Menu

bibliotheke

Aviator

j.szern

Antoine de Saint-Exupery

Wyznanie: nie cierpię Małego księcia. Nie przemawiała, nie przemawia i chyba nigdy nie przemówi do mnie ta filozoficzna baśń „dla dorosłych i dla dzieci”. Gdybym w podstawówce znała Gombrowicza mogłabym westchnąć za jednym z bohaterów: „Jak zachwyca, skoro nie zachwyca?”. Tak czy siak - na długo zniechęciłam się do twórczości A. de Saint-Exupèry i pewnie gdyby nie „nocne wyzwanie” nie sięgnęłabym po cieniutką książeczkę szumnie nazywaną powieścią (liczy całe 73 strony…) zatytułowaną Nocny lot. Przeprosiłam się z twórczością Exupèry nie na tyle, żeby ponowić traumę spotkania z Małym księciem, ale z półki „francuskiej” łypie na mnie okładką Ziemia planeta ludzi. Heh, może gdy nastanie lato…

Moje obawy, że Nocny lot został napisany w tej samej nieznośnej manierze, co Mały książę zostały szybko rozwiane. Na szczęście…

W Nocnym locie Exupèry sięga do własnych doświadczeń. Był pilotem. Pracował też przez jakiś czas jako dyrektor firmy przewozowej. Przedstawiona przez niego historia tytułowego nocnego lotu może być odczytywana jako medytacja nad sensem działania, jakie podejmujemy w życiu codziennym.

Autor zderza ze sobą dwie perspektywy – dyrektora Rivière oraz żony Fabiena, pilota nocnego lotu z Patagonii.

Rivière. Pięćdziesięciolatek. Zmęczony życiem. Wypełniony egzystencjalnymi pytaniami – spośród których najważniejszym będzie to o sens działania, które codziennie podejmuje. Przez rok walczył o możliwość wprowadzenia nocnych lotów w lotnictwie cywilnym. Przywiązany do swoich pilotów, ale kocha ich „trudną” miłością. Surowy, wymagający, często wręcz – niesprawiedliwy. Za najmniejsze spóźnienie lub zniszczenie samolotu – pilot traci premię. Za każdą niedokręconą śrubkę, niedopatrzenie – mechanik traci pracę lub zostaje zdegradowany. Choć może się to wydawać okrucieństwem – Rivière ma świadomość, jak istotna jest precyzja w zawodzie lotnika. Każdy najmniejszy błąd może zaowocować zakazem nocnych lotów (o które tak walczył) i spadkiem konkurencyjności tej formy transportu w stosunku do transportu wodnego lub lądowego. Wymagając wiele od swoich podwładnych, Rivière ma ambicję zmuszenia ich do wykorzystywania maksimum swoich umiejętności i przekraczania granic własnego lęku. Karząc ich nawet za sytuacje od nich niezależne (mgła, anomalie pogodowe, które przyczyniają się do opóźnień) zyskuje nie tylko szacunek, ale też spełnia jeden ze swoich życiowych celów – wykuwa nowych ludzi. Do inżyniera mówi: Ale jeżeli nawet życie ludzkie jest bezcenne, postępujemy zawsze tak, jak gdyby istniało coś, co jest więcej warte niż życie ludzkie… Ale co? Odpowiedzią na pytanie pozornie retoryczne może być ta „cząstka” – człowieczeństwa, postępu (?) – którą Rivière chce ocalić i wykuć w swoich podwładnych. Ma świadomość, że jeśli ona nie ocaleje – cała jego działalność nie ma usprawiedliwienia.

Po drugiej stronie barykady stoi żona Fabiena. Młoda, zakochana kobieta. Czeka w domu na powrót męża. Są małżeństwem od sześciu tygodni. Odlicza kolejne przystanki na drodze męża do domu. Budzi się w środku nocy i przygotowuje dom na jego przyjazd. Simone reprezentuje inne żony pilotów, które przywiązują ich do siebie tkliwymi więzami: muzyką, miłością, kwiatami; ale za każdym razem, w godzinę odjazdu, więzy te opadały zeń i zdawało się, że nie bolał nad tym wcale.

 Kiedy spotyka się z Rivière, ten ma świadomość, że naprzeciw niego stoi nie tylko żona Fabiena, lecz odmienne pojmowanie życia. Mógł tylko litować się słuchając tych słów żałosnych, tej pieśni smutnej, jemu wrogiej. (…) Ta kobieta przemawiała do niego w imię swych obowiązków i swych praw. W imię świata, w którym płonęła lampa na stole wieczornym, w imię ciała, co się dopomina o swoje ciało, w imię światła pełnego nadziei, tkliwości, wspomnień. Domagała się swego dobra i miała rację.

Konflikt pomiędzy racjami reprezentowanymi przez Rivière i Simone Fabien to konflikt tragiczny. Obie racje są słuszne i nie sposób dokonać pomiędzy nimi wyboru, który by usatysfakcjonował  (Ani czynu bowiem, ani szczęścia osobistego nie można dzielić – są niepodzielne.). Co jest ważniejsze: postęp świata czy szczęście osobiste? Stojąc pochylony nad robotnikiem okaleczonym przy budowie mostu Rivière słyszy słowa z ust pewnego inżyniera: Czy wart jest cały most tej jednej zmiażdżonej twarzy?  A jednak – nadal budujemy mosty – jakby wychodząc z założenia, że interes ogólny składa się z sumy interesów prywatnych. Ile osób zastanawia się nad ich ceną – liczoną w ludzkich życiach – przejeżdżając przez mosty, podziwiając piramidy i katedry?... To, co ogólne, społeczne – ma swoją cenę – którą jest samotność. Płaci ją Rivière (wielki, zwycięski Rivière, dźwigający brzemię swojego zwycięstwa). Płaci ją Simone Fabien, która przez krótki czas mogła doświadczyć złudności kompromisu między szczęściem ogólnym i prywatnym.

Pomiędzy Rivière i Simone Fabien – terytorium ich wpływów – piloci. W latach dwudziestych i trzydziestych byli bohaterami zbiorowej wyobraźni. Uosabiali kolejny etap zwycięstwa odnoszonego przez człowieka w starciu z siłami natury. Byli następcami żeglarzy i podróżników odkrywających białe plany na mapach świata i poprzednikami astronautów ścigających się w drodze na Księżyc. Z uśmiechem na ustach odrywają się – wydawałoby się bez żalu - od opiekuńczych ramion swoich żon i kochanek – oplatających ich niczym liany – wsiadają do swoich maszyn i bez strachu ruszają na podbój przestworzy. Tylko czasami, mijając anonimowe osady, na widok rozświetlonych okien, odczuwają przypływ chwilowej tęsknoty za stabilizacją:

Domy, kawiarnie, drzewka skwerów – wszystko, co nadaje urok życiu człowieka, rosnąc zbliżało się ku niemu. Fabien podobny był do zdobywcy, który po dniu triumfu, spoglądając na podwładne mu ziemie, dostrzega nagle skromne szczęście ludzkie. Zapragnął zdjąć z siebie zbroję, poddać się bezwładowi i znużeniu – niedola ludzka to również pewne bogactwo – stać się zwykłym człowiekiem, który co dzień ogląda przez swe okno ten sam widok. Zgodziłby się pozostać nawet w tej oto mieścinie; zrazu wybieramy, a potem poprzestajemy na egzystencji przypadkowej, którą z czasem możemy nawet pokochać. Ogranicza nas ona jak miłość.

Ale po chwili zapomnienia i odpoczynku przychodzi refleksja – jeszcze tyle do odkrycia. I mężczyźni wyruszają w podróż, gnani pierwotnym wezwaniem, któremu nie są w stanie się oprzeć.

Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie ta nieznośna dychotomia. Mężczyźni – odważni zdobywcy, przekraczający granice przyrody i własnej wytrzymałości. Kobiety – kochające, otulające, chroniące. Oni – czynni. One – bierne. Jak w tej piosence, którą śpiewała Alicja Majewska: bo męska rzecz być daleko, a kobieca - wiernie czekać,(…) męska rzecz - dognać w biegu i uśmierzyć grzywy fal...
nasza rzecz - stać na brzegu, stać i wierzyć i patrzeć w dal...

Zatkało mnie, kiedy po przeczytaniu Nocnego lotu uświadomiłam sobie ten podział. Można się bowiem krzywić na jego stereotypowość, ale kiedy wspominam niektóre dyskusje z „prawdziwymi facetami”, którzy kazali mi wymieniać „choć jedną kobietę (poza Marią Curie-Skłodowską), która zrobiła coś dla rozwoju nauki/literatury/kultury” to zaczynam się bać – co by było, gdyby dorwali powieść Saint-Exupèry’ego w swoje łapki. Obawiam się, że przekonanie - że gdyby nie oni to byśmy nadal się bujali zaczepieni ogonem na drzewach – zostałoby umocnione. Bo ostatecznie – abstrahując od wymowy Nocnego lotu, która nie da się na szczęście sprowadzić li i jedynie do feministyczno-mizoginicznych przepychanek – kto potrafi wymienić jakąś znaną kobietę, która zrobiła coś dla nauki/kultury/literatury? ;) I właściwie dlaczego Maria Curie-Skłodowska miałaby być wyłączona z tej konkurencji? ;)

 



© bibliotheke
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci