Menu

bibliotheke

Stygmaty

j.szern

Kiedy poległam na jednej z książek Robina Cooka (Mózg), uznawanego często za króla thrillerów medycznych, powiedziałam sobie – „Basta, ten gatunek jest nie dla mnie”. W mocnym postanowieniu wytrwałam dopóty, dopóki nie trafiła w moje ręce książka Tess Gerritsen, Ofiary szaleństwa (obecnie wznawiana pod tytułem Nosiciel). Zawdzięczam jej bardzo przyjemne sobotnie popołudnie i przeprosiny z gatunkiem.

Nie ukrywam, że do serii mam słabość i lubię je czytać w kolejności, w jakiej zostały napisane lub takiej, która oddaje przemiany w psychice bohaterów (niektórzy autorzy nie mają miłosierdzia dla mojego chronologicznego hopla). Stąd może, mimo że od roku byłam w posiadaniu Grzesznika Gerritsen, zwlekałam z jego lekturą, aż zbiorę jeśli nie wszystkie części cyklu Rizzoli & Isles, to chociaż tych, które go poprzedzały. Ta chwila nadeszła bodajże w sierpniu, kiedy w chwili słabości lub zaćmienia umysłowego, zrezygnowałam z kupienia powieści Manna, na widok której ślinię się od kilku miesięcy, i zastąpiłam ją dwoma powieściami Gerritsen.

Tess GerritsenTess Gerritsen

Chirurg i Skalpel otwierają cykl powieści o Jane Rizzoli i Maurze Isles. Motywem, który łączy obie te części jest wróg, któremu czoło musi stawić młoda policjantka z Bostonu. I mimo że wątek kryminalny śledziłam z wypiekami na twarzy, podziwiając brak skrupułów Gerritsen w epatowaniu czytelnika bardzo detalicznymi opisami zwłok i ich szczegółowych obrażeń, mimo że nie mam wiele do zarzucenia portretowi psychopaty, który stworzyła autorka (a po przeczytaniu Hannibala. Po drugiej stronie lustra niemal się popłakałam, bo Harris dosłownie zmasakrował mojego ulubieńca), mimo że mogłabym napisać to i owo o kilku schematach, które niekoniecznie mi się w tych powieściach podobały, skupię się dziś na tym wątku, który sprawił, że na moim nocnym stoliku leżą już kolejne części tego cyklu.

Polubiłam Rizzoli. Za jej determinację i niezłomność. Tej dziewczynie nie było łatwo. Wychowana w cieniu uwielbianych przez matkę braci, pragnęła zaistnieć, zostać zauważona. Tę szansę dała jej praca w policji – jako nastolatka miała się okazję przekonać, że policyjna odznaka u kobiety budzi wobec niej respekt. Kiedy zaczęła pracować w policji – okazało się, że jej spostrzeżenie było słuszne, ale tylko częściowo – odznaka w rękach kobiety budzi owszem respekt, ale wśród nastolatków, a nie wśród mężczyzn, z którymi przyszło jej pracować.

Jane jest jedyną kobietą w bostońskim wydziale zabójstw, w związku z czym musi  starać się dwa razy bardziej niż jej koledzy. Codziennością w tej sytuacji są seksistowskie żarty i komentarze. Jane nie może zwymiotować przy zwłokach. Jane nie może się pomylić. Jane musi zamknąć każdą sprawę – bo każda porażka, nawet najmniejsza jest znakiem, że błędem było ściągnięcie jej z krawężnika.

Stereotypowy policjant czy detektyw nie posiada życia prywatnego lub posiada je, ale w stanie rozsypki. Rozwód, niemożliwość dogadania się z żoną/mężem/partnerem/partnerką - oto chleb powszedni przedstawicieli tego zawodu. Miewają dziwne, nietypowe pasje, ale zasadniczo żyją pracą, spalając się przedwcześnie, dręczeni poczuciem daremności swoich wysiłków lub strachem przed porażką, która będzie nie tylko ciosem dla ich ambicji, ale również dla społeczeństwa, które nadal będzie narażone na działalność ściganego przestępcy.

Nie inaczej jest z Rizzoli. Ubiera się w grzeczne mundurki, które mają podkreślić przede wszystkim jej profesjonalizm. Nie grzeszy urodą i nie stara się nadrabiać braków starannym makijażem. Jej romanse – jeśli już do nich dochodzi – to seria pomyłek. W jej lodówce leży nadpsuta sałata, półki w kuchni pokrywa kurz, spośród kłębków którego można wydobyć coś równie apetycznego jak np. puszka tuńczyka. Wystrój mieszkania jest surowy i mało kobiecy – żadnych bibelotów, żadnych kwiatów, żadnych obrazów, w charakterze dekoracji występuje natomiast mapa, na której Jane zaznacza obszar działania kolejnych przestępców i którą studiuje z gorliwością nie mniejszą niż dawni mnisi prawosławni studiowali ikony.

Jane ma w sobie wiele ze średniowiecznego ascety…

Patrzę na Rizzoli i widzę siebie sprzed kilku lat. Też byłam ambitna i uważałam, że jeśli coś nie wypada, to trzeba to mocniej kopnąć, żeby wypadło (zupełnie jak Stasia z mojej ulubionej powieści Rodziewiczówny, Kądziel). Przede mną było wiele drzwi, które chciałam wywarzać kopniakami. Zaciskałam mocno zęby i pięści i pragnęłam udowodnić światu moją wartość. Trochę mi przeszło. Opadły emocje. Drzwi najczęściej otwieram dyplomatycznie - pukam, negocjuję. Ze starć z życiem pozostało mi kilka śladów na ciele i o wiele więcej na duszy. Poznałam cenę buntu i była to dla mnie cenna lekcja pokory oraz sprawdzian własnej wytrzymałości. Takim sprawdzianem dla Jane było spotkanie z Chirurgiem. Obie – in memoriam - nosimy nasze własne stygmaty.

Dwie powieści Gerritsen wpisują się w nieco feministyczny kontekst, o którym pisałam przy okazji recenzji książki Asy Larsson, Krew, którą nasiąkła. Nie chodzi tu tylko i wyłącznie środowisko bostońskich policjantów, które przypomina męski klub. Nie chodzi tu nawet o rodzinę Jane, która widzi w jej pracy zaprzeczenie godności i powołania kobiety. Tym, co szczególnie zwróciło moją uwagę w czasie lektury tych książek, była kwestia wiktymizacji kobiet i niemożności ich ucieczki przed rolą ofiary.

Gwałty, tortury, wyrafinowane morderstwa czy nawet szyderstwa – wydawać by się mogło, że kobietami, które są szczególnie narażone na te formy przemocy, są istoty słabe i przez to stanowiące łatwiejszy cel dla spragnionych potwierdzenia swej męskości agresorów. Nic bardziej mylnego. Nie ma jednego, uniwersalnego i zawsze skutecznego sposobu postępowania, który by nas ustrzegł przed złem tego świata. Kobiety często wchodzą w rolę słabowitych mimoz lub twardych baboli, wybierają dobrowolne podporządkowanie lub demonstrację siły – a wszystko to w nadziei, że któraś z tych postaw ochroni je przed agresją i wejściem w rolę ofiary. Gerritsen pokazuje jednak, że zarówno słabość, jak i siła kobiet, mogą stanowić dla mężczyzn wyzwanie, z którym będą chcieli się zmierzyć. Są one jak afrodyzjaki – tyle, że oddziałują na odmienne typy mężczyzn.

Schemat zastosowany przez Gerritsen: mężczyzna – agresor, kobieta – ofiara, nie wynika jednak z feministycznych przesłanek czy stereotypów. W historii przestępczości trudno o zachowanie parytetów – podobnie jest i w literaturze, która w pewnym sensie odzwierciedla tendencje charakterystyczne po prostu dla życia*. Pozostaje oczywiście kwestia tzw. „ciemnej liczby” – ilości przestępstw popełnianych przez kobiety, a niewykrytych lub niezgłoszonych. Mimo wszystko jednak, w powieściach kryminalnych i thrillerach częściej można spotkać mężczyznę obsadzonego w roli czarnego charakteru, niż kobietę w analogicznej roli.

Przy okazji lektury tych powieści Gerritsen, zupełnie przypadkowo, odkryłam, dlaczego tak bardzo lubię czytać kryminały. Niewiele książek tak mnie odpręża, a weekendem spędzonym w fotelu, z kubkiem ciepłej herbaty/kawy i z zagadką kryminalną mogę z powodzeniem uzyskać efekt, który innym daje kilka dni w SPA. Kiedy obserwuję zmagania detektywów, ich porażki w życiu prywatnym i okupione wysoką ceną sukcesy w życiu zawodowym, powracam do równowagi. Myślę sobie – „Hmmm… Może jednak nie jestem jedynym dziwadłem chodzącym po tym świecie?”. Nawet jeśli to oznacza, że moi towarzysze są zbudowani z papieru i słów – przynosi mi to pewną pociechę ;)

 

*) Tym, którzy chcą się przekonać, że i kobiety są zdolne do zabijania, polecam gorąco książkę Katarzyny Bondy, Polskie morderczynie. Jest to zbiór wywiadów przeprowadzonych przez dziennikarkę z kobietami osadzonymi w więzieniach i skazanymi za morderstwo/morderstwa. Autorka pozwala nam bowiem poznać te kobiety, dowiedzieć się m. in. co myślą o świecie, jakie są lub były ich aspiracje, co jest dla nich ważne, za czym tęsknią – po czym zderza nas z fragmentami dokumentacji procesowej, aktami spraw, opiniami biegłych na temat oskarżonych. Wyłania się z tej książki przejmujący obraz kobiet, które potrafiły zabijać dla przyjemności, korzyści majątkowych, z miłości lub np. z rozpaczy (będąc np. ofiarami długotrwałej przemocy ze strony partnera). Bonda nie ocenia tych kobiet, nie podpowiada nam, co mamy o nich myśleć. Pozwala nam – w zderzeniu naszych wrażeń i dokumentów – wyrobić sobie o każdej z nich własne zdanie. To przejmująca, a niekiedy bolesna i przerażająca lektura. Mimo wszystko – moim zdaniem – warto po nią sięgnąć.



Komentarze (11)

Dodaj komentarz
  • bookfa

    Ufff... zaczelo sie niewinnie od powiesci Garritsen a skonczylo na glebokiej analizie kobiecej psychiki, nierozerwalnie zwiazanej z tym jak funkcjonuje meski swiat. Szkola zycia, czesto szorstka i bezwzgledna. Jedne wyjda z tego posiniaczone, inne utona. :/

  • jane_doe_blog

    Do Rizzolli nic nie mam, ale już Maura Isles doprowadza mnie do białej gorączki. Tej cud urody doktorka od zwłok, z chwilą kiedy pojawia się na scenie, jak magnes przyciąga do siebie kłopoty, które dybią na jej życie. I oczywiście kawaleria rusza na ratunek i to nagminnie, prawie w każdej powieści. Nie czytam już Gerritsen, przez Maurę I:).

  • j.szern

    @ bookfa - Rizzoli jest tym typem kobiety, która jest w stanie się podnieść - i to mi się w niej właśnie podoba. Niewiele jest osób, które po takich doświadczeniach, jakie stały się jej udziałem, są w stanie wrócić do normalnego funkcjonowania. Ma w sobie ta dziewczyna ogromne pokłady siły i determinacji. A ambicja ją po prostu spala :)

  • j.szern

    @ jane_doe - Maura I. bywa irytująca - być może przez swoją doskonałość i dystans, który stwarza. Na szczęście w drugiej części cyklu jest postacią poboczną, a na pierwszy plan wysuwa się silniej dopiero w "Grzeszniku". Myślę, że dopiero po przeczytaniu kilku książek z jej udziałem, będę w stanie ocenić, na ile mnie ona irytuje. Póki co - na tyle, żeby się krzywić, ale nie na tyle, żeby darować sobie czytanie książek. Pocieszam się, że zostaje jeszcze Jane R. :)
    Do schematu: "piękna w niebezpieczeństwie" zaczynam się przyzwyczajać. Wśród amerykańskich autorów jest on często wykorzystywany - może dlatego ze wszystkich przeczytanych przeze mnie powieści Kavy (zatrzymałam się bodajże na "Czarnym piątku" najbardziej podobała mi się ta pod tytułem "Zło konieczne" (chyba...), bo w niej O'Dell nie daje się nikomu zaskoczyć ani wciągnąć w pułapkę... Mnie jeszcze irytują wątki romansowe - naprawdę jestem w stanie sobie wyobrazić thriller bez łóżka i nie widzę powodów, by wysyłać do niego co drugą bohaterkę tego typu powieści :/ Zwłaszcza, jeśli autor/autorka opisuje ten wątek w konwencji trącącej harlequinem :/ Hmm... Właściwie to Maura I. ma w sobie zadatki na całkiem niezłą bohaterkę harlequina :D

  • jane_doe_blog

    No właśnie, Maura lodowa piękność Isles osłabia, nie wiem, czy doszłaś z kim ona romansuje, to dopiero jest błe. Niczego nie będę już sugerowała, bo jednak Maura ma sporo wyznawców, to ja się czepiam. A romanse między bohaterami to norma, tak jest np. u Slaughter, ale ona ma tak pokręconych bohaterów, że mnie to nie razi. I dlatego dla mnie numerem 1 w kryminałach i sensacjach jest Ian Rankin ze swoim bohaterem Johnem Rebusem. Właśnie przechodzę żałobę, bo Rankin zakończył cykl z Rebusem:( , jeśli nie czytałaś, gorąco polecam.

  • bibliotekarkaczyta

    Podobnie jak Ty przy Cooku nie mogłam wytrzymać, każda strona była dla mnie męką, a Gerritsen uwielbiam! Właśnie przeczytałam "Mumie" i "Ciało", polecam!

  • pomocnadlon89

    jeśli lubisz Rizzoli to polecam zacząć oglądać całkiem udany serial zainspirowany postaciami z książek Gerritsen. Nazywa się Partnerki - dostępny na stronkach z serialami online:)

  • j.szern

    @ jane_doe - Chyba doszłam, z kim romansuje - i już się boję, jak się ten wątek rozwinie. Staram się do tej kobiety podejść w sposób empatyczny, ale chyba za bardzo przypomina mi tych ludzi, przy których czuję się jak gorsza siostra Kopciuszka ;)
    Romanse u Slaughter mnie nie irytują aż tak bardzo (bardziej irytują mnie klopsy w przekładach jak np. "majteczki" - szerzej o tym napiszę w recenzji "Zimnego strachu) :)
    Rankina czytałam kiedyś, kiedyś jeden kryminał. Bardzo mi się podobał. Kontynuację (której jeszcze nie przeczytałam) pożyczyłam znajomym, na szczęście jeszcze mamy ze sobą kontakt, więc jest szansa, że prędzej czy później uda mi się Rankina dopaść :) Jeśli nie ma tam romansowania, to czuję się zachęcona :D

  • j.szern

    @ bibliotekarkaczyta - Cieszę się, że nie ja jedna jestem "ewenementem", który został wykończony przez "króla thrillerów medycznych" :) Jeśli nie czytałaś jeszcze "Mózgu" tego autora, to nie czytaj - szkoda czasu :)
    "Mumię" mam, nawet kiedyś czytałam, ale niewiele z niej pamiętam poza tym, że mi się podobała. Taki mój feler, że im lepiej czyta mi się kryminał lub thriller, tym łatwiej zapominam większość detali fabuły :) Ma to swoje plusy, bo czytam właśnie cykl Rizzoli & Isles chronologicznie i przy okazji zamierzam sobie "Mumię" odświeżyć. Moja pamięć złotej rybki zapewni mi dobrą zabawę przy lekturze i niespodziankę w finale :)

  • j.szern

    @ pomocnadlon89 - Jestem właśnie w połowie drugiego sezonu "Partnerek" i nieźle się przy tym serialu bawię :) Scenarzyści dość swobodnie potraktowali postaci Rizzoli i Isles. Ma to swoje plusy, bo powieściowa Maura nieco działa mi na uzębienie (chyba, że jest wyraźnie drugoplanową postacią), a tą serialową naprawdę polubiłam. Może dlatego, że przypomina nieco Bones :) Mam wrażenie, że twórcy "Partnerek" zapatrzyli się nieco w główną bohaterkę "Kości" :)

  • tturkus

    Też lubię książki w typie Robina Cooka. Akurat tych przedstawionych w poście nie czytałam.

Dodaj komentarz

© bibliotheke
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci