Menu

bibliotheke

Bohema i Inni

j.szern

Irena Krzywicka

Irena Krzywicka to bez wątpienia jedna z najbarwniejszych postaci dwudziestolecia międzywojennego. Synowa Ludwika Krzywickiego, kochanka Boya-Żeleńskiego, przyjaciółka i znajoma najwybitniejszych artystów tej epoki. Wiele takich kobiet było w rozmaitych epokach – przetrwały one w anegdotach o wybitnych twórcach, szczupłych, rzucanych mimochodem wzmiankach w ich opasłych biografiach. I tyle. Kto wie, czy Krzywicka nie podzieliłaby ich losu, gdyby nie fakt, że sama parała się literaturą i postanowiła dać świadectwo o tamtych czasach. I stworzyć – a właściwie ugruntować swoją legendę biograficzną. Legendę „gorszycielki”.

Kiedy czytałam Wyznania gorszycielki, zwróciłam uwagę na tytuł. Przypomniał mi nieco Wyznania św. Augustyna. Są podobieństwa pomiędzy dziełami – oba traktują o drodze i przemianie. Oba są próbą zmierzenia się ze swoim życiem. Pewnego rodzaju spowiedzią. Krzywicka ogłasza swoją niedługo przed śmiercią. Tyle, że w przeciwieństwie do dzieła Augustyna, w jej spowiedzi brakuje tego, co stanowi jedną z podstaw tego sakramentu. Nie ma tam skruchy. Jest natomiast żal – bynajmniej nie żal za grzechy, ale żal za utraconymi czasami młodości i barwnymi przeżyciami.

Czy to przypadek, że Krzywicka koncentruje się w swojej autobiografii na szalonych latach dwudziestych i trzydziestych? Nie sądzę. Był to okres, kiedy żyła pełną piersią. Szokowała poglądami i swoją postawą. Do tej pory dla niektórych środowisk jest ona ikoną feminizmu. Bo w Krzywickiej niewiele było pruderii i zakłamania. Mówiła otwarcie o swoim feminizmie, o problemach związanych z aborcją, dyskryminacją, edukacją seksualną. Ramię w ramię z Boyem-Żeleńskim stawała do walki o świadome macierzyństwo, a jej postulaty w dzisiejszych czasach brzmią nadal niepokojąco świeżo i aktualnie.

Druga wojna światowa to przełomowy czas w życiu Krzywickiej. To czas, kiedy rozpada się jej dotychczasowe życie. Czas, kiedy traci ukochanego syna, swojego kochanka (rozstrzelany przez Niemców w Lwowie) i męża (rozstrzelany przez Rosjan). Przyjaciele opuszczają kraj, a ona z pięknej i wyrafinowanej kobiety zmienia się w istotę, która po prostu chce przetrwać.

O reszcie życia – z tego, co pamiętam, pisze niewiele. Z ciekawości sprawdziłam wówczas, kiedy zmarła. Zdziwiłam się – po wojnie żyła jeszcze przez prawie pięćdziesiąt lat. Był to czas, kiedy nie tylko wegetowała za granicami Polski, ale również tworzyła – powieści, artykuły… Patrząc na zestawienie jej prac – to właśnie okres powojenny przynosi teksty, które można ująć w bibliografii pod postacią konkretnych tomów. Tyle, że wówczas już nie była „gorszycielką”…

Wielcy i Niewielcy to zbiór wspomnień i szkiców, które powstały właśnie w okresie powojennym. Unosi się nad nimi cień nostalgii za utraconymi przyjaciółmi i utraconym światem. Ludzi, o których wspomina tu Krzywicka, znała osobiście i spotykała. Niekiedy były to spotkania przelotne, innym razem łączyły ją z nimi więzi przyjaźni, rodzinne lub uczuciowe.

Kogo my tu nie znajdziemy… Osoby znane i pamiętane i takie, których nazwiska przyprószył dawno kurz dziejowy. Artystów, pisarzy, działaczy społecznych czy politycznych. Nazwiska olśniewają: Witkacy, Pawlikowska – Jasnorzewska, Barbusse, Tuwim, Korczak, Mauriac, Rolland, Romains, Duhamel, Krzywicki, Szczuka, Jaracz, środowisko Reduty, Boy-Żeleński (i inni). To właśnie temu ostatniemu poświęca Krzywicka najwięcej miejsca w swoich wspomnieniach – ale to już temat na oddzielny wpis.

Pisząc o nich Krzywicka nie pretenduje do stworzenia pełnych portretów. Przeciwnie – dostajemy do ręki zbiór luźnych szkiców i wspomnień, wypełnionych anegdotami, których celem jest przede wszystkim ocalenie od zapomnienia tego, co jeszcze można ocalić. Krzywicka chce dać świadectwo o tych ludziach, których spotykała i tym czasom, za którymi tęskni. Ma jednocześnie świadomość ulotności wspomnień – i bardzo często przychodzi jej się pochylić nad nietrwałością swej pamięci – np. wtedy, kiedy opisuje swoje pierwsze spotkanie z przyszłym teściem, Ludwikiem Krzywickim, i jest w stanie odtworzyć wrażenie, jakie wywarło na niej mieszkanie czy menu z obiadu, a za grosz nie pamięta, o czym wówczas ze słynnym naukowcem rozmawiała.

Ponieważ materią twórczą jej szkiców są wspomnienia – trudno przy ich spisywaniu o zachowanie obiektywizmu. Krzywicka jest subiektywna do bólu. Pisząc sięga do własnych zasobów pamięci – nie wertuje książek biograficznych, artykułów, prac krytyczno-literackich. Dlatego warto czytając ten zbiór pamiętać, że nie jest on pracą naukową, ale zbiorem wspomnień, szkiców, anegdot – często zabawnych, często wzruszających – nie mniej jednak pisanych z perspektywy świadka, a nie badacza.

Równie interesujący, jak portret bohaterów, których wspomina Krzywicka, jest wyłaniający się spomiędzy kolejnych wersów, portret własny autorki. Krzywicka to postać niejednoznaczna, która w tych tekstach oscyluje pomiędzy „skromnością” (ja, zahukana panna, która przez przypadek dostała się na salony literackie), a poczuciem własnej, dość wygórowanej wartości (można niekiedy odnieść wrażenie, że autorka wręcz się „chwali” swoimi znajomościami). Cóż, skromnością i pokorą Krzywicka raczej nie grzeszyła… ;)

Nie można zapomnieć, że jeszcze jeden cień unosi się nad tą książką. Cień czasów, w których powstała. To, co łączy większość opisanych przez nią postaci to lewicowa wrażliwość. Często są to komuniści lub socjaliści – lub sympatycy tych idei.

W związku z tym kontekstem o wyrozumiałość dla Krzywickiej prosi  w Posłowiu jej syn, Andrzej, który tak pisze o okolicznościach powstania książki:

Została ona wydana pół wieku temu i nosi znamiona tamtych smutnych czasów. Chociaż nie ma w niej wprost mowy o polityce, niektóre sformułowania mogą być irytujące dla czytelnika niepamiętającego tamtego politycznego kontekstu. Warto więc krótko przypomnieć ów kontekst i jednocześnie poprosić o pewną wyrozumiałość dla autorki, która pisała pod presją ostrożnego, z konieczności, wydawcy, cenzury i względów taktycznych. Bo tak już wtedy było, że aby coś przemycić, trzeba było też coś odpuścić i napisać zdanie, którego właściwie nie miałoby się ochoty napisać. Ważne tu są wspominane fakty, a nie okolicznościowe komentarze.

Większość zebranych tekstów powstała w drugiej połowie lat pięćdziesiątych. Okoliczności właśnie zmusiły komunistów do istotnej liberalizacji. To nadal była dyktatura, ale już nie masowy terror. Zaczęły się ograniczone kontakty z Zachodem. Lewicująca inteligencja, do której matka się zaliczała, otrząsała się stopniowo z ogłupienia, jakiemu uległa wcześnie, w dużej mierze z racji własnej politycznej ślepoty. Początkowo w środowisku, w którym dorastałem, dominował tak zwany rewizjonizm, to znaczy przekonanie, że jakkolwiek panujący ustrój jest fatalny, da się go naprawić, pozostając wiernym podstawowym założeniom doktryny. Głosiło to wówczas wielu skądinąd mądrych ludzi, z Leszkiem Kołakowskim na czele. Teraz dobrze rozumiemy, że to była iluzja. Doktryna socjalistyczna, wzięta en bloc, mimo pięknych haseł prowadzi do tyranii, kiedy się ją chce na serio wprowadzać w życie. Jest to wynikiem jej wewnętrznych sprzeczności, fałszywych założeń. Dawid Hilbert, wielki niemiecki matematyk, powiedział swego czasu, że jeśli się mu pozwoli przyjąć, że           2 + 2 = 5, to on podejmie się wykazać, że czarownice na miotłach wylatują z kominów. Socjalizmu „ z ludzką twarzą” nie udało się oczywiście zbudować, ale paradoksalnie to właśnie dawni rewizjoniści, zbrojni w swe doświadczenie, przeobrazili się w najskuteczniejszych przeciwników komunizmu.

Matka myślicielką polityczną nigdy nie była, ale niewątpliwie chłonęła panującą dookoła polityczną atmosferę. Stąd wspomnienia o ludziach skrajnej lewicy, z którymi się zetknęła jako młoda dziewczyna. Nie przypadkiem wspomina tylko tych, którzy zostali później zamordowani przez bolszewików. Oni w jej oczach mieli „ludzkie twarze”, w przeciwieństwie do peerelowskich możnowładców. Jacy byli naprawdę, nie mam pojęcia, wiem o nich tyle, ile można wyczytać w internecie. Matka ich wspomina rzewnie, ale swoje osiemnaście lat zawsze tak się wspomina. Wierzę, że nie byli prostakami, choćby z racji swego urodzenia. Ale jakimikolwiek kierowali się złudzeniami i nadziejami, partia, w ramach której działali, zajęła w 1920 roku stanowisko, którego nie sposób określić inaczej niż jako powtórkę z Targowicy. Tak to odebrała większość narodu i matka przypuszczalnie też, bo się od nich odsunęła. A mój ojciec, który nie był jeszcze jej mężem, tylko jednym z najbliższych przyjaciół, i którego poglądy podzielała, zaciągnął się na ochotnika do wojska, żeby bronić Polski. Dosłużył się stopnia porucznika, za co zapłacił w dwadzieścia lat później w Katyniu (ściślej w Charkowie, ale to na jedno wychodzi). (s. 230-231)

Ten cień może niektórych – tych, którzy pamiętają PRL od nieco innej strony niż tej przedstawianej w komediach Barei – od tej książki odrzucić. Nie mniej  jednak – nawet ich – zachęcam do tego, żeby poświęcili jeden lub kilka wieczorów na lekturę Wielkich i Niewielkich. By uniknąć ewentualnej irytacji polecam ominięcie szkiców: Wera Kostrzewa, Wacek Wróblewski czy Klub imienia Rechniewskiego. To w nich szczególnie ujawnia się patetyczny i nieco wpadający w kanonizację styl, z którym swego czasu miałam okazję się zetknąć w czasie lektury wydanej zaraz po wojnie biografii Hanki Sawickiej, pióra jej przyjaciółki. Hanka Sawicka została przedstawiona niemal jak komunistyczna wersja św. Teresy od Dzieciątka Jezus…

Warto sięgnąć po książkę Krzywickiej. Warto, bo to pozycja obowiązkowa dla wielbicieli autorki oraz szalonych lat dwudziestych i trzydziestych. Warto, bo o również książka, która mimowolnie staje się świadectwem czasów, w których powstała. Warto wreszcie, choćby po to, by się przekonać, że postaci, które znamy najczęściej z ich twórczości i suchych biografii zamieszczanych w podręcznikach szkolnych – były ludźmi. I po to, by obejrzeć je oczami kobiety, która znała je, spotykała, rozmawiała z nimi, flirtowała…

Książkę Krzywickiej wypożyczyłam z biblioteki, ale po zakończeniu lektury zamówiłam własny egzemplarz. Nie jest to w tym przypadku tylko i wyłącznie odruch „kolekcjonerki” – okres dwudziestolecia międzywojennego to moja ulubiona epoka literacka i wiem, że do tekstów autorstwa słynnej „gorszycielki” będę wracała nie raz i nie dwa – choćby po to, by jakąś anegdotą lub cytatem ubarwić moje wpisy. Czekając na przesyłkę przygotowałam dla książki Krzywickiej miejsce specjalne – tuż obok Alfabetu wspomnień Słonimskiego – niewznawianej od dawna, upolowanej na allegro, książki, do której równie chętnie lubię wracać.

 

 



Komentarze (6)

Dodaj komentarz
  • guciamal

    Jako dość duża ignorantka, jeśli chodzi o ten okres dziejów (dwudziestolecie międzywojenne) powinnam od czegoś zacząć swoją re- edukację, czy myślsz, że byłaby to odpowiednia lektura na początek. A może poleciłabyś coś innego?

  • poppy-tea

    To ją miałam przeczytać (po Hłasce i kolejnej odsłonie Gombrowicza)!
    Dziękuję za przypomnienie, o wielka.

  • j.szern

    @guciamal - Zaczynałam moją przygodę z dwudziestoleciem (jeszcze w liceum) od książki Andrzeja Zawady "Dwudziestolecie literackie" (seria: "A to Polska właśnie"). Świetny przewodnik po tamtych czasach, pełen ilustracji, anegdot i ciekawostek. Złapałam bakcyla - więc chyba mogę to polecić na początek :)
    Lepszą książką Krzywickiej od "Wielkich i niewielkich" będą "Wyznania gorszycielki" - odnoszę wrażenie, że autorka wykorzystała mnóstwo fragmentów z tych szkiców w swojej autobiografii (ale może pamięć mnie zawodzi, bo "Wyznania..." czytałam dość dawno). Fantastyczne wspomnienia - z dwoma epokami w tle - napisała również Magdalena Samozwaniec - mam tu na myśli książkę "Maria i Magdalena". Warto też zajrzeć do "Alfabetu wspomnień" Słonimskiego - bardziej na wyrywki, niż od deski do deski :)

  • j.szern

    @ poppy-tea - Nie ma za co :) Mam nadzieję, że Ci się ta książka spodoba. Jeśli nie, to polecam "Wyznania gorszycielki" - już bez lewicowej skazy, a za to pełniejsze i bardziej złośliwe :)

  • guciamal

    Marię i Magdalenę także czytałam w czasach licealnych, więc może nie taka do końca ignorantka (no, ale jedna książka wiosny nie czyni..., choć jak sięgnę w zakamarki pamięci, to może coś wygrzebię). Ale Marię i Magdalenę planuję sobie odświeżyć, bo szmat czasu minął). Dzięki za polecane książki - zaraz dopiszę do listy

  • tturkus

    Faktycznie ciekawa postać. Szkoda, że do tej pory tak mało o niej wiedziałam.

© bibliotheke
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci