Menu

bibliotheke

Zbrodnia (nie)prowincjonalna

j.szern

Andrea Maria Schenkel

 

Pierwsze lato po wojnie spędziłam u dalekich krewnych na wsi.

W owych tygodniach wioska jawiła mi się jako beztroska, pogodna wyspa. Była ostatnią oazą spokoju która jakimś cudem uchowała się pośród wielkiej zawieruchy, jaką dopiero co przeżyliśmy.

Po latach, gdy życie znowu wróciło do normy i kiedy tamte szczęśliwe wakacje były już jedynie pięknym wspomnieniem, przeczytałam w gazecie o owej spokojnej wsi.

Tymi słowami Andrea Maria Schenkel rozpoczyna swoją opowieść o krwawej zbrodni, która miała miejsce w małej, bawarskiej wsi.

Sześć ofiar. Pięcioro członków rodziny Dannerów i ich służąca okrutnie zamordowanych. Sześć straszliwie okaleczonych ciał, brak motywu, brak sprawcy - to wystarczy, żeby trafić na czołówki gazet. Gdyby to było pojedyńcze morderstwo, to być może o tej miejscowości zapomnianej przez Boga i ludzi nikt by nie usłyszał. Narratorka tej opowieści powraca zatem do miejsca, które kojarzyło się jej zawsze z szczęśliwymi wspomnieniami. Kieruje nią niepokój. Przepełniają ją mieszane uczucia. Zaczyna zadawać pytania - a ludzie jej odpowiadają. To może budzić zdziwienie osób, które znają takie małe i zamknięte społeczności, w których trzy miejsca wyznaczają punkty spotkań - sklep, kościół i szkoła, a nauczyciel, ksiądz i sklepikarz należą do lokalnej elity. Dlaczego zatem ludzie opowiadają jej o swoich przeżyciach i domysłach? Dlatego, że jest z jednej strony "swoja", a z drugiej strony obca. Przybyła tam na chwilę, by ich wysłuchać, ale za chwilę wyjedzie i nie będą jej musieli patrzyć w oczy i szukać w nich oceny ich postępowania.

Osoba narratorki ujawnia się tylko krótkim prologu. Później odchodzi w cień, przyjmuje pozycję obserwatora i słuchacza. Dociera do wszystkich "świadków" oraz znajomych ofiar i oddaje im głos. Ich relacje mają formę monologów - niekiedy tylko, przez ich powtórzenia, dopytywania ("pyta pani o...") dowiadujemy się, w jakim kierunku zmierzają jej poszukiwania. Nie jest detektywem - odniosłam wrażenie, że bardziej zależy jej na zrozumieniu przyczyn tej sytuacji, niż odkryciu wciąż nieuchwytnego mordercy.      W ten sposób - powoli, rekonstruując historię ze strzępków i miejscowych ploteczek - odkrywa historię występków, których korzenie sięgają jeszcze czasów przed drugą wojną światową. Odkrywa jednocześnie, że miejsce, które zawsze uważała za sielankowe i związane z najpiękniejszymi przeżyciami z dzieciństwa - już wtedy skrywało w sobie zalążek tej zbrodni, która sprawiła, że do niego powróciła.

Autorka nie charakteryzuje wypowiadających bohaterów - podaje informację o tym, kim są, ewentualnie jakie relacje ich łączą, wiek. Pozwala - byśmy samodzielnie, na podstawie ich "świadectwa" wyrobili sobie o nich zdanie.

Te monologi sprawiły, że przypomniały mi się "Medaliony" Zofii Nałkowskiej. Podobna technika. Podobna oszczędność. Podobne wsłuchanie się w rozmówcę i podobny dystans. Nałkowska pisała o zbrodniach nazistów dokonywanych w czasie drugiej wojny światowej - z prostotą i w zdziwieniu, że "ludzie ludziom mogli zgotować taki los". Ślady tej refleksji i tego mistrzowstwa pisania można odnaleźć w debiutanckiej powieści Schenkel.

Monologi bohaterów przeplatane są rekonstrukcją ostatnich godzin życia ofiar. Patrzymy na ich życie ich własnymi oczami. Dzięki zastosowaniu mowy pozornie zależnej możemy poczuć to, co one ,a jednocześnie czujemy pewien bezpieczny - i nieco przerażający - dystans.

Schenkel bardzo sprawnie buduje w swojej powieści nastrój grozy. Trzyma w napięciu i oczekiwaniu - "coś się stanie, coś się stanie, coś się stanie...". Mimo, że wiedziałam czego się spodziewać - nie mogłam nie ulec temu nastrojowi. Wzmaga go na pewno zderzenie sugestywności, a zarazem prostoty języka monologów i rekonstrukcji z patosem przeplatających je modlitw. Czytając tę książkę przypominały mi się te chwile, kiedy stojąc w ciepły dzień, w pełnym słońcu, odczuwałam niczym nieuzasadniony ,zupełnie irracjonalny strach. Wspomnienie tego dreszczu towarzyszyło mi od pierwszej do ostatniej strony.

Jednocześnie autorka bardzo zręcznie myli tropy. Kto jest mordercą? Co nim kierowało? Czy to napad rabunkowy? A może trzeba przyczyn morderstwa poszukać wcześniej, sięgnąć dalej - do czasów drugiej wojny światowej, kiedy w gospodarstwie Dannerów powiesiła się Polka, przydzielona im do pomocy w gospodarstwie? Czy to zemsta innego przymusowego robotnika, Francuza, który znał przyczyny jej decyzji i któremu udało się przeżyć wojnę? A może przyczyna zbrodni tkwi historii samej rodzinie - w ich wzajemnych relacjach? A może...? Mieszkańcy wsi gubią się w domysłach, a wraz z nimi - gubi się czytelnik.

"Dom na pustkowiu" jest potwierdzeniem tezy, że współczesny kryminał nie sprowadza się li i jedynie do formuły: zbrodnia-detektyw-dedukcja-rozwiązanie, ale wykorzystuje tę formułę jako pretekst do przeprowadzenia analizy psychologicznej bohaterów lub/i analizy pewnych zjawisk społecznych. Schenkel wykorzystuje motyw zbrodni, by dokonać mistrzowskiego studium prowincji. Miejsca, poza głównym nurtem życia - zapomnianego przez Boga i ludzi. Miejsca, w którym wszyscy się znają i wszystko o sobie wiedzą. Miejsca, które dla jednych będzie azylem - ucieczką przed złem i okrucieństwem tego świata, a dla innych - zaplutym Obrzydłówkiem, który pod pierzyną skrywa swoje banalne i głupie sekrety - krzywym odbiciem prawdziwego życia i prawdziwych dramatów rozgrywających się w wielkim świecie.

Miejsca, ludzie, o których pisze Schenkel są mi doskonale znane. Wychowałam się w miejscowości, która z racji niewielkiej odległości od drugrzędnego miasta ulokowanego na leniwych piachach Mazowsza, nie do końca mieści się w definicji prowincji (za Słownikiem Języka Polskiego - prowincja to "część kraju oddalona od stolicy i większych miast"). Owszem, z dzieciństwa pamiętam procesje krów, które ciągnęły się wieczorem główną drogą, błoto na ulicy, bliskość lasu, czas żniw. Z biegiem czasu jednak moja wieś się ucywilizowała - pojawił się asfalt i tabuny mieszczan, którzy wykupili grunty przeznaczone dotychczas na pola uprawne i wybudowali na nich swoje niekoniecznie gustowne, ale za to wystawne domy. W pobliskim mieście nie było teatru, ale było kino i kilka bibliotek. Łączyła nas z nim jedna z głównych dróg krajowych i docierały do nas miejskie autobusy (a nie tylko PKS-y) - w których trzeba było kupić bilet na "drugą strefę". I tak, jak te bilety, stanowiliśmy w mieście jednostki drugiej kategorii. Kiedy zaczęłam uczęszczać do miejskiego liceum, wprawdzie słoma mi z butów nie wyglądała, ale jednak czułam swoją drugorzędność i pewne nieobycie.

Prawdziwej prowincji doświadczałam w wakacje, w czasie których z braku funduszy, a z pragnienia dostarczenia mi jakiejś odmiany, byłam wysyłana  przez rodziców do dziadka i babci. Mieszkali na kolonii, odciętej od głównej wsi, wśród "pól malowanych zbożem rozmaitem". Społeczność kolonii - licząca około dwudziestu dusz - składała się z moich bliższych lub dalszych krewnych i pod pierzynką chowała szereg patologii i dysfunkcji kojarzonych z takimi miejscami. Dziadek był rolnikiem - jako dziecko pomagałam mu w czasie żniw, przy karmieniu świń, asystowałam przy wykluwaniu się kurczaków, zbierałam jajka...

Może dlatego powieść Schenkel obudziła we mnie wspomnienia z dzieciństwa? Zabawy, smaki, kolory, zapachy, obrazy...

Smak mocno osłodzonej kawy zbożowej gotowanej przez moją babcię. Sama nigdy nie byłam w stanie takiej przygotować - to smak, za którym tęsknię i który już nie wróci. Powieszony nad łóżkiem obrazek przedstawiający anioła stróża czuwającego nad dwojgiem dzieci przechodzących po kładce nad strumieniem - taki sam pamiętam z dzieciństwa. Zabawa w sklep - obok zabawy w "domek" i różnych gier w piłkę, podchody - jedna z ulubionych w dzieciństwie. Ciepło kuchni, w której był kaflowy piec z fajerkami. Wspomnienie babci, która wieczorami odmawiała różaniec i czytała modlitwy ze starej i postrzępionej książeczki do nabożeństwa. Podsłuchiwane ukratkiem plotki o prowincjonalnych romansach, nieślubnych dzieciach, samobójstwach... (Nihil novi - ktoś powie, w Wielkim Mieście takich historii mamy na pęczki. Owszem - ale czy znamy wtedy wszystkich bohaterów dramatu? Czy te małe zbrodnie dotykają nas osobiście?) Coniedzielne wyprawy do kościoła. Wspomnienia z pogrzebów, na które zabierała mnie ciocia lub babcia. I ten zapach - który mogłabym pewnie rozłożyć na czynniki pierwsze (siano, młucone zboże, kwiat lipy, suszone kwiaty, świeże mleko, itp.), ale i tak nie udałoby m się uchwycić jego istoty - zapach, który kojarzyć się może tylko z prawdziwą wsią i prowincją.

Schenkel również zna prowincję. Urodziła się i wychowała w małej bawarskiej wsi. Po kilku latach spędzonych w mieście - wróciła niejako do korzeni - i mieszka teraz wraz z mężem (wiejskim lekarzem) i trójką dzieci w liczącej zaledwie kilka zabudowań wsi. Dlatego rozumie opisywaną przez siebie społeczność. Nie patrzy na wieś jak na miejsce ucieczki przed zagrożeniami, jakie niesie ze sobą współczesna cywilizacja. Zagląda "pod pierzynę ", przetrząsa szafy w poszukiwaniu trupów i dostrzega, że azyl jest skażony złem - jak miasto- i tylko osoba, która jest w nim na chwilę, która jest z zewnątrz, nie potrafi na nie patrzyć i słuchać tego, co mówią spojrzenia mieszkańców i nie jest dopuszczona do szeptanych rozmów w kuchni - może patrzyć na prowincję jako na miejsce sielskie i anielskie.

Książka Schenkel stała się literacką sensacją i bestsellerem obsypanym wieloma nagrodami. I słusznie. Niewielkich rozmiarów, o sugestywnej okładce (ta z polskiego wydania doskonale moim zdaniem oddaje klimat powieści), jest wymarzoną pozycją na  leniwe, wolne, letnie popołudnie na wsi.

 

Komentarze (2)

Dodaj komentarz
  • kasia.eire

    no, no, nie słyszałam o niej. Zainteresowała mnie

  • j.szern

    Polecam :) 200 stron, niewielki format, duży druk - wiele czasu się nad nią nie spędza, ale warto. Ja ją sobie czytałam w myślach, takim tempem, jakbym robiła to głośno - i mam wrażenie, że to było tempo pasujące do tej książki.

© bibliotheke
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci