Menu

bibliotheke

Tajemnica morderstwa na Manhattanie

j.szern

Jed Rubenfield

Odnoszę wrażenie, że odkąd Dan Brown odniósł spektakularny sukces po publikacji Kodu Leonarda Da Vinci, powstała kolejna, uniwersalna recepta na bestsellera. Otóż, należy w stosownych proporcjach zmieszać ze sobą zbrodnię (lub serię zbrodni), tajemnicze stowarzyszenie, uznanego (genialnego) twórcę z przeszłości i mniej lub bardziej charyzmatycznego detektywa-amatora, który wiedzie stateczne życie lekarza/naukowca/tłumacza/wstaw co chcesz, a w wir sprawy kryminalnej dostał się za przyczyną swej wiedzy lub swych nietypowych umiejętności i oczywiście zupełnie przez zupełny przypadek, dodać do tego sugestywny, chwytliwy i sugerujący jakąś tajemnicę tytuł - i już można ruszać na podbój rankingów sprzedaży książek. Receptę Browna skwapliwie podchwycili koledzy (albo koleżanki) po piórze i namnożyło nam się klonów Kodu, które w mniejszym lub większym stopniu odzwierciedlają powyższy schemat.

Rubenfeld najwyraźniej pozazdrościł sukcesu Brownowi i stwierdził, że przy okazji debiutu nie ma co się silić na oryginalność. Powyższy schemat został zastosowany bez żadnych modyfikacji.

W luksusowym apartamencie nowojorskiego hotelu piękna i tajemnicza lokatorka zostaje znaleziona – związana i uduszona (zbrodnia). Następnego dnia przedmiotem ataku staje się dziedziczka fortuny, Nora Acton, której wprawdzie udaje się ujść z życiem, ale na skutek traumy traci mowę. W proces leczenia zaangażowany zostaje młody entuzjasta psychoanalizy, doktor Stratham Younger (detektyw-amator), który dopiero co przywitał swojego guru, Sigmunta Freuda (uznany twórca), który przybył do Ameryki, by odebrać tytuł honoris causa jednej z amerykańskich uczelni i wygłosić cykl wykładów. Tymczasem Triumwirat (tajemnicze stowarzyszenie) zrobi wszystko, by zniszczyć opinię twórcy psychoanalizy w oczach społeczeństwa amerykańskiego. Znaczący jest również i tytuł powieści Rubenfelda – Sekret Freuda – sugerujący ujawnienie jakiejś mrocznej i nieznanej tajemnicy z życia tej postaci..

Schemat się sprawdził. Czerwone słoneczko na okładce informuje potencjalnego nabywcę książki, że ma do czynienia z bestsellerem („Najlepiej sprzedająca się książka roku 2007 w Wielkiej Brytanii)… Wiem, że są ludzie, na których działają tego rodzaju formy reklamy. Mi się, szczęśliwie, udało na nie uodpornić. Kupiłam tę książkę skuszona niską ceną i sentymentem do kryminałów retro. Postać Freuda, której obraz – dość kontrowersyjny – wyniosłam z rzucanych między słowami aluzji na studiach, też miała niebagatelny wpływ na ten czytelniczy zakup.

Jak na debiutanta, Rubenfeld zręcznie gra z zastosowaną przez siebie konwencją. Znajdziemy tu dyskretne nawiązania do klasyków literatury – od Szekspira po Dostojewskiego. Postaci są dobrze zarysowane (ich sylwetki i motywacje psychologiczne nie budziły we mnie większych wątpliwości – choć niespodzianką były dla mnie powieściowe portrety Freuda i Junga – zupełnie inny obraz tych ludzi wyniosłam z rzucanych między słowami aluzji moich wykładowców), trup się ściele odpowiednio gęsto, są niespodzianki i stosowne mylenie tropów. Atmosfera jest dekadencka, a tło zarysowane przez autora – Manhattan w stanie budowy – również przykuwa uwagę.

Nowy Jork z początku XX wieku to miasto wielkich inwestycji i rosnących w niebo drapaczy chmur. Hoteli o standardach współczesnych apartamentów prezydenckich i nowoczesnych form promocji i reklamy. Mostów, które budowane są przy użyciu najnowocześniejszych technik. Fascynujące jest to spojrzenie na Stary Nowy Jork, na arystokrację budowaną przez pieniądze i zdeprawowaną przez seksualne wybryki, skontrastowaną z dzielnicami biedy oraz wykluczenia. Obraz wystawnych bali i fet towarzyskich, nieprzyzwoitego wręcz luksusu zderza się z obrazem życia wykluczonych i wykorzystywanych prostytutek czy szwaczek, które pracują w morderczych i urągających godności ludzkiej warunkach po kilkanaście godzin dziennie za przysłowiowe psie pieniądze. Niewolnictwo zostało wprawdzie zniesione, ale równie szybko zastąpione przez zasady narzucone przez żarłoczny kapitalizm. Fundament wielkich fortun jest budowany na wyzysku i dramatach tych, którym odmawia się nawet prawa do buntu i strajku.

Tym, którzy zastanawiać by się mogli, ile w wydarzeniach opisanych przez Rubenfelda jest prawdy, a ile zmyślenia – gorąco polecam lekturę części Od autora, która zaczyna się od następującego zdania: Powieść ta od początku do końca jest fikcją literacką, opartą jednak w znacznym stopniu na faktach. W posłowiu Rubenfeld wyjaśnia dość szczegółowo, co w tej powieści jest faktem, a co zmyśleniem. Ponieważ mam spory dystans do „faktów” opisywanych w powieściach, te posłowie nie było mi niezbędne do życia – uważam, że pisarz ma prawo do zastosowania „licencji poetyckiej” i naginania faktów do opisywanej historii. Doceniam jednak gest Rubenfelda, który - w tej akurat materii - nie idzie tropem Dana Browna. Ten ostatni na tyle zręcznie stosuje techniki dezinformacji i półprawdy, które firmuje jako odkrywanie nieznanych tajemnic z życia kościoła, że swego czasu zapewnił mojej koleżance trzy dni przy komputerze, spędzone na intensywnym googlowaniu i oddzielaniu prawdy od zmyślenia lub nadinterpretacji. Być może, gdyby moja koleżanka przeczytała posłowie (którego autorem, niestety, nie był Dan Brown), zaoszczędziłaby sobie czasu i nerwów. Wniosek z tego taki, że nie należy wierzyć pisarzom i czytać posłowia. I doceniać tych twórców, którzy postanawiają przed łatwowiernymi czytelnikami wytłumaczyć się z zastosowanych przez siebie „licencji” :)

Po książce Rubenfelda spodziewałam się przede wszystkim zgrabnej intrygi oraz umiejętności oddania klimatu retro. Nie oczekiwałam natomiast, że jego powieść stanie się dla mnie przewodnikiem po psychoanalizie czy teoriach Freuda. Zatem – nie zawiodłam się i dostałam to, czego chciałam. Przyjemnie spędziłam koniec wakacji delektując się idealną synchronizacją osiągniętą przy lekturze powieści (zaczęłam czytać dokładnie 112 lat po tym, jak opisywane wydarzenia miały miejsce - lubię takie smaczki).

Czy to oznacza, że podstawą udanej lektury jest dostosowanie swoich wymagań do tego, co możemy od książki dostać? Być może. Ostatecznie, kilkukrotnie zdarzyło mi się „zjechać” powieść tylko dlatego, że oczekiwałam od niej więcej, niż dostałam. Być może to błąd – spodziewać się za wiele od retro kryminału. Tym bardziej się cieszę, że udało mi się go uniknąć.



Komentarze (4)

Dodaj komentarz
  • grendella

    Ano właśnie, bardzo trafny ostatni akapit. Nie spodziewajmy się po książkach, które mają być z założenia łatwe i przyjemne, że będą głębokie i wnikliwe, a nie poczujemy rozczarowania :) Myślę, że tę książkę chętnie przeczytam, mam czasem ochotę na podobne klimaty, a do kryminałów usytuowanych w przeszłości mam sentyment. Wymagam od nich li i jedynie czystej rozrywki i na ogół ją dostaję. Irytują mnie za to frazy typu "godny następca Dana Browna", czy "kolejny Kod Leonarda da Vinci" na okładkach, ale jak mam okazję wziąć za grosze, to biorę w ciemno ;)

  • j.szern

    @ grendella - Powoli uczę się tego podejścia, choć czasami przytrafiają mi się "wpadki" :) Np. wtedy, kiedy sięgam po powieść, która ma mi przynieść rozrywkę, a jest na tyle fatalnie napisana, że zamiast dobrej zabawy serwuje mi irytację i poczucie zmarnowanego czasu (bardzo rzadko, niestety, odkładam książki, które źle rokują, bo spodziewam się ciągle jakiegoś przełomu, nawet na ostatniej stronie).
    "Sekret Freuda" czytany czysto rozrywkowo jest dobry :) Jestem ciekawa, co pomyślisz o interpretacjach dramatów Szekspira, które pojawiają się w tej powieści. Wydaje mi się, że Rubenfeld Ameryki nie odkrywa i sięga do analiz badaczy, ale ja akurat nawet pobieżnym znawcą Szekspira nie jestem, więc ciężko mi to ocenić :)

  • grendella

    O! Tym Szekspirem to mnie tym bardziej przekonałaś. Bardzo lubię wszystko, co wykorzystuje motywy szekspirowskie w popkulturze.

  • j.szern

    @grendella - Myślę, że nie będziesz zawiedziona. Nawiązania do Szekspira pojawiają się i przy budowaniu charakterystyk postaci, i jako podstawa do snucia interpretacji psychoanalitycznych. Mnie to zainteresowało - poczułam się jak na zajęciach fakultatywnych z teatrologii, poświęconych właśnie różnym interpretacjom dramatów tego autora :) Ale tak jak wspomniałam - jestem w tym względzie laikiem, więc trudno mi ocenić wartość rozważań Rubenfelda :)

© bibliotheke
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci