Menu

bibliotheke

Igraszki losu

j.szern

 

Sięgnęłam po powieść Cecelii Ahern skuszona wizją lekkiej i niewymuszonej rozrywki. Miało to miejsce w czasie, kiedy – nie z własnej winy – straciłam powieść Evansa, która mi się podobała i która mnie (o dziwo) wciągnęła, pochłonęła, zaabsorbowała (niepotrzebne skreślić). A ponieważ minęło trochę czasu zanim Przepaść odzyskałam – a przez ten czas potrzebowałam literatury zastępczej – padło na wyżej wymienioną pozycję.

Yhh… Rozczarowałam się. Miała być smaczna muffinka – dostałam zakalec. Teraz siedzę          i próbuję zrozumieć – dlaczego czuję się, jakbym obejrzała kolejną komedię romantyczną made in Poland? Co się stało, że nie zadziałało?

Dziękuję za wspomnienia to wymarzona książka dla twórcy komedii romantycznych. Spełnia (teoretycznie) wszystkie wymogi tego gatunku. Mamy tu zatem:

  • Efektowną intrygę miłosną -> Pomysł na książkę miała Ahern świetny – Joyce traci dziecko i zostaje poddana transfuzji. Zrządzeniem losu otrzymuje krew (lub jakiejś jej elementy), którą oddaje w tym czasie bojący się igieł i spragniony flirtu z lekarką Justin. Od tej pory Joyce zyskuje nie tylko wiedzę posiadaną przez Justina (niebagatelną – historia sztuki, historia architektury, znajomość języków obcych, itp.), jego upodobania kulinarne (pożegnanie z wegetarianizmem i znajomość świetnych win w bonusie), i co ważniejsze – wgląd w jego przeszłość. Od tej pory „los” będzie ich stykał w najróżniejszych miejscach – Dublin, Londyn…
  • Parę sympatycznych i urokliwych bohaterów -> Zgrzyt. Joyce i Justin. Ona sprzedaje nieruchomości, on jest wykładowcą (między innymi). Oboje mają „przeszłość” w postaci rozklekotanych małżeństw. Oboje są irytujący. Ona ma ponad trzydzieści lat i mentalność nastolatki. On ma lat ponad czterdzieści i irytującą skłonność do monologów wewnętrznych z Osobistym Krytykiem. Być może na ekranie bym ich polubiła. W zetknięciu z wersją „papierową” – odpadłam… Sympatyczni mają być również towarzysze naszych bohaterów. Każde z nich ma świtę rodzinno-przyjacielską złożoną z oryginałów narysowanych grubą kreską. Przerysowanych – moim zdaniem.
  • Erotyczne napięcie między głównymi bohaterami -> Jest, od pierwszego spotkania w salonie fryzjerskim.
  • Dowcipne dialogi -> A przynajmniej – dialogi, które w zamierzeniu autorki miały być dowcipne. Źródłem komizmu mogą być np. monologi wewnętrzne Justina (irytujące), starcia najlepszych przyjaciółek Joyce (mamuśka contra zadeklarowana singielka…), gry słowne ojca Joyce (irytujące). Może to wina przekładu? Może gdybym czytała to w oryginale to bym się pośmiała? A tymczasem – nie stać mnie było nawet na nerwowy i wymuszony chichocik…
  • Serdeczne wzruszenia -> Wzruszyłam się raz – jak Joyce straciła dziecko. Później było tylko gorzej - potencjalne okazje do wzruszeń zostały utopione w morzu lukru i banału.
  • Romantyczne plenery -> są, jakkolwiek są to plenery miejskie, a nie plaże z zachodami słońca i łąki pełne motyli ;]
  • Happy end -> To nie kryminał, nie zdradzam – kto zabił. Czy potwierdzenie, że ten punkt można „odhaczyć” na liście jest spoilerem? Wątpię – ostatecznie każda wzorowa komedia romantyczna jest wariacją na temat „biegu do ołtarza (albo pocałunku) z przeszkodami” .

Brakuje tylko nastrojowej muzyki, ale i to da się nadrobić, biorąc pod uwagę upodobania do muzyki klasycznej, które za Justinem przejmuje Joyce.

Patrzę na powyższe wyznaczniki komedii romantycznej i stwierdzam – wszystko jest. Dlaczego zatem czuję się w pewnym sensie oszukana? Dlaczego zamiast fajnie skrojonej historii mam wrażenie, że znów wyszłam z pomiętym biletem, jak z projekcji polskiej produkcji „a la Ameryka”? Czy to kwestia tylko mojego nastroju (nie najlepszego)? Przekładu (nie jestem w stanie ocenić jego jakości)? Wyrosłam z tego rodzaju historii? Jestem cyniczna, pozbawiona poczucia humoru i zdolności do wysmarkania pudełka chusteczek przy innej okazji niż kolejne zapalenie zatok?

Może mój brat, który stwierdził ostatnio, że mam lepsze poczucie humoru niż Brennan, powiedział mi po prostu komplement? Może fakt, że pobeczałam się czytając O psie, który jeździł koleją nie jest bynajmniej tak dobrym argumentem o mojej zdolności do przeżywania literatury jak do tej pory myślałam? ;]

Gdyby nie to, że przeczytałam i taką recenzję – to bym zwątpiła w siebie ;) Przeczytałam bowiem tyle opinii na przeróżnych forach o tym, że książki Ahern czyta się „śmiejąc się i płacząc na przemian”, że naprawdę zaczęłam się zastanawiać – co jest ze mną nie tak… A teraz mogę stwierdzić, że mnie po prostu ten cukier nie krzepi. Nijak.

 

***

Cechy komedii romantycznej zapożyczyłam z tego artykułu. Przy okazji polecam - bardzo interesująca lektura :)

Komentarze (6)

Dodaj komentarz
  • bookfa

    Jak na taka przecietnosc to zafundowalas jej wyjatkowo dobry wpis ;)

  • j.szern

    Wielbiciele Ahern pewnie będą chcieli mnie z tej okazji przeciągnąć po rynku w worku pokutnym i nakarmić kilogramem popiołu ;) Ale taki mam feler, że lubię analizować nawet książki, które nie tylko mnie nie porwały, ale również zirytowały :)

  • bookfa

    Gratuluje feleru! :)))

  • j.szern

    Dziękuję :) Pisałam kiedyś o instynkcie preparatora żab - najwyraźniej ujawnia się on u nie właśnie przy takich okazjach :D

  • porzadek_alfabetyczny

    jeszcze nie czytałam ahern, ale coś czuję, że jest tak jak pisze bookfa.. coraz lepiej piszesz o słabych książkach:D najpierw kozłowska, teraz ahern. też nie wiem o co chodzi z tym płakaniem i śmianiem się na zmianę. trzeba chyba mieć tak jak bohaterka 30+ i mentalność nastolatki albo po prostu źle w głowie, żeby czytać książkę z nastawieniem, że dzięki lekturze dostaniesz napadu histerii;p

  • j.szern

    Hmm... Pisanie coraz lepszych recenzji słabych książek to chyba powinien być powód do niepokoju? :D
    Inna sprawa, że nawet niezła czy dobra recenzja przeciętnej książki wypada zwykle lepiej niż przedmiot rozważań :) Dłubię sobie właśnie w recenzji czegoś, co mogę określić subiektywnie mianem arcydzieła - musiałam odczekać kilka miesięcy zanim się za to zabrałam. Żeby zyskać dystans i nie pisać pod wpływem emocji.
    Z wypisów na forach sprofilowałam piszące o histeriach na wiek 15-20 lat - jeśli nie metrykalnie, to psychologicznie :) Najwyraźniej globus i spazmy to nie tylko domena XIX wieku :D
    A Ahern można przeczytać - jako przerywnik i bez większych oczekiwań. Nawet lepiej - bez żadnych oczekiwań. Być może wypadła jej książka blado, bo akurat czytałam coś, co mogłabym określić mianem "literatury środka" (przynajmniej w moim intuicyjnym odbiorze tej kategorii) i było po prostu lepiej napisane. Albo lepiej przetłumaczone.
    Porównałam sobie też Ahern z Binchy. Podobne ciągoty - choć Binchy nie jest tak "magiczna" - a o ile różne wykonanie. Binchy czytam w ciemno - z uśmiechem na ustach, choć bez histerii. Tylko szary papier się przydaje - bo okładki są jak z "harlekinów" :)

© bibliotheke
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci