Menu

bibliotheke

Kobiety, które nienawidzą mężczyzn

j.szern

Asa Larsson

Odkąd pamiętam, zawsze byłam zwolenniczką równouprawnienia. Jako małe dziecko nie znałam wprawdzie takich terminów jak „dyskryminacja”, „nierówność praw”, „mizoginizm”, co nie znaczy, że w życiu codziennym nie dotykały mnie sytuacje, które można było nimi opisać.

Podśmiewam się niekiedy, że rozbudzenie mojej feministycznej wrażliwości zawdzięczam dwóm instytucjom: Kościołowi i partii.

Miałam niespełna trzy i pół roku, kiedy dowiedziałam się, że nie mogę zostać ministrantem, ponieważ jestem dziewczynką. Nie dlatego, że nie udźwignę dzwonka przy ołtarzu albo przez nieuwagę rozleję wodę i wino na ornat księdza. Kluczowym argumentem, przemawiającym przeciwko mnie była moja płeć. Niedługo później przyszywana ciocia, zmęczona niesieniem sztandaru na pochodzie pierwszomajowym, która wykorzystała pierwszą nadarzającą się okazję do pozbycia się ciężaru, ku mojemu zdziwieniu tłumaczyła mi się w sposób następujący: „Bo teraz grają piosenkę, w czasie której tylko mężczyźni mogą nieść flagę”. Żart zrozumiałam dopiero po latach. Wtedy miałam cztery lata, nic nie wiedziałam o komunizmie, lubiłam kolorowe pochody pierwszomajowe i marzyłam o tym, że pewnego dnia będę szła w pierwszym szeregu niosąc ogromną polską flagę. Postawa cioci była dla mnie niezrozumiała. Jeszcze mniej – sposób, w jaki się tłumaczyła ze swojego postępowania.

Nigdy też nie przemawiały do mnie wychowawcze argumenty, w których powoływano się na to, że jestem „dziewczynką”/”kobietą”. Jeśli coś powinny robić dziewczynki – to ja tego nie robiłam. Jeśli czegoś nie powinny – to ja byłam do tego pierwsza. Duch przekory był silniejszy od rozsądku, a jeszcze silniejsza była niechęć do pozwolenia się na zamknięcie w rolach określanych dla przedstawicielek mojej płci. Sztywne, pozbawione spontaniczności dziewczynki ubrane w śliczne sukienki i czyste podkolanówki budziły mój podziw, ale zarazem – wydawały mi się stłamszone, bezduszne, nudne i nieszczęśliwe. Trochę im zazdrościłam, bardziej im współczułam, za żadne skarby nie chciałam ich naśladować. Wolałam grać z kolegami w piłkę, a w zabawach w „odgrywanie” fragmentów W pustyni i w puszczy zawsze obsadzałam się w roli dzielnego Stasia, który przedzierał się przez krzaki malin w poszukiwaniu chininy, a nie jęczącej i wstrząsanej dreszczami gorączki Nel leżącej na tylnym siedzeniu starego samochodu :)

Im byłam starsza, tym silniej docierała do mnie świadomość, że moje postępowanie nieco odbiega od normy i bynajmniej nie przysparza mi popularności. Gorzej było tylko wówczas, gdy określałam siebie mianem „feministki”. Termin ten w języku polskim ma znaczenie pejoratywne. Negatywne. I tak jest od lat dwudziestych XX wieku, kiedy wiele kobiet angażowało się w walkę o równouprawnienie, ale niewiele określało się mianem feministek. Nigdy nie byłam szczególnie radykalna – daleko mi do feministek, które chciałyby np. zmienić Biblię i wyrzucić męskie określenia Boga. Nie widziałam też problemu w stanięciu w obronie dyskryminowanych na jakimkolwiek polu mężczyzn. Nie mniej jednak tłumaczenie otoczeniu, że w Polsce równouprawnienie często jest tylko pobożną deklaracją spotykało się z odniesieniami do kobiet w świecie muzułmańskim (z podtekstem: „Ciesz się babo, bo i tak masz szczęście”) lub z obojętnym wzruszeniem ramion. Tłumaczenie tych kwestii mężczyznom przypominało orkę na ugorze. Gorzej było tylko z kobietami, dla których stwierdzenie, że mogą być w jakiś sposób dyskryminowane w życiu zawodowym/publicznym/rodzinnym stanowiło wręcz formę obelgi. Czepiałam się :)

Stopniowo w Polsce zaczynało mi się robić za ciasno. Próbowałam żyć tak, jak chciałam i co raz uderzałam głową w mur. Nie będąc szczególnie wyzwoloną czy ekstrawagancką natykałam się na stereotypy, które skutecznie podcinały mi skrzydła. Zaczęłam myśleć o emigracji.

Po lekturze Polki Gretkowskiej i różnych artykułów Szwecja uchodziła w moich oczach za raj dla kobiet i oazę feministek. Kraj, w którym kobiety nie muszą trząść cyckami w reklamach, żeby sprzedać telefony komórkowe, chipsy czy leki dla mężczyzn wzmagające potencję. Kraj, w którym polityk prędzej odgryzie sobie język niż pozwoli sobie dworować po sarmacku z parytetów czy kobiet protestujących przeciwko zamienianiu polityki w walkę męskich klubów. Kraj, w którym kobiety, które chcą legalnie dokonać aborcji nie są odsądzane od czci i wiary przez religijne gazetki (sprawa Alicji Tysiąc). Wreszcie – kraj, w którym nikogo (a zwłaszcza mężczyzn) nie dziwi, jeśli kobieta używa ust do wyrażania poglądów i myśli, a nie tylko do uprawiania francuskiej miłości. Marzyłam o tym, żeby zamieszkać w Szwecji. Pociągał mnie klimat – nie tylko ten naturalny, ale również społeczny.

Pierwsze rysy na tym obrazie pojawiły się wraz z lekturą kryminałów. Współczesne szwedzkie powieści kryminalne to nie tylko opowieści o zbrodni, detektywie czy śledztwie – mają również silne zacięcie społeczne. Pisarze obnażają problemy, z którymi boryka się społeczeństwo, zmiany, jakie w nim zachodzą. Z Mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet Larssona zapamiętałam oprócz kreacji i perypetii Lisbeth Salander również te informacje:

  • 18% szwedzkich kobiet doświadczyło choć raz groźby ze strony mężczyzny;
  • 46% szwedzkich kobiet co najmniej raz doświadczyło przemocy ze strony mężczyzn.
  • 13% szwedzkich kobiet doświadczyło przemocy seksualnej ze strony mężczyzn, z którymi nie pozostawały w żadnej relacji.
  • 92% Szwedek, które doświadczyło przemocy seksualnej, nie zgłosiło tego na policji.

 

Długo myślałam nad tymi danymi. Dłużej niż nad samą fabułą trylogii Millennium. Mam taki feler, że kiedy czytam książki, to dużą uwagę zwracam na kreacje kobiet oraz ich relacje z mężczyznami. Oraz na uwikłanie kobiet w stereotypy. Może to tylko takie feministyczne skrzywienie. Nie zawsze o tym piszę, ale w przypadku tej książki nie mogę się powstrzymać…

 

Krew, którą nasiąkła Asy Larsson miała być dla mnie fajną odskocznią na czas świąt. Potrzebowałam niewymuszonej rozrywki. Miałam sporo do odreagowania, bo życie kopnęło mnie kilka razy w tyłek (nadal kopie, ale chyba się przyzwyczaiłam – masochistka ;), a do tego kryminały są idealne. W sposób nie do końca przeze mnie zrozumiały potrafią przywrócić mi wewnętrzną równowagę i właściwy ogląd świata.

 Fabuła powieści Larsson nie wybiega poza schemat kryminału. Jest zbrodnia, jest śledztwo, jest kilku pełnokrwistych bohaterów. Mimo, że nie jest nowatorska i nie burzy schematów – czytałam ją z przyjemnością. Miałam tylko dwa kryzysy. Pierwszy – gdy czytałam opis przyjęcia, w którym uczestniczy Rebecca, główna bohaterka. Drugi – gdy uświadomiłam sobie, że jest to kontynuacja przygód ambitnej prawniczki po przejściach. Lubię chronologię…

Gdyby to była pierwsza lepsza książka, pewnie poświęciłabym jej kilka sympatycznych zdań, powyzłośliwiałabym się na kwiatki na okładce w stylu „ oto królowa kryminałów” (sporo już ich było, choć ja ten tytuł już dawno przyznałam Val McDermid). Ale ta książka dotknęła mnie mocniej, niż przypuszczałam. Za sprawą ofiary zbrodni, której rozwiązanie staje się głównym motorem fabuły.

Mildred Nilsson była charyzmatyczną panią pastor w Jukkasjärvi, niewielkiej miejscowości na północy Szwecji i stała się ofiarą okrutnej zbrodni. Jej postać poznajemy nie tylko dzięki zeznaniom, ale również retrospekcjom, których autorka nie szczędzi czytelnikom (na szczęście nie wytrącały mnie one z rytmu czytania).

Dla kobiet, tych maltretowanych przez mężów, którym udzielała pomocy oraz tych, które należały do kółka biblijnego „Magdalena”, była ostoją i przewodniczką. Uczyła je jak mogą żyć, otwierała przed nimi nowe perspektywy. Uderzała głową w mur zbudowany przez mężczyzn, torowała drogę innym. Wytyczała szlaki. Jej śmierć nie skończyła dzieła, które podjęła – raczej była swoistym wyrzutem sumienia i obowiązkiem – dla kobiet, by się nie poddawały, dla współpracowników – żeby przejrzeli na oczy. Natomiast dla mężczyzn z jej parafii – zwłaszcza tych, którzy oskarżali ją o rozbicie ich małżeństw (Mildred Nilsson nienawidziła mężczyzn. Jestem szczerze przekonany, że zależało jej na tym, by kobiety odchodziły od mężczyzn.), była „pierdoloną dziwką”  i  „cipą, a nie pastor, która dostała to, na co zasłużyła”.

Zafascynowała mnie ta kobieta. Nie tylko ze względu na skrajne reakcje, jakie wywołała jej śmierć. Również dlatego, że w jej często ostrych i bezkompromisowych słowach odnalazłam wiele z moich bezsilnych buntów. Oto przykład:

„(…)Pierdolony klub facetów! (…) Polują za darmo. Kościół usługuje im we wszystkim. Nie dopuszczą do siebie żadnego dupka z zewnątrz, o kobietach nie wspominając. A kobiety pracują, dwoją się i troją, i czekają na zapłatę w niebie. Mam tego, kurwa, dosyć! Przecież widać wyraźnie, jak Kościół zapatruje się na kobiety i mężczyzn, ja tym chujom jeszcze pokażę!”

To m. in. o kole łowieckim, elitarnym klubie mężczyzn, któremu Mildred naraziła się nie tylko domaganiem się od nich, by wprowadzili w swoim gronie parytety, ale również planami stworzenia fundacji na rzecz ochrony wilczycy, która pojawiła się jakiś czas temu w okolicach Jukkasjärvi.

Wątek wilczycy przewija się zresztą w powieści. Poznajemy jej historię, na chwilę spoglądamy na świat jej oczami. Przyznaję, że nie przepadam za tego rodzaju wtrętami. Nie lubię takiego rozbijania narracji – może i ma to głębokie uzasadnienie kompozycyjne (retardacja, budowanie napięcia), ale ja się czuję wytrącona z rytmu i poirytowana grą, którą autor próbuje ze mną prowadzić. O ile nie przeszkadza mi zmiana punktów widzenia w powieści, o tyle np. monologi wewnętrzne psychopatów wyprowadzają mnie z równowagi. Do wątku wilczycy podeszłam również nieufnością. Dopiero po jakimś czasie zrozumiałam, jak wiąże się historia zwierzęcia z losem Mildred. Ona sama tłumaczyła się przed przyjaciółką ze swojej idèe-fixe związanej z tworzeniem fundacji mającej chronić wilczycę następująco:

Jest coś specjalnego w kobietach i wilkach. Jesteśmy do siebie podobne. Patrząc na tę wilczycę uświadamiam sobie, do czego jesteśmy stworzone. Wilki są niesamowicie wytrzymałe. Pomyśl, że one żyją na obszarach podbiegunowych, w pięćdziesięciostopniowym mrozie, i na pustyni, w pięćdziesięciostopniowym upale. Świadome swego rewiru, bezpardonowo wyznaczają jego granice. Pomagają sobie w stadzie, są lojalne, kochają swoje szczenięta ponad wszystko. Są takie jak my. (…) Wilki zostają w stadzie, kiedy trzeba, (…) a kiedy trzeba, odchodzą. Nie boją się konfliktów i w razie potrzeby potrafią się odgryźć. Są takie… pełne życia. Są szczęśliwe.

Tę wewnętrzną dzikość kobiet zauważała również Clarissa Pinkola Estes w książce Biegnąca z wilkami. Archetyp Dzikiej Kobiety w mitach i legendach. Czytałam jej fragmenty w formie e-booka, ale ta forma lektury szybko mnie zmęczyła. Ta książka jest przeznaczona do zakreślania i medytacji – a nie do ślęczenia przy monitorze (czytnika nie posiadam). Ostatnio znalazłam ją w promocji i  zamówiłam. Będę mogła na początku czerwca do niej wrócić. Zastanawiam się, czy Larsson nawiązuje tutaj do przemyśleń Estes, czy też ta zbieżność jest przypadkowa.

Bo Mildred Nilsson jest właśnie taką wilczycą. Kobietą, która rzuca wyzwanie mężczyznom. Z koła łowieckiego. Współpracownikom z parafii. Parafianom.

(…) To ma związek z moją wiarą. Biblia jest pełna mężczyzn, którym powierzono jakieś ważne zadanie, ważniejsze niż wszystko inne: żona, dzieci… no, wszystko. Abraham i Jezus, i… Musisz wiedzieć, że mój tato też poszedł w ich ślady w swoim powołaniu. Na mamie spoczywał ciężar odpowiedzialności za dom, wizyty u dentysty i kartki bożonarodzeniowe. A dla mnie Jezus jest tym, który pozwala kobietom myśleć, wyrwać się skądś, jeśli zajdzie taka potrzeba, być taką wilczycą właśnie. Kiedy czuję, że rozgoryczenie i marudność biorą górę, słyszę, jak Chrystus mówi do mnie: bądź spokojna, bądź szczęśliwa!

 Jeśli ktoś uważa, że poglądy czy walka Mildred są przesadne, histeryczne czy pozbawione podstaw, to polecam uważne wczytanie się w wypowiedź przewodniczącego koła łowieckiego:

Mildred miała na przykład taki popieprzony pomysł związany z parytetem w kółku łowieckim. (…) Wie pani, co drugie miejsce dla kobiet. To miało być warunkiem przedłużenia umowy o dzierżawę terenów łowieckich. (…) Przecież oprócz niej nikt nie uważał tego za dobry pomysł! Nie jestem żadnym szowinistą, ale moim zdaniem o te wszystkie miejsca w zarządach firm, Riksdagu czy naszym skromnym kole łowieckim powinno się konkurować na równych zasadach. To dopiero byłby brak równouprawnienia, gdyby pani dostała takie miejsce tylko dlatego, że jest kobietą. Czy wtedy ktoś by panią szanował? A poza tym: czy to naprawdę coś złego, że mężczyźni zajmują się polowaniem? Czasami myślę, że myślistwo to nasz ostatni przyczółek. Pozwólcie nam ten przyczółek zachować! Przecież ja, kurwa, nie upierałem się, żeby zostać członkiem jej kółka biblijnego.

Kiedy po raz pierwszy przeczytałam tę wypowiedź mruknęłam pod nosem: „jakie to polskie…”. W jej kontekście paralele Mildred – wilczyca i mężczyźni – myśliwi nabierają nowych znaczeń. Kobieta staje się ofiarą swojej wewnętrznej dzikości i pragnienia wolności. Samotna, odrzucona przez otoczenie, wykraczająca poza schematy, rzucająca wyzwanie społeczeństwu i rolom tradycyjnie pełnionym przez mężczyzn, staje się zagrożeniem. Kozłem ofiarnym, który trzeba poświęcić na ołtarzu zagrożonej męskości. Kobietą, na którą należy zapolować.

Pani pastor otrzymywała również listy z pogróżkami. Dużo listów.

(…) Ktoś tu napisał, że pastor jest wredną histeryczką nienawidzącą mężczyzn, która powinna się mieć na baczności, bo „naprawdę mamy cię cholernie dość, pierdolona suko, i uważaj, jak wychodzisz wieczorem, rozglądaj się, bo nie poznają cię twoje wnuki”.

Ja takich pogróżek nie otrzymywałam. Ale zdarzyło mi się usłyszeć, że „feminizm jest jak homoseksualizm – to się leczy”. Przyjęłam cios „na klatę”. O niczym innym nie marzę, jak o uzdrowieniu z tej przypadłości. Skończmy z dyskryminacją kobiet na polu zawodowym (te same pensje na tych samych stanowiskach, brak uwłaczających pytań na rozmowie kwalifikacyjnej: „Czy jest pani w ciąży?/Czy planuje pani zajść w ciążę w ciągu najbliższych dwudziestu lat?”), z podwójną moralnością (XXI wiek, a i tak mężczyzna mający za sobą bujne życie erotyczne jest „prawdziwym facetem”, a kobieta w analogicznej sytuacji – „dziwką” lub delikatnie mówiąc – „osobą, która się nie szanuje”, Marks i Engels przewracają się w grobie…), z przedmiotowym traktowaniem kobiet w mediach (nie, jeśli będziesz miał telefon komórkowy, zjesz chipsy albo leki na potencję, to wcale masz gwarancji, że kobiety będą ci się ścielić u stóp), wprowadźmy ułatwienia dla pracujących matek (żłobki, przedszkola, których nie zdobywa się na kolanach, za łapówkę, podstępem, i nie płaci się za nie jak za zboże), odczepmy się od tzw. „kur domowych” (ja ich na siłę nie mam ochoty uszczęśliwiać rozbudowanym CV – jeśli wolą poświęcić się życiu domowemu, to nie widzę problemu – pod warunkiem, że rzeczywiście tego chcą, a nie poświęcają się dla ego swoich mężczyzn), itp. Jestem jednak realistką. Co nie zmienia faktu, że brak powyższego stanu rzeczy akceptuję w milczeniu. Inna sprawa, że liczę się też z konsekwencjami. Ostatecznie dyndające na łańcuchu i zmasakrowane zwłoki feministki to nie jest fantazja wyłącznie szwedzkiej prowincji. Pod tym względem pewnego dnia również dogonimy szeroko rozumiany „Zachód”…

Niektórzy oczekują od książek, że będą swoistym plasterkiem na ich rany. Przeniosą ich do innego, lepszego świata, który zasadniczo różni się od tego, w którym przyszło im egzystować. Inni oczekują, że literatura będzie „zwierciadłem przechadzającym się po gościńcu” – wiernym odbiciem rzeczywistości, czy to pod względem poruszanych problemów, czy prawdy psychologicznej, którą ze sobą niesie.

Ja się w tej typologii sytuuję gdzieś po środku. Lubię książki, które pozwalają mi zapomnieć – wybieram je jednak ze świadomością ulotności i iluzoryczności „sztucznych rajów”, jakie ze sobą niosą. Z czasów nastoletnich pozostał mi też sentyment do realizmu i naturalizmu – świat kreowany w literaturze fantasy nigdy do mnie nie przemawiał. Inna sprawa, że niekiedy z doborem lektur bywa tak, jak z powieścią Larsson – miała być odskocznią, a rzuciła mnie na głębokie wody. Niespodzianka. Zupełnie nie brałam tego pod uwagę.

Nie mniej jednak – było warto przeczytać Krew, którą nasiąkła. Nie tylko dla rozrywki, której bez wątpienia mi dostarczyła (lubię kryminały, zwłaszcza takie niejednoznaczne, ze społecznym lub psychologicznym zacięciem, a taka jest powieść Larsson). Ale również dla pozbycia się kilku złudzeń (Szwecję – raj dla kobiet wkładam pomiędzy bajki). Trochę było gorzko, bo spotkałam się z tematem, który dotyka również mnie osobiście. Ale bolało mniej, niż przypuszczałam. Czyżbym dorastała?

 



Komentarze (5)

Dodaj komentarz
  • bookfa

    Oczywiscie, ze Szwecja nie jest feministycznym rajem ale jednak w porownaniu np. z Polska, jest. Im dalej na polnoc tym mniej tolerancji a wiecej "tradycji" czyli wiadomo czego. Pewnie dlatego Åsa Larsson wlasnie tam umiescila akcje powiesci.
    Nieskromnie powiem, ze 17 lat pracowalam w fundacji gdzie pomagalam kobietom z tych statystyk Larssona. Nie bylo tak groznie choc nie bylo tez latwo. Jeden z porzuconych mezow powiedzial mi kiedys, ze to JA zmarnowalam mu zycie i, ze ktos kiedys na pewno odstrzeli mi w koncu leb.
    Chyba jednak bardziej dobijali mnie lokalni politycy slowami, ze popieraja kobiety w 90 %. Nie raz mialam ochote rzucic jakas kurwa, ze szkoda, ze ja reprezentuje te pozostale 10% :/

  • bookfa

    Sorry, z tego wszystkiego zapomnialam napisac, ze to swietny wpis!!!!

  • marchefwbutonierce

    Tytuł - "Krew, którą nasiąkła" - wydaje mi się bardzo banalny. Nie lubię słowa "nasiąkła", to takie gorzkie przesłodzenie. 'Kwiatki', o których tu powiedziałaś, również zniechęcają mnie do tej lektury, bo wiele razy się na takich przejechałam. A taka już jestem, że sama lubię odkrywać nieznane książki :)
    Dziś nabyłam w księgarni fragment tej powieści i zobaczę, czy się skuszę na całość.

    Zawsze wolałam te podkolanówki... :P

  • Gość: [j.szern] *.centertel.pl

    @bookfa - Dziękuję :) Jestem skłonna uwierzyć, że Szwecja może być jednak lepszym miejscem do życia niż Polska - ostatecznie autorzy kolejnych artykułów nie mogą być kompletnymi ślepcami. Inna sprawa, że w Polsce też w większych miastach jest większa przestrzeń, a prowincją rządzi "tradycja" :/
    Twoje przeżycia z fundacji wcale nie były łatwe - groźby łatwo mogą być wprowadzone w życie, niestety... W Polsce ostatnio mówi się coraz więcej o przemocy domowej, której ofiarami są mężczyźni. To interesujący temat - wprawdzie feministkom bywa z nim nie po drodze, ale uważam, że i to powinno się naświetlać.

  • j.szern

    @marchefwbutonierce - Tytuł to fragment z księgi Izajasza:
    " bo oto Pan wychodzi ze swojego miejsca,
    by karać niegodziwość mieszkańców ziemi,
    a ziemia ukaże krew, którą nasiąkła,
    i pomordowanych kryć dłużej nie będzie." (Iz, 26,21)
    Stąd może wynikać archaizacja i wrażenie pretensjonalności. Nie zajmowałam się we wpisie tytułem, bo i bez tego notatka niesamowicie "spuchła", ale myślę, że warto odnieść ten fragment do treści powieści. Inaczej, nieco oryginalniej wyrażona prawda, że nie ma zbrodni bez kary. I że nic - żadna idea, nawet religijna - zbrodni nie rozgrzesza.

© bibliotheke
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci