Menu

bibliotheke

Ukryte

j.szern

Kozłowska

 

Umberto Eco powiedział kiedyś, że kto czyta, ten żyje podwójnie. Zgadzam się z nim. Kiedy czytam mogę przenieść się na chwilę w inny świat - stać się chociażby perską księżniczką, której w życiu doczesnym raczej nie przypominam :) Mogę stać się meksykańską przemytniczką narkotyków albo szwedzkim inspektorem kryminalnym.

Równie bliskie jest mi spojrzenie na książki, które wyraził w jednej z powieści Arturo Perez-Reverte - że wszystkie książki świata opowiadają o mnie. Może to znak zbliżającej się na sygnale trzydziestki, ale ostatnio wpadają mi w ręce lektury, które sprawiają, że - niezależnie od ich tematu czy intencji pisarza - budzą się we mnie wspomnienia z dzieciństwa. Często są to wspomnienia, które wydawały się być zgubione, zawieruszone, te, do których nie dotarłabym, nawet gdybym leżała godzinami na kozetce u psychoanalityka.

Taką książką - budzącą wspomnienia - była dla mnie powieść Antoniny Kozłowskiej "Czerwony rower".

Pozornie - nic nowego. Ot, historia trzech kobiet, przyjaźniących się od podstawówki. Każda z nich dorosła, urządziła sobie życie. Beata jest gospodynią domową - luksusową, można powiedzieć, mieszkającą w rezydencji pod Warszawą. Gośka - kolejna gospodyni domowa, tyle, że nieco mniej luksusowa - żona mechanika, matka trójki dzieci, kobieta z wyraźną nadwagą galopującą w stronę otyłości. Karolina - mieszkająca na strzeżonym osiedlu dziennikarka czasopisma dla kobiet, pisząca o tuszach do rzęs i historiach zdad małżeńskich pań z jakiś pipidówek. Znamy to? Ano, znamy. Do tego - trup w szafie (a właściwie trup w kanale), który wydawał się być dawno pogrzebany i który wyskakuje w najmniej oczekiwanym momencie i ujawnia, że tak naprawdę wszystko, co obserwujemy - jest tylko grą pozorów. Ergo - ci, którzy szukają odkrywczej fabuły i wymyślnych bohaterek, srodze się rozczarują. Kozłowska buduje swoją powieść z doskonale znanych schematów, motywów i klisz - czytając kolejne strony każdy może powiedzieć - "ooo, znam to" albo "ooo, ja to już czytałam", albo "ale ta Beata przypomina mi panią X". Schematy ludziom się źle kojarzą - zwłaszcza, że świat nas przyzwyczaja do ciągłego polowania na nowości i nowinki. Ale w tym przypadku schematyczność jest dla mnie zaletą. Pozwala mi wejść w świat, który nie tylko obserwuję przez okno telewizora, ale w którym również uczestniczę. Schematyczność sprawiła również, że w mniejszym stopniu koncentrowałam się na fabule - nie płonęły mi w czasie lektury uszy, nie przekręcałam nerwowo kartek - "co dalej? co dalej?" - raczej przeszłam przez tę powieść w tempie medytacyjnym, wchodząc w świat stworzony przez Kozłowską, wybrałam się na spacer do okresu mojego dorastania.

Kozłowska w swojej powieści zderza ze sobą dwa światy - ten z okresu dorastania i współczesność, lata osiemdziesiąte i pierwszą dekadę XXI wieku, które (jak kładka, jak most nad przepaściami) połączyły szalone i wywrotowe lata dziewięćdziesiąte.

Podoba mi się sposób, w jaki autorka opisała lata osiemdziesiąte. Bez wielkiej polityki i wielkich słów, i haseł - PRL prywatny, osobisty, którego nie znajdzie się w podręcznikach historii, aż mam ochotę powiedzieć - ja też to tak pamiętam :) Owszem, przewija się w "Czerwonym rowerze" tu tata-ubek, tam - tata-działacz Solidarności, ale jednak - świat wielkich spraw jest tylko tłem dla świetnego i uniwersalnego opisu dorastania. Pierwsze miłości, muzyka, eksperymenty z makijażem, gry międzyludzkie, nastoletnie przyjaźnie - czytałam to wszystko i przed moimi oczami defiladowały wspomnienia - szkolnych dyskotek, chłopaka, w którym podkochiwała się połowa mojej klasy, muzyki, której słuchałyśmy z kaset, moich niezdarnych prób, żeby dostać się do grona "najpopularniejszych" dziewczyn w klasie (też trójka) i łez, które wylewałam w poduszkę, kiedy stawałam się ofiarą ich żartów i szyderstw :) Czytając powieść Kozłowskiej czułam się, jakbym czytała pamiętnik, który pisałam, kiedy miałam 13 -14 lat. Ten pamiętnik leży głęboko ukryty w szufladzie - do tej pory omijałam go skrzętnie, nie chcąc budzić upiorów i wyciągać trupów z szafy. Teraz mam ochotę go wyciągnąć, żeby stanąć oko w oko z tym dzieciakiem, którym byłam i którym na szczęście nie jestem.

Podobnie, jak bohaterki powieści Kozłowskiej, nie tęsknię za tymi czasami, kiedy miałam "naście" lat. Pamiętam doskonale ból wykluwania się w dorosłość - i pamięć ta strzeże mnie przed wypowiadaniem pochopnych życzeń typu "ach, mieć znów te "-naście" lat". Patrzę na moje stare zdjęcia i rumienię się ze wstydu ("to ja?!?") i modlę się, żeby żadnemu znajomemu nie przyszło do głowy, żeby je wklejać na jakiejś "naszej klasie" czy innym portalu... Miło było przeczytać o tym, że nie tylko ja mam takie odczucia :)

Powieść Kozłowskiej jako odpowiednik magdalenki maczanej w herbacie z kwiatu lipy? A czemu nie? Każdy ma własne klucze do otwierania książek - ja "Czerwony rower" otworzyłam kluczem wspomnień. Nie muszę chyba dodawać, że mi się podobało, bo choć te wspomnienia nie zawsze były przyjemne, to jednak otwierałam je z poczuciem, że tamtej mnie już nie ma i mogę swobodnie (nareszcie) wypuścić je z ukrycia.

 

Komentarze (5)

Dodaj komentarz
  • nika7777

    Przepięknie to napisałaś! Dodaję do mojej listy oczekujących książek! :)

  • j.szern

    Naprawdę warto :)

  • porzadek_alfabetyczny

    twoja recenzja jest lepsza niż książka
    bardzo, ale to bardzo mi Kozłowska nie pasuje, ale ciebie właśnie po tej recenzji wklejam do ulubionych
    i jako abonentka od razu wpisuje się do książki skarg i wniosków- gdzie jest obiecana recenzja z 'Opętania'??

  • kasia.eire

    podobała mi sie ta powieść, jak i jej Trzy połówki jabłka. Kukułkę mam w najbliższych planach, jestem jej ciekawa.

  • j.szern

    @porządek_alfabetyczny - recenzja "Opętania" się pisze - w zależności od natchnienia i wolnego czasu, którego ostatnio mam niewiele :/ A w wolnym czasie - muszę oczywiście poczytać, skoro już go sobie wygospodarowałam :) Zatem to, co publikuję na blogu jest wypadkową tego, co uda mi się przeczytać i jakoś sensownie ubrać w słowa. Recenzyjnych zaległości mam, niestety, kilka.

    @kasia.eire - "Trzech połówek jabłka" i "Kukułki" nie czytałam, ale wkrótce to nadrobię, bo odbiorę je z Merlina na początku marca. A ponieważ "Czerwony rower" pozytywnie mnie zaskoczył, to teraz czekam na to, co wyniknie z kolejnych spotkań z twórczością Antoniny Kozłowskiej :)

© bibliotheke
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci