Dąbrowski poprzeczkę zawiesił, wysoko, ale ostatecznie - jak spadać, to z wysokiego konia ;)

Bałam się trochę kupując tę książkę. Bo z jednej strony - "bezkompromisowa powieść o samooakceptacji", a z drugiej - historia człowieka, który rodzi się bez ręki. Boję się takich historii - i właściwie ich nie lubię. Może taka deklaracja jest niepoprawna politycznie, ale nie lubię książek o różnych formach niepełnosprawności. Nie lubię ich dlatego, że są często przesłodzone - niby dramatyczne, niby heroiczne, a tak naprawdę lukier się z nich wylewa i pragnienie pokazania - może i nie urodziłem/nie urodziłam się w pełni sprawna, ale nic mi to nie ujmuje - wkładam więcej wysiłku w "normalne" funkcjonowanie - więc zasługuję na więcej podziwu. Zaznaczam, że to mój prywatny odbiór tego rodzaju literatury. Nic nie poradzę na to, że po czytaniu tego typu książek czuję się wdeptana w ziemię i pełna wyrzutów sumienia w myśl zasady - "o, ta to ma farta, nie wie, co to PRAWDZIWE problemy, i jeszcze narzeka...". Może to skutek gadania różnych ciotek-pociotek*, które z kompleksów leczyły mnie pogadankami o moim szczęściu wynikającym z faktu przyjścia na świat z kompletem właściwym rąk i nóg (ale najwyraźniej bez głowy) - a że nogi nieforemne i parówkowate? To nic - "ważne, że działają, bo niektórzy nie mogą chodzić i jeżdżą na wózku - o, oni to mają prawdziwe problemy", "a tak naprawdę przecież liczy się wnętrze", i jeszcze w bonusie od wujków - "potwór nie potwór, byle miał...".

Na podobnej zasadzie nie cierpię czytać książek o biednych dzieciach z Afryki, które nie jedzą nawet jednego posiłku dziennie i umierają przedwcześnie z powodu braku szczepień - "a ty się odchudzasz i wiecznie jesteś niezadowolona ze swojej wagi, zamiast docenić to, że masz co jeść". Staram się wspierać UNICEF na ile mogę, akcje na rzecz Afryki i innych biednych rejonów też, nie gapię się nachalnie na osoby niepełnosprawne w tramwaju i pomagam wsiąść do autobusu osobom niewidomym - to dla mnie zachowania normalne i naturalne. Ale nie lubię być traktowana jak "gorszy" człowiek, dlatego, że urodziłam się bez wad wrodzonych i żadnej nie nabyłam (poza tym, że charakter mi się z wiekiem coraz bardziej paskudzi). Nic nie poradzę na to, że moich "blizn" nie widać. I że noszę je "od środka".

No, to se pogadałam ;] Ale ten wstęp był potrzebny, żeby uzmysłowić każdemu ewentualnemu odbiorcy tej recenzji/szkicu (czy cokolwiek to jest), że książka Michała Dąbrowskiego nie jest TAKĄ książką, której się spodziewałam i na myśl o której dostawałam dygotu. Jak nie lubię rozczarowań - to to rozczarowanie przyjęłam z wielką satysfakcją.

Owszem, autor dotyka tematu niepełnosprawności - jakkolwiek to słowo zupełnie nie pasuje mi do określenia tematu tej powieści - ale robi to bez lansu, heroizacji i wzbudzania wyrzutów sumienia w czytelniku. Głównym bohaterem jest dziecko, później chłopak, później dorosły mężczyzna, który rodzi się bez ręki. Dąbrowski pokazuje w jaki sposób budzi się w nim poczucie inności, odmienności - pewnego rodzaju naznaczenia, którego nie wybierał i którego nie chciał. Pisze o drodze, którą musiał przejść, o obawach i lękach, reakcjach ludzi, swoich nadziejach. (Może pomaga mu osobiste doświadczenie - choć unikałabym czytania tej książki tylko przez pryzmat autobiografii.) Pisze o tym w sposób prosty i pozbawiony patosu.

Zachwycił mnie język tej powieści (mój profesor określiłby go mianem "wysmakowanego" a podkreślam to, że mnie zachwycił, bo jestem pod tym względem wyjątkowo grymaśna) - precyzyjny jak skalpel. Interesująca jest również narracja - poprowadzona z perspektywy głównego bohatera i przeplatana lirycznymi, a zarazem bezwzględnymi - monologami jego dłoni. Tej dłoni, której "nie ma", a która przecież istnieje - głęboko ukryta w jego podświadomości, zepchnięta na margines, odrzucona - jest jak pasożyt, jak huba, karmiąca się lękiem bohatera przed odrzuceniem, jak cząstka tożsamości, której nie można długo niezauważać albo lekceważyć - bo zawsze o sobie przypomni - i zrobi to cudzymi ustami.

Wiele emocji wywołała we mnie ta książka - takich słodko-gorzkich. Łapałam się na tym, że były chwile, kiedy uśmiechałam się sama do siebie w trakcie lektury, były chwile, kiedy miałam łzy w oczach i były chwile, kiedy ogarniała mnie prawdziwa groza. Mogłam poczuć się tak, jak czuł się bohater książki - wejść w jego świat - pomimo własnej kompletności - nie pytajcie mnie jak autor to osiągnął, bo jeszcze tego nie rozgryzłam :)

Wspomniałam, że temat niepełnosprawności nie wyczerpuje tej książki. Dla mnie jest tylko pretekstem. Powieść Dąbrowskiego jest również subtelną analizą społeczeństwa - grupy tzw. "normalnych" i jej postaw wobec sytuacji, w którą został wtrącony bohater. To okrutna książka - ale nieprawdą jest, że okrutni są tylko ludzie "normalni", nawet dzieci - bo okrucieństwo tkwi również w naznaczonym chłopaku. Zastanawiałam się, z czego może wynikać to ostatnie okrucieństwo - czy jest odpowiedzią na komunikat świata - "jesteś inny/dziwny"? Czy też może jest cechą, która tkwi w każdym, niezależnie od tego, czy rodzi się z dłonią, czy bez?

Dąbrowski pisze również o rolach, które przypisujemy w codziennym teatrze życia niepełnosprawnym. Budzą strach. Fascynację. Odrazę. Ciekawość. Litość. Niekiedy zazdrość ("dobrze takiemu, pracować nie musi i wszystko mu pod nos podtykają"). Poprawiają humor. Jakkolwiek okrutnie to nie brzmi, widok człowieka niepełnosprawnego, który kuleje idąc ulicą lub przemieszcza się na wózku inwalidzkim, sprawia, że niektórym ludziom - jak niektórym moim ciotkom-pociotkom - jest zwyczajnie lepiej - mogą się dowartościować - "a ja mogę biegać, a ty nieeee!".

Jest to również w pewnym sensie powieść inicjacyjna, powieść o poszukiwaniu swojej tożsamości, o dojrzewaniu do siebie - i może z tego wynika uniwersalna jej wymowa. Z wielką łatwością przyszło mi tytułową dłoń zamienić na metaforę braku, który każdy z nas nosi w sobie, tylko każdy inaczej go określa. Może to nadinterpretacja z mojej strony - ale podkreślam - czytanie tej powieść przez pryzmat tematu niepełnosprawności uważam za wielkie nieporozumienie.

Kto jeździ autobusami w Wielkim Mieście, może zauważył reklamy tej książki. Może rzucił obojętnie okiem, prześlizgnął się po powierzchni ekranu nie do końca jeszcze rozbudzonym spojrzeniem. I nie zauważył, że ta książka jest jak bomba przygotowana do detonacji. Weźmiesz ją do rąk, zaczniesz czytać i wybuchnie ci prosto w twarz, rozsadzi głowę, odłamkami dotknie serca.

 

 

*) Bohater tej książki też miał upiorną przyszywaną ciotkę-pociotkę - doskonale go rozumiałam i łączyłam się z nim w niechęci do tego rodzaju baboli ;]

© bibliotheke
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci