Menu

bibliotheke

Czego pragną kobiety?

j.szern

A. S. Byatt

Zbiór opowiadań A. S. Byatt jest składa się z trzech opowieści (Bajka o najstarszej księżniczce, Oddech smoka i tytułowej – Dżinn w oku słowika). Dla tych, którzy mają już za sobą doświadczenie w postaci lektury Opętania, ta pozycja będzie miłym relaksem*. Mogą jednakże również doznać rozczarowania, ponieważ w miejsce wielowątkowości i bogactwa form i treści najsłynniejszej chyba w Polsce książki Byatt, dostaną trzy pozornie nieskomplikowane i niewymagające opowieści. Być może potraktują ten zbiór jako przystawkę do dania głównego, urocze koreczki, które cieszą oko, ale nie sycą – mogą najwyżej pobudzić apetyt. Ostatecznie, w Opętaniu znajdziemy baśnie – obok wierszy, poematów, rozpraw naukowych i listów…

Tymczasem prostota opowieści Byatt jest zwodnicza. W swoim zbiorze autorka sięga do dwóch tradycji baśni – z jednej strony, w Bajce o najstarszej królewnie czy w Oku smoka mamy nawiązanie do tradycji europejskiej, z drugiej w Dżinnie w oku słowika – do tradycji baśni arabskich spod znaku Tysiąca i jednej nocy. W tej ostatniej zanurzamy się w Orient jak w ciepłe fale Morza Śródziemnego. To świat magii, który uwodzi nawet główną bohaterkę – trzeźwo myślącą Angielkę, Gillian Perholt.

Byatt nie tylko nawiązuje do tradycji baśni czy wyznaczników tego gatunku (m. in. motywy: wędrówki, mędrca, walki dobra ze złem czy przenikanie się świata nadprzyrodzonego z realnym, itp.) – również zręcznie z nimi gra. Podobnie postępuje z językiem baśni, którym chętnie posługuje się, by opisać nie tylko czasy, których daty nie idzie ustalić, ale także i naszą współczesność (której nadaje przez to wymiar uniwersalny). Sami posłuchajcie:

Dawno, dawno temu, kiedy ludzie śmigali w powietrzu na metalowych skrzydłach i stąpali po dnie morskim upłetwionymi stopy, ucząc się mowy wielorybów i śpiewu delfinów, kiedy płetwoskóre, diamentowe zjawi teksańskich pastuchów i pięknych hurys migotały o zmierzchu na wzgórzach Nikaragui, kiedy mieszkańcy Norwegii i Tasmanii głęboką zimą śnili sen o truskawkach, daktylach, guawach i passiflorze, a nazajutrz znajdowali je na swych stołach, żyła sobie kobieta w zasadzie nieważna i dlatego szczęśliwa.

Trudniła się opowiadaniem historii, choć nie była mądrą i sprytną królową, żyjącą w lęku, iż o świcie przyniosą jej kir żałobny, ani naquibombalek – przewodniczką, wiodącą szacha przez bramę snu, ani też aszik – kochanką pieśniarką, opiewającą Meheda Zdobywcę i podbój Bizancjum. Ani nawet kobietą-derwiszem w skórzanej mycce i portkach, wymachującą toporem lub laską, aby straszliwym stał się jej cień. Nie była to mehmet, snująca niewiarygodne opowieści na dworze osmańskim lub w bazarowej palarni kawy; była to zaledwie kobieta-narratolog, istota drugorzędna, która pędziła przygarbione dni w czeluściach ogromnych bibliotek, dociekając, interpretując i rozszyfrowując bajki dzieciństwa oraz reklamy świata dorosłych, nieskończone romanse złocistych spijaczy kawy i perypetie erotyczne lekarzy i pielęgniarek, książąt i skromnych dziewic, muzyków i amazonek. Czasami kobieta owa także latała. (s. 33)

Każda z tych opowieści jest zarazem cichą medytacją nie tylko nad naturą baśni, ale również i jej schematami. Każdy z bohaterów – tak jak i my – uwięziony jest w swojej opowieści i jej schematach, i na swój sposób próbuje je przełamać. To mądrość baśni – czytanych w dzieciństwie samodzielnie lub przy udziale rodziców - pomaga im zerwać ze schematem i pójść o krok dalej – w kierunku pełnego życia. Pełnia ta może mieć wiele wymiarów – może być to szczęście w małżeństwie, rodzicielstwo, spełnienie w pracy, młodość, radość czerpana z każdego dnia, z każdego oddechu. Nie ma bowiem uniwersalnego wzoru na szczęście, mimo że możemy odnieść wrażenie, że w baśniach go otrzymujemy - królewna zawsze odnajdzie swojego księcia i będą żyli długo i szczęśliwie, podczas gdy zła macocha zostanie skazana na wyrafinowane tortury. To jednak właśnie one uczą nas tego – poprzez symbole – że droga do szczęścia jest długa i kręta, a samo szczęście jest zwykle okupione jakąś stratą. Pisze o tym sama Byatt w Baśni o najstarszej królewnie:

- Jesteś urodzoną bajarką – powiedziała Stara Pani. – Miałaś dość rozumu, by dostrzec, że jesteś schwytana w bajkę, i dość rozumu, by zamienić ją na inną. Przejawiłaś także szczególną mądrość, pojmując, że ciąży na tobie klątwa – będąca również błogosławieństwem – która sprawia, że bajka jest dla ciebie ciekawsza niż wszystkie przygody. Być może inne młode kobiety nie zważałyby na zwierzęta, ostrzegające przed Drwalem, i wolałyby przekonać się same. Może postąpiłyby mądrze, a może głupio – to już ich bajka. Lecz ty posłuchałaś Karalucha i przyszłaś tutaj , gdzie zbieramy baśnie i snujemy opowieści, gdzie naprawiamy to, co da się naprawić, i dociekamy tego, co naprawić się nie da, gdzie żyjemy sobie cichutko, nie próbując zmieniać świata. Nie mamy tu własnej opowieści, jesteśmy wolni, jak wolne są stare kobiety, które nie muszą przejmować się Królewiczami lub Królestwami, lecz ciekawe są wszystkich istot i zawsze tańczą zawsze same. (s. 18)

Czy nie na tym właśnie polega mądrość opowieści, którymi żyjemy jako dzieci i o których zapominamy jako dorośli?

Macie w domu zbiory baśni? Braci Grimm, Perraulta, Andersena czy innych autorów? Może dziś albo jutro, zanim zaśniecie, weźmiecie do rąk tomiki, które być może pamiętacie z czasów dzieciństwa swojego lub swoich dzieci i sami sobie przeczytacie jedną opowieść na dobranoc.

A jeśli nie – sięgnijcie po książkę Byatt. Nie tylko po to, by jeszcze raz, niekiedy po wielu latach, poczuć się jak dzieci – ale również by wraz z nią poszukiwać odpowiedzi na pytanie „Czego pragną kobiety?”. Bo o tym też są jej opowieści.

 ___

*) Słowo „relaks”, którego użyłam w kontekście prozy Byatt może być odebrane jako drobne nieporozumienie, zwłaszcza, że deklarowałam kilkukrotnie, że nic mnie tak nie relaksuje jak babska gazeta i wanna pełna piany ;) Przy jej książkach „relaks” nabiera innego wymiaru – można go porównać do masażu – tyle, że miłej stymulacji podlega nie ciało, lecz umysł. Przedzieram się przez budowane przez nią zdania wolno i z namysłem. Z Opętaniem spędziłam miesiąc. Z Dżinnem… tydzień. O Opętaniu do tej pory nie jestem w stanie napisać – za co przepraszam wszystkich oczekujących na ten wpis. Niemoc nie wynika z zaników pamięci, ale po prostu z niemożności ogarnięcia w jednym wpisie wszystkich wrażeń, których mi ta książka dostarczyła. Może w końcu przekuję tę niemoc na metaforę – jak to zrobiłam przy okazji recenzji Zorzy wieczornych Konwickiego, z których opisem zmagałam się też przez kilka miesięcy.

Anioły i owady i Cień w słońcu A. S. Byatt zostawiam sobie póki co na czasy, kiedy będę mogła czytać te książki bez nerwowego spoglądania za okno autobusu w celu sprawdzenia, czy właśnie nie przegapiłam mojego przystanku :)



Komentarze (3)

Dodaj komentarz
  • guciamal

    Nie wiem, na ile Akademię Pana Kleksa można zaliczyć do bajek, ale czeka mnie jej czytanie siostrzeńcom już w piątek :) Przeniosę się wtedy w zaczarowany świat pigułek, szkiełek, lusterek, na których zbiera się sny, powędruję w odwiedziny po sąsiedzku do bajek, będę na lekcji kleksologii, a może kleksografii

  • j.szern

    @guciamal - "Akademię Pana Kleksa" wspominam podobnie jak horrory, którymi we wczesnym dzieciństwie raczył opiekujący się mną wujek :) Do tej pory nie mam odwagi wrócić do tej książki - straszliwie się bałam w czasie czytania :) Może to i lepiej, że Twoi siostrzeńcy mieli Ciebie przy sobie - ja czytałam samodzielnie.
    Wybacz, że tak długo nie odpisywałam na komentarz - pochłonęło mnie - niestety - życie zawodowe i na bloga po prostu nie zaglądałam z braku czasu.
    Pozdrawiam!

  • linfa

    Z chęcią przeczytam tą pozycję, jeśli kojarzy się ona z relaksem. Zwłaszcza teraz, kiedy skończyłam rozliczenie pit. Program ułatwił mi wypełnianie formularza, ale nadal czekam na zwrot podatku, a taka książka na pewno ukoi moje nerwy. Btw fajny blog i ciekawe propozycje książek :)

© bibliotheke
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci