Menu

bibliotheke

Lamb of God

j.szern

Christopher Moore

Kiedy sięgałam po książkę Moore’a, miałam zaledwie mgliste pojęcie o tym, co mnie czeka przy lekturze Baranka. Słuchając opinii nastawiłam się na nowy Żywot Briana, co oczywiście jest rekomendacją dobrą (bo to jeden z moich ulubionych filmów), ale mimo wszystko nie do końca trafną…

Oto zbliża się drugie millenium i świat chrześcijan będzie świętować okrągłą rocznicę narodzin mesjasza. Jeden z najbardziej fajtłapowatych aniołów, Raziel, zostaje wysłany na ziemię z misją specjalną – ma wskrzesić Biffa i przypilnować go, by napisał nową ewangelię, opowiadającą o życiu jego najlepszego przyjaciela, Joszui (Jezusa). Wybór nowego „ewangelisty” nie jest przypadkowy, bo spośród wszystkich ludzi, Biff najlepiej znał młodego mesjasza i towarzyszył mu nie tylko w czasach nauczania, ale również wówczas, gdy ten dopiero się przygotowywał do wypełnienia swojej posługi. By Biff skutecznie mógł wypełnić zadanie, zostaje obdarzony darem języków – tak, by umiał opowiedzieć Dobrą Nowinę słowami, które najlepiej trafią do współczesnych czytelników.

Biff to sól tej powieści. Wynalazca kawy z mlekiem  (i cynamonem) i sarkazmu marzący o karierze wiejskiego głupka, lubiący kobiety i niestroniący od przyjemności cielesnych (w czasie, gdy Joszua uczy się trudnej sztuki medytacji, on przerabia w praktyce całą Kamasutrę). Jak w amerykańskich filmach – super bohater musi mieć towarzysza, stosownie gorszego i głupszego od niego – tak i w tej książce Biff stanowi dla Joszui niezbędny kontrast, dzięki któremu uwidacznia się różnica pomiędzy mesjaszem a zwykłym przedstawicielem naszego gatunku. Błazenada i prostactwo Biffa to jednak tylko pozory, pod którymi skrywa swoją prawdziwą naturę. Może i nie jest wyrafinowany, może i nie jest intelektualistą, ale potrafi być wiernym i lojalnym przyjacielem, który za Joshem jest w stanie pójść w ogień albo spędzić siedemnaście lat z daleka od domu. Nawet jednak on nie jest w stanie uchronić go przed przeznaczeniem…

Moore bardzo zręcznie wykorzystuje fakt, że wszystkie cztery Ewangelie koncentrują się na okresie nauczania Jezusa, dość konsekwentnie pomijając okres jego dzieciństwa i dorastania. Poznajemy owszem okoliczności zwiastowania, narodzin czy epizod związany z nauczaniem w świątyni jerozolimskiej w wieku dwunastu lat, po czym na osiemnaście lat kurtyna zapada, by podnieść się ponownie wraz z chrztem udzielonym Jezusowi przez Jana Chrzciciela. Moore postanawia zatem tę lukę wypełnić – poznajemy świat dziecięcych zabaw małego Joszui, jego późniejszą wędrówkę na Wschód i nauki, które pobiera u trzech mędrców, którzy pojawili się w stajence betlejemskiej przynosząc ze sobą złoto, kadzidło i mirrę, wreszcie – towarzyszymy mu w czasie wypełniania jego misji aż do tragicznego jej finału.

Moore, swobodnie czerpiąc z bogatej tradycji apokryficznej, na szczęście odchodzi daleko od przedstawiania młodego mesjasza w konwencji patetycznej lub trącącej nieznośną i infantylną czułostkowością. W ich miejsce pojawia się humor i ludyczny śmiech.

Moore nie kwestionuje ani wyjątkowości, ani przesłania Jezusa – przeciwnie, stara się (w zabawny i atrakcyjny sposób) ukazać jego dojrzewanie do powołania i problemy z tym związane. W sytuacji, gdy Bóg milczy (a właściwie odzywa się raz – dość niecenzuralnie i Josh nie wie, co o takiej radzie ma myśleć), a Raziel jest wiecznie spóźniony i delikatnie mówiąc niekoniecznie kompetentny, cały ciężar odkrywania sposobu, w jaki Josh ma wypełnić swoją misję, spoczywa na jego wątłych barkach. Podejmowane na własną rękę eksperymenty nie zawsze kończą się powodzeniem – vide problemy z dokonywaniem cudów, zwłaszcza z wskrzeszaniem zmarłych, czy próby zrozumienia natury grzechu cudzołóstwa (epizod w domu publicznym to jedna z moich ulubionych w powieści) - a Josh musi zmierzyć się też z pokusami, wśród których będzie pierwsza i niespełniona miłość do Marii z Magdali.

Nauka Josha jest przepełniona radością i optymizmem. Jej rewolucyjność ujawnia się tym silniej, że została ona ukazana na tle okoliczności, w jakich przyszło Joshowi ją głosić. Żydzi na początku naszej ery znajdowali się w podwójnym ucisku. Z jednej strony byli narodem podbitym przez Rzymian, którzy nie wahali się stosować najbardziej okrutnych sankcji wobec tych, których choćby podejrzewali o najmniejszy bunt czy próbę spiskowania przeciwko ich władzy. Z drugiej strony rząd dusz sprawowali nad nimi nie mniej represyjni i wymagający faryzeusze, którzy ze skrupulatności w przestrzeganiu przepisów religijnych uczynili niemalże fetysz, do tego stopnia, że odstępstwa były karane poprzez kamienowanie. W tej sytuacji, nauka Joshui, który głosił potępienie grzechu, ale nie grzesznika i odrzucenie przerostu formy (rytuały, formułki jako wyraz gorliwości religijnej) nad treścią (praktykowanie zasady miłości bliźniego, przebaczanie wrogom, odrzucenie zemsty, itp.), była powiewem wolności. Kuszącym powiewem wolności…

 Warto przeczytać Baranka. Dla zabawy, ale również dla poznania niekonwencjonalnej, ale jakże oddającej ideę chrześcijaństwa, biografii Jezusa. Moim zdaniem nie ma w tej książce nic, co by narażało czytelnika – nawet wierzącego – na zgorszenie. Podobnie zresztą o idei swojej powieści pisze Moore w posłowiu:

Ta opowieść nie jest i nigdy nie miała być wyzwaniem dla czyjejkolwiek wiary. Jednakże, jeśli czyjaś wiara może doznać wstrząsu z powodu lektury zabawnej powieści, to ten ktoś powinien chyba częściej się modlić. (s. 529)

Warto mieć te słowa w pamięci w czasie lektury Baranka.

Natomiast to, czy czytelnikowi spodoba się poczucie humoru Moore’a, to już kwestia osobistych preferencji. Przyznaję, że niektórych może razić jego ludyczność, inni mogą odebrać tę historię jako próbę wyciosania na siłę zabawnych sytuacji z historii, która ostatecznie jest poważna i tragiczna. Mnie osobiście to poczucie humoru odpowiada, ale ja się śmieję do łez oglądając Kapitana Bombę, więc nie wiem, czy moje zdanie może być wiarygodną rekomendacją ;)

***

Tym, którzy uznają, że amerykański humor Moore’a nieco ich przerasta, a mimo to chcieliby poznać niekonwencjonalne spojrzenie na postać Jezusa, polecam film sprzed ponad dwudziestu lat, Jezus z Montrealu.

Jest to swobodna i uwspółcześniona adaptacja Ewangelii wg św. Marka. Młody i utalentowany aktor dostaje zlecenie wykonania widowiska pasyjnego z okazji zbliżających się świąt wielkanocnych. Starannie kompletuje obsadę, analizuje źródła, a efekt jego artystycznych poszukiwań wywołuje prawdziwy ferment wśród władz kościelnych i wielkie poruszenie wśród widzów.

Rewelacyjny film, mistrzowsko zagrany, pełen aluzji do ewangelii (ich tropienie to prawdziwa przyjemność) i – przede wszystkim – doskonale tłumaczący, jakim skandalem metafizycznym dla Żydów żyjących dwa tysiące lat temu, mógł był fakt, że mesjasz na którego czekali nie był przywódcą politycznym, który miał ich wyzwolić spod panowania Rzymian, ale zwykłym cieślą z Nazaretu, narodzonym w stajni z dziewicy (!), który głosił, że jego królestwo nie jest z tego świata, zadawał się z celnikami i miał dobre słowo dla cudzołożnic.

To najlepsza adaptacja ewangelii, jaką udało mi się do tej pory obejrzeć – a oglądałam ich sporo. Nie kwestionując walorów poznawczych (bo artystyczne już i owszem, kwestionować lubię) wszelkich filmów opartych na historiach biblijnych, nie jestem w stanie zrozumieć – dlaczego w ramówce telewizyjnej układanej z okazji świąt wielkanocnych epatuje się nas mdłymi, patetycznymi i odtwórczymi biografiami Jezusa, a konsekwentnie pomija się film Denysa Arcanda.

Czyżby osobami odpowiedzialnymi za dobór filmów kierowała (niesłuszna) obawa, że ten film zgorszy odbiorców lub zachwieje ich wiarą? Może nie podoba im się krytyczne przedstawienie instytucji kościelnych (księża są w tym filmie odpowiednikami ewangelicznych faryzeuszy)? A może po prostu wychodzą z założenia, że tradycyjny i niedzielny polski katolik nie jest w stanie tego filmu obejrzeć ze zrozumieniem? W to ostatnie wytłumaczenie akurat jestem skłonna uwierzyć ;)

Poniżej – zwiastun filmu oraz jedna z wybranych scen ze spektaklu pasyjnego. Film jest dostępny – w całości na youtube (TUTAJ), niestety, tylko w wersji oryginalnej (czyli w języku francuskim i z napisami bodajże hiszpańskimi).

A oto zwiastun:

 


I fragment z przedstawienia pasyjnego:

 

 

 


 

 

 



Komentarze (6)

Dodaj komentarz
  • jane_doe_blog

    Naprawdę interesująco napisałaś o tej książce:). Nie ukrywam, że Te tematy omijam szerokim łukiem, mam awersję i tyle. Ale tak świetnie zaprezentowałaś tę pozycję, że aż pomyślę o niej:), a to już połowa sukcesu.

  • Gość: [Ysabell] *.lodz.mm.pl

    O Moorze się nie wypowiem, bo nie znam i na razie mnie nie ciągnie, ale "Jezus z Montrealu" to rzeczywiście kawał dobrego filmu i miło, że o nim przypomniałaś. :)

  • j.szern

    @ jane_doe - Dziękuję :) "Te" tematy również i we mnie nie budzą entuzjazmu, ale skoro "Baranek" miał być utrzymany w klimacie "Żywota..." to się skusiłam. Dobra książka na odstresowanie się - moi znajomi, którzy ją ode mnie pożyczają, płaczą - ale ze śmiechu, a nie z rozpaczy :)

  • j.szern

    @Ysabell - Prozę Moore'a krytycy (czy może "krytycy") porównują do twórczości Vonneguta, którego ten amerykański komik ma być następcą. Nie jestem w stanie ocenić wartości tego porównania, bo zwyczajnie Vonneguta póki co skutecznie omijałam przy doborze lektur. Innych książek tego autora nie znam, ale zamierzam poczytać. Zamówiłam niedawno "Błazna", który podobno nawiązuje do tragedii Szekspira, "Król Lear". No i ciągnie mnie do cyklu o wampirach - podobno świetny pastisz tego rodzaju prozy.
    "Jezus z Montrealu" to jeden z tych filmów, do których lubię wracać - bo przy każdym oglądaniu odkrywam w nim coś nowego. Pierwsza projekcja to była katastrofa - wyszłam zmęczona i sfrustrowana, bo ni w ząb nie byłam w stanie zrozumieć, o co w tym filmie chodziło :) Oświeciło mnie po kilku dniach ;)

  • zaczytania

    Cykl o wampirach faktycznie niezły (jako pastisz) - słusznie Cię ciągnie :)

  • j.szern

    @zaczytania - Teraz ciągnie mnie jeszcze bardziej :) Z tego, co się zorientowałam - śledząc listę książek napisanych przez Moore'a i daty ich wydań - pierwsza część tego cyklu powstała zanim świat ogarnęła epidemia szaleństwa na punkcie diamentowego torsu Roberta Pattisona vel Edwarda :) Czyżby Moore wyprzedzał swoje czasy? A może w latach 90-tych XX wieku ludzie też się ekscytowali wampirami? :)

© bibliotheke
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci