Menu

bibliotheke

Maska

j.szern

Tess Gerritsen

Podobno wszyscy nosimy maski.

Maska to wierny towarzysz – pomaga ukryć słabość, nadrobić miną, wzbudzić współczucie, kreować rzeczywistość. Tworzy dystans, błogosławiony bufor bezpieczeństwa pomiędzy prawdziwą twarzą, która budzi wstyd lub zażenowanie, a ludzkimi spojrzeniami. Uwodzi, ale i zwodzi. Chroni, ale również więzi. Pomaga przetrwać, ale także stanowi pokusę – zawsze znajdą się ludzie, którzy nie szanują natury maski. Zamiast ją przejrzeć, próbują ją zerwać – zapominając, że niekiedy maska zrasta się z prawdziwą twarzą, którą ma chronić, że w zapale odrywają również fragmenty skóry. Twarz odarta z maski – brutalnie i bez ostrzeżenia – jest bardziej naga i bezbronna niż noworodek. Po takim doświadczeniu większą grozę niż spojrzenia ludzi, budzi tylko lustro.

Jedną z moich ulubionych scen (obok monologu Pacholęcia) w Marii Antoniego Malczewskiego* jest ta, w której do dworku na kresach przybywają Maski i śpiewają swoje dwie pieśni.

Maska twarz kryje, a kto się pyta,

 O sprawy czyje, tego przywita

wrzawa, śmiech pusty.


Miałam ten fragment w pamięci, kiedy czytałam Grzesznika, kontynuację przygód tandemu Rizzoli & Isles. Gerritsen nie zawodzi – udaje jej się napisać kolejny zręczny, wielowątkowy, trzymający w napięciu thriller medyczny. Thriller, w którym wszyscy bohaterowie noszą maski.

Maura Isles – lekarz-patolog, chłodna piękność wystylizowana na Kleopatrę (równo przycięte czarne włosy, alabastrowa skóra, czerwona szminka); świadoma tego, że na miejscu zbrodni czy w kostnicy przyglądają jej się surowe i oceniające spojrzenia - nie zawodzi i daje ludziom to, czego się po niej spodziewają – profesjonalny dystans, opanowanie, chłodną analizę danych. W pracy jest Królową Zmarłych, a w życiu…

Jane Rizzoli – policjantka, która wywarza drzwi kopniakiem i wyraźnie zaznacza swoją obecność – jakby się bała, że w męskim klubie, jakim jest środowisko bostońskich policjantów, jej głos i postać zostaną niezauważone; jej dylematy w tej części cyklu aż za bardzo przypominają scenariusz moich nocnych koszmarów (tych, po których budzę się zlana potem i długo, długo nie mogę dojść do siebie).

Gabriel Dean – agent FBI, kolejny poukładany i zdystansowany perfekcjonista (odzwierciedla to choćby jego konserwatywna i niepozostawiająca miejsca na żadne szaleństwa garderoba); on i Rizzoli są jak wybuchowa mieszanka, jak ogień i woda – pytanie tylko, czy cała ta para, która powstanie z ich spotkania nie pójdzie w gwizdek? ;)

Victor Banks – lekarz bez granic, zaangażowany społecznik, don Kichot ratujący świat i spoglądający z okładek prestiżowych magazynów jako „człowiek roku”; przez przywdzianie tej maski Victor odbiera sobie możliwość popełniania błędów – każde najmniejsze potknięcie jest jak rysa na krysztale, która może sprawić, że ten w mgnieniu oka rozpadnie się; kreacja stworzona na potrzeby własne i mediów nie jest jednak konsekwentna – pozostaje pytanie, co się stanie (z jego wizerunkiem i z organizacją, którą tym wizerunkiem promuje) – kiedy te rysy staną się własnością publiczną?

To tylko subiektywny i wybiórczy przegląd bohaterów, którzy noszą maski. Jeśli któryś z pozostałych  bohaterów wydaje się być szczery i autentyczny – taki, co to serce na dłoni i w duszy żadnych tajemnic – nie ufam mu. W świecie stworzonym przez Gerritsen wszyscy noszą maski (jak w życiu) i to tylko kwestia czasu, kiedy czytelnik będzie mógł się o tym przekonać. Inna sprawa, że autorka nie zdziera tych masek brutalnie – uchyla je delikatnie, podważa – jak skalpelem, pozwala nam zajrzeć do strefy ochronnej swoich bohaterów.

Kontrast pomiędzy ja społecznym i ja ukrytym, który wyłania się po tym zabiegu, bywa niekiedy ogłupiający (trudno mi w tym momencie znaleźć inne słowo, które by określało moją reakcję na ten zabieg). Nie ukrywam, że o ile dylematy Rizzoli są mi bliskie, o tyle zachowanie Maury wytrąca mnie z równowagi. Abstrahując od wszystkich jej traum rodzinno-osobisto-życiowych, ta kobieta mnie po prostu irytuje. Może przez to, że za bardzo przypomina mi te wszystkie osoby, które miałam okazję spotykać w moim życiu, te, które maską chłodnych i zdystansowanych pięknych perfekcjonistek zakrywają pogubione, poranione i nieśmiałe dziewczynki, i które – mimo to -zawsze potrafią sprawić, że czuję się przy nich jak brzydsza, gorsza i głupsza siostra kopciuszka.

Gerritsen posiada kilka – ważnych dla autora thrillerów - atutów. Potrafi tworzyć zawiłe intrygi kryminalne, mylić tropy, sprawnie budować napięcie do ostatniej strony. Do swoich doświadczeń lekarskich odwołuje się często, ale nie pozwala by terminologia medyczna i ciekawostki z zakresu patologii sądowej zdominowały treść kryminałów. Dopóki pozostaje na znanym sobie poletku – medycyny i zbrodni – wszystko w jej powieści „gra i śpiewa”. Gorzej jest, kiedy pozwala swoim bohaterom dochodzić do „głębokich” uogólnień, zadawać pytania retoryczne, które na pozór tylko są „głębokie”. Nie lubię patosu, a właśnie niektóre przemyślenia Maury Isles są utrzymane w nieznośnej, patetycznej konwencji. Gdyby były podane z dystansem, może gdyby były ironiczne, mniej łopatologiczne – nie rumieniłabym się przy nich jak wstydliwa dziewica. A ponieważ nie są – rumieniec wstydu (zażenowania?) miesza się na mojej twarzy z wypiekami, z którymi śledzę akcję powieści.

Moim marzeniem jest, by Gerritsen dała spokój życiu osobistemu i łóżkowemu swoich bohaterów. „Oddajmy Bogu, co boskie, a cesarzowi co cesarskie” – co w odniesieniu do tej sytuacji w moim wolnym tłumaczeniu oznacza – niech Gerritsen pisze o tym, na czym się zna – czyli o zbrodniach i medycynie, a wymyślaniem romantycznych fabuł niech się zajmie Danielle Steel (której książek nie czytam).

Mam świadomość, że ekscesy miłosno-łóżkowe są elementem konwencji. Ostatecznie, nie samym życiem zawodowym (łapaniem przestępców, wypełnianiem dokumentacji i walką z przytłaczającym systemem) żyje bohater kryminałów czy thrillerów, a ukazanie jego życia prywatnego to (jak się najwyraźniej wydaje autorom) najlepszy sposób na jego uwiarygodnienie i uczłowieczenie czy nadanie mu – jako postaci – wielowymiarowości i „głębi”. Ten chwyt jest zwłaszcza często wykorzystywany przez pisarzy i pisarki, jeśli protagonistą w powieści czynią kobietę. Tak, jakby autorzy wychodzili z założenia, że o ile mężczyzna policjant czy detektyw myśli przede wszystkim o śledztwie i ujawnia swój instynkt myśliwego, o tyle kobieta w tej samej roli – żeby być wiarygodną – musi dodatkowo jeszcze walczyć z tykającym zegarem biologicznym i hormonalnym tsunami.

Z biegiem lat i czytelniczych doświadczeń dochodzę do wniosku, że nie mam nic przeciwko dylematom osobistym bohaterek kryminałów i thrillerów – pod warunkiem jednak, że nie zdominują one  całej fabuły (Gerritsen udaje się jeszcze utrzymać balans) i że nie są one utrzymane w nieznośnej poetyce harlequina (a u Gerritsen – niestety - są). Jeśli będę chciała poczytać o aerobiku w łóżku, to na straganie lub w kiosku nabędę stosowną literaturę. Po Gerritsen sięgam z innych powodów.

Mimo wszystko – Grzesznika, podobnie jak dwie wcześniejsze części cyklu Rizzoli & Isles, polecam. Dla wciągających i przemyślanych fabuł kryminalnych. Dla postaci Rizzoli. I pomimo harlequinowatych wątków osobistych.

 

*) Ci, którzy chcą przeczytać, co się stało po przybyciu Masek do domu Marii, mogą się zapoznać z dziełem Malczewskiego TU. Polecam tę powieść poetycką nawet tym, którzy romantyzmu szczerze nienawidzą. To jeden z moich ulubionych tekstów z tego okresu (oprócz Zamku kaniowskiego Goszczyńskiego i Beniowskiego Słowackiego), może dlatego że nie ma tam ani szczypty bogoojczyźnianego pitu-pitu, z którym zwykle przychodzi nam – niefortunnie - kojarzyć tę epokę.

 



Komentarze (10)

Dodaj komentarz
  • bookfa

    Masz dar przekonywania do czytania ;P Nawet thriller medyczny (kompletnie nie moj gatunek) wydaje sie byc godny uwagi. Nie wiem skad ta moja niechec do thrillerow medycznych. Te do sadowych tlumacze sobie zawodem wyuczonym ;P

  • j.szern

    @bookfa - Ja też długo nie czytałam książek pisanych przez "specjalistów" w różnych dziedzinach - lekarzy, prawników, itp. - bo uważałam, że nie będą one miały większej wartości literackiej. I faktycznie, bywa, że jedyną godną uwagi rzeczą w książkach przez nich pisanych są informacje z ich dziedziny - a reszta to klisza na kliszy.
    Gerritsen klisz nie unika, ale ma sprawne pióro, a informacje medyczne nie przytłaczają. Jeśli chciałabyś się przeprosić z tym gatunkiem - to polecam jej książki. Możesz spróbować od którejś z książek z cyklu Rizzoli & Isles (nie wszystkie czytałam, ale to tylko kwestia czasu :) lub sięgnąć po coś spoza niego - mi podobały się "Ofiary szaleństwa", obecnie wznawiane jako "Nosiciel" (irytujący jest ten zwyczaj zmieniania tytułów przez wydawnictwa, które przejmują prawa do publikowania książek). "Dawca" też jest niezły - choć bywa schematyczny (ech, ta piękna w niebezpieczeństwie :) Jej książki są naprawdę niezłym przerywnikiem - jak potrzebuję się odprężyć po pracy lub odreagować jakieś "poważniejsze" lektury, to Gerritsen jest do tego idealna.

    Co do wyszukiwania w książkach rzeczy godnych uwagi - to chyba feler, który wyniosłam ze studiów. Strasznie się podśmiewałam z profesorów i doktorów na konferencjach naukowych, którzy z mało znaczącego (moim zdaniem) opowiadania drugorzędnego pisarza potrafili wyłuskiwać rzeczy interesujące i ich subiektywnym zdaniem godne uwagi innych badaczy :) A teraz zaczynam podążać ich śladem :) Mogłabym wprawdzie wprowadzić skalę ocen na blogu (żeby nie było, że każda książka to "ach" i "och") i nawet przez jakiś czas się nad tym zastanawiałam, ale doszłam do wniosku, że:
    a) mam dość oceniania w szkole;
    b) nie mam zwyczaju oceniania czegokolwiek i kogokolwiek w jakichkolwiek skalach (moja przyjaciółka - psycholog i brat - student socjologii robią to w sposób naturalny, ja się tego nie nauczyłam nawet przy pisaniu drugiej magisterki);
    c) nie umiem opracować skali, w której mogłabym porównać np. Tess Gerritsen i Fiodora Dostojewskiego - przyjemność, którą daje mi czytanie ich książek jest nieporównywalna, podobnie jak ich wartość literacka :)
    Inna sprawa, że nawet czytadła dają mi często do myślenia :) I może przez to sprawiają one wrażenie wartościowszych książek, niż są w rzeczywistości. Autorzy książek, o których piszę raczej tu nie zaglądają (choć bywa, że i owszem), więc piszę to najczęściej sobie a muzom, bez ambicji wpływania na kształt literatury jakiejkolwiek. Poza tym - czy artyści słuchają dziś jakichkolwiek krytyków? Nie mówię tu o tych blogowych, ale również tych "profesjonalnych", publikujących w opiniotwórczych mediach. Odnoszę niekiedy wrażenie, że nie - a każde słowo krytyki dotyczącej ich twórczości przyjmują jako personalny atak na siebie. :)
    Ależ się rozpisałam - to kolejna rzecz, nad którą powinnam popracować :) Wodolejstwo :D

  • grendella

    Thriller medyczny to zupełnie nie moja bajka, właśnie zaczynam się zastanawiać, czy przeczytałam w życiu choć jeden... A mimo to twój wpis przeczytałam z prawdziwą przyjemnością. Książkę na pewno polecę przyjaciółce, rozmiłowanej w tego typu lekturach :)

  • j.szern

    @ grendella - Dlaczego thrillery medyczne to nie Twoja bajka? Odstrasza Cię słowo thriller czy epitet "medyczny"? :)
    Myślę, że jeśli Twoja przyjaciółka lubi tego rodzaju "klimaty", to Gerritsen ją usatysfakcjonuje. O twórczości Cooka nie mogę się za bardzo wypowiadać, bo czytałam zaledwie jedną jego powieść, w dodatku z okresu debiutanckiego (z tego co pamiętam) i straszliwie mnie ona wymęczyła. Chyba dam mu jeszcze jedną szansę i przeczytam coś z czasów, kiedy miał okazję potrenować pisanie - a nóż widelec jego "dojrzalsza" proza mi przypadnie do gustu? :) W tym momencie w starciu król i królowa thrillerów medycznych jest 1:0 (a może 0:1?) dla królowej (na piłce nożnej się nie znam, więc mam nadzieję, że przy okazji czegoś nie pokręciłam ;)
    Możesz też polecić przyjaciółce książki Kathy Reichs, o doktor T. Brennan - wprawdzie bardzo, bardzo różnią się od serialu, dla którego stanowiły inspirację, ale mimo wszystko można się przy nich nieźle bawić. Schematy są jak u Gerritsen, działka nieco inna - bo nie patologia sądowa, a antropologia. Trzy pierwsze części cyklu były niezłe, co do pozostałych nie mogę się wypowiedzieć, bo jeszcze ich nie znam. Może Gerritsen i w tym starciu oceniam lepiej dlatego, że nie patrzę na jej bohaterów przez pryzmat serialu - a serial "Kości" to jeden z moich ulubionych sposobów na jesienną chandrę i gwarancja dobrej zabawy dzięki bohaterom (mniej dzięki intrygom kryminalnym). Swoją drogą, serial "Partnerki" inspirowany cyklem autorstwa Gerritsen, poczuciem humoru zbliża się coraz bardziej do "Kości" i przez to nieco rozmija się z tonacją powieści. Dla mnie to akurat pozytywna modyfikacja :)

  • tommyknocker

    Świetna recenzja ! Panią Gerritsen znam, bardzo lubię, a najbardziej chyba jej "Mumię" i najnowszą powieść "Dolina umarłych". Pozdrowienia !

  • bookfa

    Ha ha ha... Gdyby kazdy umial tak wode lac to swiat bylby piekny ;)))

  • grendella

    Hmm, to dobre pytanie czemu nie moja bajka... Chyba w sumie głównie dlatego, że jakoś nic mi z tego gatunku w ręce nie wpadło. No może troszkę słowo "medyczny" mnie odstrasza ;) Panią doktor od "Kości" znam z wybiórczo oglądanego serialu, a koleżanka zna ją również z wersji książkowej i lubi obydwie. Mnie serial w sumie nie zachwycił, ale obejrzałam parę odcinków "do towarzystwa". A z thrillerem medycznym może się wkrótce zaprzyjaźnię, w końcu zima nadchodzi...

  • j.szern

    @ tommyknocker - "Mumię" już kiedyś czytałam, ale teraz ją ulokuję w kontekście całej serii - jestem ciekawa, jakie zrobi na mnie znów wrażenie. Wcześniej mi się podobała :)
    "Dolinę umarłych" również już zakupiłam :)
    Pozostaje czekać tylko na nową powieść "Milcząca dziewczyna". Liczę też na wznowienie "Sobowtóra" - czytałam tę książkę z ekranu i musiałam sobie tak zaplanować sobotę, żebym nie musiała odchodzić od komputera ;) Papier jednak robi swoje :)
    Pozdrawiam!

  • j.szern

    @bookfa - Staram się nauczyć daru konkretu - ale najwyraźniej minęłam się z powołaniem i zamiast nauczycielką powinnam zostać strażakiem ;)
    Teraz to i tak jako tako się streszczam, ale siedzę sobie nad recenzją "Szkarłatnej litery" i od kilku dni nijak nie jestem w stanie jej skrócić :D

  • j.szern

    @grendella - Pierwsze dwie części cyklu Rizzoli & Isles toczą się w czasie wakacji. Upały nie do zniesienia, asfalt się topi... Może akurat spróbujesz zimową porą prawem kontrastu? :)
    Polecam oglądanie "Kości" bez lektora - tłumaczenie jest beznadziejne :) Ja jestem fanką od pierwszego sezonu - kilka osób tym serialem zaraziłam. Lepiej się ogląda, jak się zna postaci i ich "narowy", bo z tego głównie wynika cały humor :) Bez przygotowania polecam 22 odcinek z czwartej serii, którego akcja toczy się na pogrzebie. Płakałam przy nim ze śmiechu :)

© bibliotheke
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci