Menu

bibliotheke

Krew jak czekolada

j.szern

Maberry

Życie Lawrence’a Talbota zmienia się, kiedy w wieku dziewięciu lat staje się świadkiem samobójczej śmierci matki. Jego ojciec wysyła go do szpitala psychiatrycznego, w którym chłopak spędza dwa lata, a później do ciotki do Ameryki. Od tej pory Lawrence nie ma kontaktu z rodziną – poza sporadycznie wymienianymi listami. Do Anglii wraca jako uznany aktor otrzymujący entuzjastyczne recenzje za doskonałe wyczucie ról szekspirowskich bohaterów. Jest mężczyzną w sile wieku, ale przepełnionym goryczą i smutkiem – w życiu przypomina  bohaterów, których przychodzi mu z takim wyczuciem odgrywać na scenie. Wewnętrzną pustkę próbuje zagłuszyć paleniem opium, orgiami w towarzystwie aktorów i alkoholem.

Wszystko się zmienia, kiedy Lawrence otrzymuje list, w którym narzeczona jego brata zawiadamia go o zniknięciu Bena. Powrót po trzydziestu latach nieobecności do Blackmoore nie przypomina bynajmniej powrotu syna marnotrawnego. Jest za to szansą, by Lawrence zmierzył się ze swoją przeszłością oraz rodzinnymi tajemnicami, które zaciążyły nad jego życiem…

Wilkołak to książka -przegryzka – konsumowana w drodze do i z pracy pomiędzy soczystym Marquezem i surowym Hawthornem, z którymi ostatnio się zaprzyjaźniłam. Ale nie tylko fakt, że czytałam tę powieść pomiędzy dziełami pisarzami, które zrobiły na mnie ogromne wrażenie, wpływa na to, że książkę Maberry’ego uważam za delikatnie mówiąc nieudaną.

Powieść Maberry’ego to dowód, że wilkołak powieści gotycką czy nawet horrorem nie czyni. Nie pomagają również: stara i zaniedbana posiadłość, noc, księżyc, dziki las, Cyganie, tajemnicze samobójstwo matki, szpital psychiatryczny, wiedza tajemna, starzy dziwacy i inne elementy używane zwykle w charakterze dekoracji w tego typu literaturze. Nie działam, niestety, jak automat - użycie stosownych motywów nie sprawia, że czuję klimat, atmosferę, dreszczyk strachu i mam ochotę schować się pod kołdrą z latarką i... książką oczywiście. Klimat, atmosfera powieści to coś, co rodzi się między słowami, a nie jest sztucznie wywoływane przez słowa-klucze. Detaliczne i nie pozostawiające zbyt wiele miejsca na wyobraźnię opisy ataków wilkołaka nie były w stanie nadrobić tej straty.

Tak, jak książce zabrakło klimatu, tak postaciom ją zaludniającym zabrakło moim zdaniem głębi – są papierowe i płaskie. Mimo że targają nimi namiętności skrywane często pod maską konwenansu, mimo że ewoluują, mimo że nawet zdarzało im się mnie zaskoczyć – nie byłam w stanie wyobrazić sobie ich w trójwymiarze.

Fatalny jest również język, którym została napisana powieść. Miałam wprawdzie do czynienia z przekładem, ale  oczekiwałam, że skoro autor umieszcza historię pod koniec XIX wieku, będzie w stanie również na poziomie językowej stylizacji oddać atmosferę tamtych czasów. Tymczasem książka przypomina bardziej instruktaż (bohater poszedł, zrobił, pomyślał, poczuł…) niż zdystansowaną, nieco ironiczną, pełną meandrów zdań i inteligentną prozę dziewiętnastowieczną. Czytając książkę miałam wrażenie, że tak naprawdę obcuję nie z autorskim dziełem, tylko z rozbudowanym scenopisem. Pisząc recenzję i szukając informacji o autorze dowiedziałam się, że moje instynktowne przeczucia były trafne – Wilkołak to literacka adaptacja scenariusza filmu Joego Johnstona z 2010 roku, a nie autorski pomysł Maberry’ego. Nigdy nie zrozumiem, po co – z wyjątkiem potrzeb promocji i wyciągania dodatkowych pieniędzy od widzów  - powstają tego rodzaju projekty. I dlaczego na tej konkretnej książce nie znalazło się wypisane wielkimi jak krowy literami ostrzeżenie, że mam do czynienia z adaptacją (za to miejsce na informację, że obcować będę z dziełem „nowego amerykańskiego mistrza horroru” było…). Dla mnie to ważne, bo jeśli mam do wyboru przeczytać adaptację scenariusza lub obejrzeć film – wolę zrobić to drugie. Do tej pory miałam do czynienia – bardziej wiedziona ciekawością - z dwoma tego rodzaju adaptacjami – Stowarzyszenia umarłych poetów i Uśmiechu Mony Lisy. Obie przeczytałam po obejrzeniu filmów i obie pozostawiały wiele (to eufemizm) do życzenia. Książka Maberry’ego, którą wzięłam za podstawę scenariusza filmu, z którego obejrzeniem specjalnie zwlekałam do chwili, gdy przeczytam powieść - tylko ugruntowała moją niechęć do tego rodzaju przedsięwzięć.

Szkoda, bo w samej historii i bohaterach tkwi ogromny i (niestety) zmarnowany potencjał.  Mogła to być opowieść o miłości, o pożądaniu, o przemianie, o destrukcyjnym konflikcie ojca z synem, o zemście, o walce dobra ze złem, o bestii, która tkwi w człowieku, o konflikcie pomiędzy tym, co racjonalne i tym, co niewytłumaczalne. Zręczny stylista i lepszy psycholog mógłby rozwinąć te wątki w naprawdę poruszającą i mroczną opowieść. A tak – została mi wyrwa w portfelu (na szczęście niewielka), chwilowa niechęć do szlajania się nocą po lasach (opisy ataków wilkołaka były… hmm… sugestywne…) i nauczka, że nie kupuje się książek tylko dlatego, że na okładce jest Benicio Del Toro…

 



© bibliotheke
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci