Menu

bibliotheke

Anakonda

j.szern

marquez

Właściwie nie wiem, dlaczego tak długo i intensywnie wzbraniałam się przed Marquezem. Na półce mam od kilku lat Miłość w czasach zarazy. Słuchałam symfonii pochwał na temat Stu lat samotności. I nic. Czy to kwestia nieufności, którą wywołują we mnie zbiorowe zachwyty? To jeden z wielu pisarzy, który zagubił się w meandrach mojej biblioteki i list książek z działu „must read”…

Wypożyczyłam Sto lat samotności na wakacje – w pierwszej turze przeprosin z biblioteką. Książka przeleżała dwa miesiące, w czasie których skrupulatnie pilnowałam terminów przedłużania, trochę się zakurzyła, pojechała ze mną do Wielkiego Miasta, i właśnie wtedy, kiedy teoretycznie nie powinnam zabierać się za takie lektury, bo mam młyn w pracy i mózg zamieniony w pulpę – naszła mnie chęć na jej przeczytanie. Zabrałam się za nią bardziej z poczucia obowiązku („trzeba wreszcie oddać książkę – głupio oddać nieprzeczytaną”) niż z prawdziwej potrzeby, ale już pierwsze zdanie sprawiło, że – na przekór wrodzonej nieufności i brakowi entuzjazmu – nie mogłam się oderwać.

Początkowo uwiodło mnie Macondo i jego mieszkańcy. Skromne życie w łączności z przyrodą, nieświadomość tego, co się dzieje w „wielkim świecie”, odkrycia dokonywane na własną rękę (ech, te szalone eksperymenty Josè Arcadio…) … To świat, w którym to, co w innych miejscach jest normalne – ma wymiar cudu (atrakcje plemiona Cyganów), a to, co gdzieś indziej jest niespotykane i wywołujące sensacyjne doniesienia na pierwszych stronach gazet – jest rzeczą normalną i niewywołującą w nikim zdziwienia. To świat, w którym do nieba są zabierane piękne dziewice, a duchy zmarłych pojawiają się w miejscach, w których żyli – przekraczając swobodnie granicę życia i śmierci. Na kartach tej powieści rzeczywistość łączyła się z magią w sposób tak naturalny, że nie budziło to we mnie żadnego zdziwienia. Zamarzyłam o moim własnym Macondo – aż wreszcie…

… stopniowo, wraz z upływem akcji, dotarło do mojej świadomości, że Macondo nie jest Arkadią. To miasteczko, które sprawia wrażenie rajskiego ogrodu, to Eden, w którym pojawia się wąż. Pokusą jest tu miłość naznaczona piętnem kazirodztwa, samotność, którą skażeni są potomkowie rodu Buendia, władza czy pieniądze. Otwarcie się Macondo na świat sprowadza do tego miejsca widmo rewolucji i bratobójczych wojen oraz chciwych kapitalistów (kompania bananowa).

Macondo budzi tęsknotę, ale również grozę.

Język prozy Marqueza jest niezwykły i zmysłowy. Słowa mają posmak południowoamerykańskiej kuchni, w której łączy się słodycz karmelu, gorycz kakao i kawy i ostrość przypraw. Tak, jak naturalnie i bezpretensjonalnie Marquez łączy w swojej powieści magię i rzeczywistość, tak samo łączy poezję z naturalizmem. Bez pruderii, ale też bez sakralizacji, wydumania czy wulgarności opisuje doświadczenia erotyczne bohaterów. Pisze o nich z taką samą naturalnością i bezpretensjonalnością jak o ich strojach, jedzeniu czy ulubionych rozrywkach. W przejmujący, ale też niepozbawiony humoru sposób potrafi pisać o doświadczeniach młodości i starości – tej ostatniej zwłaszcza nie idealizuje… Z fascynacją i zgrozą można obserwować stopniową dezintegrację bohaterów. Rodzi się wtedy bunt – dopiero byli młodzi i mieli przed sobą życie – czy naprawdę tak wygląda starość? Trywialna, wpędzająca w demencję, pozbawiająca sił i szacunku, wyzwalająca to, co w człowieku było najlepsze lub najgorsze, przynosząca doświadczenie, ale niekoniecznie idącą z nim podobno w parze mądrość? To doświadczenie – na kilkunastu stronach zobaczyć streszczone czyjeś życie – niesie ze sobą gorycz, ale również przybliża do akceptacji i zrozumienia tego etapu życia.

Czytając Sto lat samotności cieszyłam się każdą „przeciętną” książką, po którą sięgnęłam zanim zabrałam się za Marqueza. Wątpię, czy smakowałyby mi tak samo, gdybym czytała je po doświadczeniu prozy tego pisarza. Z pewną obawą podeszłam do półki z książkami „oczekującymi” i dłużej niż zwykle wybierałam kolejną lekturę. Towarzyszył mi lęk, że po doświadczeniu „smakowym”, jakim była dla mnie ta książka, każda następna będzie mi smakowała jak jedzenie typu fast food. Może i będzie kolorowa, może i będzie atrakcyjna dla oka, ale dreszcze mnie przejmowały na myśl o tym, że zamiast treścią będzie napompowana drugiej świeżości olejem i masą składników, których symbole chemiczne sprawiają, że żołądek wywraca mi się na drugą stronę.

Widząc mnie w pracy z tą książką, moja koleżanka zapytała: „Który raz to czytasz?”- i zdziwiła się, kiedy odpowiedziałam, że pierwszy. Ja się zdziwiłam jej zdziwieniem, ale teraz, kiedy zamknęłam książkę i z satysfakcją poklepałam okładkę, a później poklepałam się po brzuchu, zrozumiałam, dlaczego Agnieszka zadała mi tamto pytanie. Po przeczytaniu tej powieści czuję się jak anakonda, która połknęła krowę. Mam ochotę położyć się w słońcu i oddać się rozkładaniu na czynniki pierwsze subtelności i kontekstów – literackich, historycznych czy społecznych, których po pierwszej lekturze (konsumpcji) nie sposób chyba opisać czy odczuć. To książka, po której chce się zrobić miesięczny post od czytania – by móc się oddać beztroskiej radości trawienia. To książka do której chce się wracać. W całości i na wyrywki. Wielokrotnie.

 



Komentarze (4)

Dodaj komentarz
  • bookfa

    Wiedzialam, ze Cie zachwyci :)

  • j.szern

    Miałaś rację, Bookfo :) Przy tej książce przeżyłam absolutnie doskonały i wszechogarniający czytelniczy orgazm :D

  • bibliotekarkaczyta

    to jest książka, którą pragne przeczytać od wielu lat, ale brakuje mi na to czasu... Bo chce ją czytać i przeżywać równocześnie, na to zasługuje Marquez

  • j.szern

    @bibliotekarkaczyta - Też tak odkładam książki - aż będę miała czas na smakowanie i nie będę musiała się śpieszyć. Tymczasem Marqueza czytałam głównie w autobusach, w drodze do pracy - i odkryłam, że zupełnie nie przeszkadza mi to w odbiorze jego książki. Potrafiłam się wyłączyć i skupić się na akcji powieści. I chyba zmienię zdanie o książkach odkładanych na "lepszy czas" i zacznę czytać je wtedy, kiedy mam na to ochotę po prostu :)

© bibliotheke
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci