Menu

bibliotheke

Kawa i papierosy

j.szern

Anne Fadiman

Lubię czytać książki o książkach i pisaniu. Mam nawet specjalną półkę, na której panoszą się tego typu lektury. Dobór autorów jest oczywiście subiektywny. Są tam eseje, są biografie pisarzy, ale również powieści, w których istotną rolę odgrywa książka i czytanie. Niedawno dołączyły do nich dwie książki od dawna stanowiące mój mroczny przedmiot pożądania. Pierwszą jest "Alchemia słowa" Jana Parandowskiego, o której jeszcze napiszę. Drugą - "Ex libris. Wyznania czytelnika" Anne Fadiman.

Anne Fadiman jest amerykańskim krytykiem literackim, Pasję czytania i pisania o książkach ma zakodowaną w genach - wyrosła w domu, w którym otaczały ją książki, wśród ludzi, którzy namiętność do czytania i do słowa pielęgnowali równie czule, jak inni swoje ogrody lub salony.

Esej jest trudnym i wymagającym gatunkiem literackim. Pozornie - swobodny, potoczysty, wije się i płynie jak strumyk przez majową łąkę. Wymaga jednak żelaznej dyscypliny – dygresje nie mogą być zbyt rozległe, nie można za często zbaczać ze szlaku - bo nierozważnie postawiony krok może zakończyć się upadkiem w przepaść. Możliwe, że to piękna śmierć – utonąć w potoku słów, ale może ona również oznaczać śmierć czytelnika – zniechęcenie, porzucenie kontaktu z autorem.

Eseje wymagają od autora również ogromnej erudycyjności. Problem poddany refleksji przez autora wymaga naświetlenia. Autor nie dąży wprawdzie do wyczerpania tematu, ale do przedstawienia swojego punktu widzenia – sięga zatem po rozmaite argumenty, skojarzenia. Eseje są intertekstualne (trudne słowo), wypełnione szeptami o książkach i między książkami.  W pewnym sensie – można powiedzieć, że esej stanowi pewnego rodzaju popis – wiedzy, oczytania.

Eseje również odznaczają się dużą dawką subiektywizmu. Perspektywa autorki jest w jej esejach wszechobecna. Pisze w sposób nie pozostawiający wątpliwości, że omawiane przez nią książki i problemy z nimi związane są ważnym elementem jej życia. Przypomina to nieco oddychanie literaturą, która umieszczona w kontekście własnej biografii nabiera nowych znaczeń i smaków. Taki sposób odbioru – czytanie osobiste – jest również, jak może zauważyliście – również i mi bliski. Mogłabym oczywiście zdać „na sucho” relację z lektury – napisać o czym jest, jakie problemy porusza. Zachować badawczy dystans. A jednak lubię dodawać informacje o tym, w jakim nastroju byłam, kiedy coś czytałam, gdzie to miało miejsce, jak doszło do tego, że właśnie w tym, a nie innym momencie drogi - moja i danej książki – skrzyżowały się i co z tego spotkania wynikło.

Refleksje, które snuje Fadiman w zbiorze Ex Libris. Wyznania czytelnika są rozmaite. Każdy czytelnik znajdzie tu coś dla siebie. Fadiman pisze m. in. o dedykacjach, ustawianiu zbiorów, specjalnej półce, która mieści książki bliskie sercu czytelnika, traktowaniu książek, wieloczłonowcach i problemach, które się z nimi wiążą, korektorskim zamiłowaniu rodziny Fadimanów.

Z prawdziwą przyjemnością przeczytałam esej o traktowaniu książek (Tak nie wolno obchodzić się z książką). O mój Boże, przyjemność to chyba zbyt słabe słowo, by oddać ten ekstatyczny stan, w którym po jego lekturze się znalazłam… Autorka pisze tu o dwóch rodzajach miłości, którymi można darzyć książki:

Przez następnych trzydzieści lat dojrzewała we mnie świadomość, że tak jak człowieka można kochać na więcej niż jeden sposobów, tak istnieje więcej niż jeden sposób kochania książek. Pokojówka wierzyła w miłość dworską. Fizyczna istota książki była dla niej święta, jej forma nierozdzielna z treścią; kochanek winien jej platoniczne uwielbienie i szlachetne, acz z góry skazane na niepowodzenie wysiłki zachowania po wieczne czasu stanu nieskalanej czystości, w jakim książka opuściła księgarnię. Rodzina Fadimanów wierzyła w miłość zmysłową. Dla nas święte były słowa książki – ale służące im papier, tkanina, karton, klej, nici i farba drukarska stanowiły zaledwie naczynie, i wolno było obchodzić się z nim tak rozpustnie, jak dyktowała żądza lub pragmatyzm, bez obawy popełnienia świętokradztwa. Bezlitosne używanie nie świadczyło o braku szacunku, lecz o zażyłości. (s. 50)

Ja zaliczam się stanowczo do tych, którzy kochają książki w sposób zmysłowy. Zaginam rogi (żeby szybciej trafić do fragmentów, które lubię – większość moich ulubionych książek jest tak „pozaginana”, jakoś nie mogę się przekonać do stosowania na dłuższą metę samoprzylepnych kartek), jeśli tylko książka ze mną współpracuje – to kładę ją grzbietem do góry (nie z każdą mogę tak postąpić – wiele książek wydanych przed 1989 roku ledwo dają się otworzyć – każda mocniejsza ingerencja w ich strukturę mogłaby się zakończyć pęknięciem i rozsypaniem kartek). Co jeszcze? Piszę po książkach (ołówkiem). Jem przy czytaniu. Piję. Moją „starą” Madame Libery pokrywały cętki kawy – parsknęłam śmiechem, kiedy czytałam rozmowę głównego bohatera z reżyserem teatralnym. „Tamta” Madame poszła w świat – pożyczyłam na wieczne nieoddanie. Odkupiony egzemplarz jest nowy i nieznośnie dziewiczy.

Wprawdzie nie wyrywam kartek i rozdziałów, tak jak ojciec Anne Fadiman, żeby zmniejszyć ciężar książek w miękkich okładkach czytanych w czasie podróży samolotem, ale może wynika to z tego, że po prostu samolotami nie latam. Nie czytam ich też, jak jej mąż, w saunie – bo do niej nie uczęszczam. Za to zdarza mi się czytać w wannie, co kończy się niekiedy podtopieniem. Na wzór Thomasa Jeffersona nie siekam bezcennych pierwodruków, bo ich nie posiadam. Najstarsza książka w moich zbiorach ma 110 lat i jest dla mnie pewnego rodzaju polisą – jak mi zabraknie kiedyś na mleko, to ją oddam do antykwariatu ;)

Małgorzata Musierowicz przyznawała się kiedyś, że zdziera z książek brzydkie okładki. Radykalne :) Ja ograniczam się do dobrodziejstwa, które niesie ze sobą szary papier. Czy Musierowicz kocha książki w sposób zmysłowy? ;)

Inna sprawa, że w sposób poufały i zmysłowy traktuję tylko książki własne – z pożyczonymi od znajomych się cackam, chucham na nie i dmucham, żeby przez przypadek nie stała im się najmniejsza krzywda. Dotyczy to również książek wypożyczanych z biblioteki.

Zauważyłam, że w wielu recenzjach właśnie temu esejowi poświęca się sporo miejsca – tak jak twórcy blogów dzielą się na kochających w sposób dworski i zmysłowy. Odnoszę wrażenie, że ci ostatni stanowią zdecydowaną mniejszość. W jednym z łańcuszków było pytanie o to, czy używasz zakładek, czy zaginasz „ośle rogi”. Większość osób odpowiadała, że używa zakładek. Ci, którzy zaginali rogi – przyznawali się do tego „ze wstydem”. A właściwie dlaczego mamy się tego wstydzić? Książka jest dla mnie nie obiektem muzealnym, lecz artykułem pierwszej potrzeby. Przeżywamy ze sobą czas wspólnie – ja zużywam oczy i czas, ona – zużywa się. Uważam, że to normalne. Również zdarza mi się używać zakładek (gubię – zwłaszcza te ulubione), ale też biletów, notatek, starych recept. Ostatnio znalazłam w książce, którą wzięłam do recenzowania zapakowany fabrycznie plaster antynikotynowy – pamiątka po czasach zrywania z nałogiem ;)

Z prawdziwą przyjemnością przeczytałam eseje o Zaślubinach księgozbiorów oraz Książkowym imperium pana premiera. Również mam dylematy związane nie tylko z pomieszczeniem zbiorów na półkach (rozłażą się, gdzie chcą), ale i ze sposobem ich ustawienia. Po kilku latach eksperymentów zdecydowałam się na ustawienie książek wg autorów i krajów, z których pochodzą. Mam zatem dwie półki, na których upchnęłam literaturę polską (klasyka i współczesność), po jednej na literaturę francuską, niemiecko-skandynawską, angielską, amerykańską, włosko-hiszpańsko-rosyjską czy „antypody”. Oddzielną część księgozbioru stanowią książki naukowe. Przy biurku  stoją półki z książkami, które wykorzystuję w pracy. Oddzielną półkę mają również czytadła (jakoś nie umiem postawić książki Grocholi – a mam jedną, obok opowiadań Andrzejewskiego – nie żebym uznawała to za profanację, ale boję się, że te książki by się pokłóciły ze sobą), biografie, literatura dziecięca oraz piętrzące się na szafce powieści w oryginale oraz książki o książkach. „Kąt letni” zdominowany został przez półki z klasyką kryminału. Nowe kryminały zajmują jedną belkę pod sufitem, thrillery – drugą. Stolik w „kącie zimowym” i stolik nocny oraz łóżko zarzucone są nowymi nabytkami oraz książkami, które wybrałam do bieżącego czytania (właśnie je policzyłam – jest ich -uwaga, uwaga… 78 – to dobry rok czytania w moim przypadku, ale grunt, to mieć z czego wybierać). W samych zbiorach trudno szukać większego porządku – chronologicznego i alfabetycznego zwłaszcza. Stendhal stoi obok Moliera, Edith Wharton rozpycha się obok Capote’a, a James Joyce walczy o miejsce z Walterem Scottem. Obiecuję sobie, że pewnego dnia zrobię tam porządek, ale przypuszczam, że stanie się to dopiero w momencie wyprowadzki do własnego mieszkania. Czyli nigdy. Tak czy inaczej – lubię mój pokój – bez względu na to, gdzie się spojrzy, po wejściu do niego widać książki ;) I nie można przed nimi umknąć wzrokiem.

Wracając do esejów Fadiman… Korektorskie zapędy jej rodziny przypomniały mi mój „feler” wyszukiwania braków w książkach i kartach dań w restauracjach. Kiedyś nosiłam ze sobą flamaster, którym poprawiałam błędy ortograficzne w wulgaryzmach na murach :)  Esej Słowa na szmucpaginie przypomniał mi moje własne dylematy dotyczące tworzenia dedykacji, a Prawdziwa kobiecość – refleksje związane z kobietami w literaturze. Wieczny atrament to zapis niemalże moich dylematów. Lubię do pisania używać pióra i mam prawdziwego „hopla” na punkcie wyboru materiałów piśmienniczych (nie tylko pióra, atramentu, ale również papieru). Swego czasu pochlebiałam sobie, że ten „fetysz” stanowi pewnego rodzaju łącznik pomiędzy mną a Virginią Woolf ;)

Trudno opisać mi wszystkie eseje – bo każdemu mogłabym poświęcić oddzielny wpis – a ten „spuchł” już niemiłosiernie. Czytałam je, jak widać, w sposób „osobisty” i przy opisie znów mnie poniosło – miało być o książce, a wyszło o mnie…

Spotkania z esejami Fadiman przypominają mi spotkania z przyjaciółką na popołudniowej kawie i ploteczkach o książkach. Są ciepłe, lekkie, zabawne i nieprzeintelektualizowane. Jednocześnie zastanawiam się, czy jest to lektura obowiązkowa dla każdego bibliofila czy mola książkowego. Jeśli tak, to ja się do nich chyba nie zaliczam. Książki są moją pasją – czytać uwielbiam, ale mianem „mola książkowego” bym się nie określiła. Chyba, że ze względu na specyficzną właściwość moli, które sieją spustoszenie w miejscach, w których się pojawiają ;)

Uroku esejom Fadiman dodawały również dopowiedzenia autorstwa Jana Gondrowicza. Dopowiedzenia – a nie przypisy – podane lekko, z przymrużeniem oka, bez irytującej naukowości. A jednak spełniają swoją funkcję – ba, można je czytać z równą przyjemnością, jak eseje Fadiman.

"Ex libris" to książka wielokrotnego użytku. Tym bardziej cieszę się, że Wydawnictwo Znak zadbało o jej odpowiednie wydanie - piękna szata graficzna, przyjemny papier, twarde okładki - to wszystko sprawi, że przy kolejnych powrotach nawet przy moim barbarzyństwie (miłość zmysłowa się kłania)  - nie doprowadzę książki do stanu rozkładu.

Dla zainteresowanych podaję link do wywiadu z Fadiman. Polecam – bardzo przyjemnie się go czyta.

 



Komentarze (2)

Dodaj komentarz
  • porzadek_alfabetyczny

    widzę że masz takie same 'ale' jak Elenoir i ja, Fadiman jest trochę zbyt fanatyczna, prawda? chyba że źle Cię zrozumiałam

  • j.szern

    Jest fanatyczna, ale to jest ten rodzaj fanatyzmu, który mnie aż tak bardzo nie razi. Przynajmniej bym od niej nie dostała po uszach za zaginanie rogów i spanie z książkami :D Fanatyzm - bez autoironii - jest uprawiany na niektórych blogach ;)
    Inna sprawa, że średnio byłam w stanie uwierzyć w perypetie jej rodziny - jest taka słodka... Borejkowa. Skojarzenie z powieściami Musierowicz miałam od pierwszych stron i mi nie przeszło. Dopiero później przegrzebałam internet i przeczytałam o tym, że jej ojciec zmarł rok po wydaniu tego tomu eseju, a kilka lat później jej matka popełniła samobójstwo. Zastanawiam się, czy gdyby Fadiman pisała tę książkę dłużej, to czy również byłaby ona (książka a nie Fadiman) przesiąknięta takim... amerykańskim optymizmem.
    Inna sprawa, że nie często zdarza mi się czytać tego rodzaju eseje - polska szkoła jest jednak nieco inna. A Fadiman potraktowałam jak smaczne ciastko do popołudniowej gorzkiej kawy. Od czasu do czasu można zgrzeszyć i nie odczuwać później kompulsywnej potrzeby niewychodzenia z siłowni ;)

© bibliotheke
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci