Menu

bibliotheke

BARDZO spóźnione podsumowanie :)

j.szern

Od kilku lat coraz większą niechęcią myślę o Sylwestrze. Nie rozumiem szumu, który niektórzy ludzie robią wokół dnia, który dla mnie jest kolejnym dniem wykreślanym w kalendarzu. Nie rozumiem obowiązek dobrej, koniecznie „szampańskiej”, zabawy w mniej lub bardziej dobranym gronie… Bywam również oceniana przez pryzmat sposobu, w jaki ten dzień spędzam – w bamboszach, z książką i herbatą zakrapianą rumem.  A taki sposób spędzania TEGO dnia to niechybny znak, że: a) nikt mnie nie chce; b) nikt mnie nie lubi; c) nie mam znajomych, którzy łaskawie by zaopiekowali się mną w ten dzień; d) nie umiem się bawić, itp.

Niewiele osób jest w stanie zrozumieć, że ostatnio najbardziej cenię sobie święty i niepokalany spokój. A źródłem tego spokoju są dla mnie książki i samotność. Pracując nieustannie z ludźmi – czy chcę, czy nie chcę – muszę się do nich odzywać (wyjątek to sporadyczne lekcje, na których są klasówki, wypracowania, czytania ze zrozumieniem). A nawet kiedy już mówię – nie mogę mówić wszystkiego. Inaczej – mówić mogę wszystko, ale nie wszystko mówić się opłaca ;) Rok 2011 dobitnie mnie tego nauczył. Na szczęście odkryłam, że kręgosłup to wyjątkowo elastyczna część ciała i nastawiłam go tak, żeby przestał przypominać grzechotkę po każdym uderzeniu w mur. Na ile skuteczne były te zabiegi – ocenię w grudniu 2012 roku ;)

***
W 2011 roku przeczytałam 80 książek w  całości i 3 rozgrzebałam, tzn. przeczytałam ponad połowę z nich i skończyłam je w już na początku stycznia. Zdarza mi się – niestety – odkładać niekiedy książki w czasie czytania, zwłaszcza, jeśli stwierdzam, że na ten typ lektury w danym momencie nie mam ani czasu ani atłasu. Tak było np. z Fitzgeraldem (Czuła jest noc), do którego podchodziłam w minionym roku trzy razy i dopiero trzecia próba zakończyła się wątpliwym sukcesem. Wątpliwym, bo niby owszem – książkę przeczytałam – ale kosztowało mnie to sporo zdrowia (psychicznego) i jestem pewna, że mój dentysta nie będzie dumny ze stanu moich plomb, bo niemiłosiernie zgrzytałam zębami w czasie lektury ;) Czyli koszty zdrowia fizycznego też być może z czasem doliczę.

Czytelniczo pozornie wypadam lepiej niż w 2010 roku, kiedy to przeczytałam ok. 64 książek. Owszem, czytałam więcej, bardziej różnorodnie, ale z drugiej strony, zdarzało mi się również sięgać po książki, które nie oszałamiały objętością i liczyły sobie po sto parę stron. To były najczęściej opowiadania lub zbiory opowiadań, nad którymi – paradoksalnie – spędzałam zwykle więcej czasu, niż nad przysłowiowymi grubaskami ;)
Opowiadania to moje pierwsze „przeprosiny” z ubiegłego roku. Długo je lekceważyłam, bo wychodziłam z założenia, że porwać mnie może jedynie książka o rozbudowanej akcji. Tymczasem autorzy, z którymi miałam okazję się zetknąć, zdołali przypomnieć mi, że nie liczy się objętość książki, liczba bohaterów, ale wrażenie, jakie są w stanie na mnie uczynić. Tym większa chwała pisarzom, którzy potrafią na kilku stronach zamknąć bogactwo wrażeń, jakie mają być może czytelnicy opasłych powieści XIX-wiecznych. Dziękuję Margaret Atwood, A. S. Byatt, Manueli Gretkowskiej (tej ostatniej zwłaszcza za Sandrę K.) i kilku innym autorom, którzy swoimi krótkimi formami osłodzili mi kilka dni i wieczorów.

W 2011 roku „przeprosiłam się” również z biblioteką. W rzeczonej instytucji bywam dość nieregularnie – wyznacza to zwykle rytm wyjazdów do domu na większe święta lub długie weekendy – ale cenię sobie możliwość wypożyczenia książek, które nie są od jakiegoś czasu wznawiane lub „bzdurek”, na które natykam się przez przypadek i które mogę przeczytać bez konieczności wydawania na nie pieniędzy. Swoją drogą, odbyłam dziś – przy moim ulubionym stoisku z książkami na dworcu – cichą medytację na temat dostępności książek w bibliotekach. Próbowałam się zdecydować, czy wolę kupić książkę Selmy Langerlöf czy thriller Deavera. Obie książki były w identycznej cenie, ale torebkę miałam wypchaną – więc byłam w stanie wcisnąć tam tylko jedną (nie lubię mieć zajętych rąk w warszawskiej komunikacji). Nie miałam wątpliwości, że pisarką bardziej uznaną niż Deaver jest Langerlöf. Ale… Pomyślałam, że Langerlöf w mojej miejscowości nie cieszy się na pewno taką popularnością (przypuszczam, że „klasyka” nie cieszy się taką popularnością w żadnej miejscowości) jak książki sensacyjne, a ostatnio miałam okazję obalić mit dostępności kryminałów w mojej bibliotece. Są, owszem, ale w nieustannym czytaniu. Można je zamawiać i rezerwować przez Internet, ale trzeba się po nie następnego dnia zgłosić. W moim przypadku ta ostatnia możliwość w normalnym tygodniu pracy zwyczajnie odpada. Próbowałam w ten sposób w czasie moich dwóch bytności w domu zdobyć książki Karin Slaughter z serii hrabstwo Grant. Dostałam część piątą i teraz będę polować na pozostałe i czytać je – ku swojemu strapieniu – niechronologicznie. Nie mniej jednak biblioteka pozwala mi na pewną spontaniczność, która ogranicza w pewnym stopniu moje wyrwy w portfelu.

W minionym roku zapisałam się również do różnych wyzwań. W wyzwaniu „Klasyka literatury popularnej” nie zamieściłam żadnego postu. Wstyd. Ciągle odkładałam to na później, ale obiecuję sobie, że w tym roku chociaż ze 2-3 „klasyczne” pozycje przeczytam – nie można żyć samą literaturą współczesną, choć ja nie ukrywam, na polu tej ostatniej mam sporo braków do nadrobienia. W wyzwaniu dotyczącym twórczości Kraszewskiego byłam nieco bardziej aktywna, choć nadal na recenzję czeka dawno temu czytana Macocha. A na przeczytanie kilka innych książek tego z kolei „klasyka”. O moich perypetiach z recenzowaniem wspominałam ostatnio i nie zamierzam się nimi szczególnie przejmować. Nic nie stoi na przeszkodzie, bym o książkach czytanych w roku 2011 pisała w roku 2012 ;) I to również zamierzam uczynić.
W trzecim wyzwaniu Od zmierzchu do świtu odniosłam – subiektywnie – największy sukces. Przeczytałam 14 książek z 15 założonych (Wyspiański mnie jednak przerasta, a wystarczyło mi sarkania nad Fitzgeraldem – moja cierpliwość czytelnika ma również granice). Ponownie – nie udało mi się zrecenzować wszystkich przeczytanych książek, ale – j. w. – prędzej czy później o nich napiszę. Udało mi się natomiast zebrać nieco książek, które w tematyce tego wyzwania się mieszczą, zatem zamierzam je przeciągnąć – na własny użytek – w nieskończoność ;)

Na blogach pojawiały się ostatnio zestawienia książek, które zrobiły na blogerach największe wrażenie. Podsumowując czytelnicze doświadczenia, muszę z satysfakcją stwierdzić, że udawało mi się przeważnie dobierać sobie lektury, które wywoływały we mnie zachwyt, spełnienie lub przynajmniej nie rozczarowały mnie. Owszem, pojawiło się kilka min – o których pisałam na blogu – nie mniej jednak, jestem pod pewnym wrażeniem moich czytelniczych wyborów, które świadczą o tym, że może nie tyle wiem, co czytać ogólnie (bo w literaturze „ą” „ę” akurat się nie specjalizuję), ale przynajmniej z reguły jestem świadoma, co kiedy czytać, by zapewnić sobie maksimum czytelniczego spełnienia.

W ubiegłorocznym podsumowaniu pisałam o tym, że postaram się czytać literaturę bardziej różnorodną – ponieważ rok 2010 zdominowały kryminały. I te zamierzenie, które bynajmniej nie było żadnym postanowieniem noworocznym (tych z zasady nie czynię), udało mi się zrealizować. W roku 2011 przeczytałam trochę kryminałów, ale stanowiły one mniej więcej 1/3 czytanych przeze mnie książek. Co ciekawe, wyraźnie zaczęły dominować od jesieni – czyli od momentu, kiedy wróciłam do pracy z wakacji. Nie od dziś wiem, że najlepiej stres odreagowuję przy tego typu literaturze i pewnie nie jest to przypadek, że w  czasie dwóch morderczych tygodni przed feriami przeczytałam 4 kryminały ;)


***


Na Nowy Rok postanowień nie robię (poza tym, jest na nie za późno). Bezpieczniejszą formułą jest dla mnie „postaram się” zamiast „muszę” czy „postanawiam” – nie wymaga ode mnie tak skrupulatnego rozliczania się z własnym sumieniem. Wystarczy mi stres wywołany zwykle na wiosnę koniecznością rozliczenia podatków ;) Nie mniej jednak kilka rzeczy chciałabym spróbować w roku 2012.


Pierwszą będzie udział w wyzwaniu, które zostało skrojone jak na moje potrzeby. Polega na czytaniu książek z własnych zasobów, które nabyłam przed rokiem 2012. Tych akurat mi nie brakuje – w ubiegłym roku dokonałam wielu interesujących zakupów, które zaczęły się pokrywać kurzem (bo jednak nadal potrafię kupić więcej niż przeczytać). Pierwszy poziom wyzwania mam zamiar osiągnąć w tym tygodniu. Aspiruję do poziomu czwartego – 16 książek lub więcej i po cichu liczę na to, że jak stachanowiec w PRL-u wyrobię przynajmniej dwieście procent normy. Nie zdecydowałam się na tworzenie osobnej kategorii do wpisów w ramach tego wyzwania, ale będę je oznaczała tagiem Z PÓŁKI.


Podsumowując moje czytelnicze wybory z ubiegłego (i nie tylko) roku, doszłam do wniosku, że jestem straszną literacką konserwą. Wybieram głównie prace autorów europejskich lub amerykańskich – tymczasem kilka kontynentów nadal czeka, aż postawię na nich moją czytelniczą stopę. Nie mam w sobie za grosz pasji odkrywcy, ani tym bardziej pasji podróżnika, ale chciałabym spróbować dać szansę w tym roku autorom z Azji, Afryki, Australii czy Ameryki Południowej. Ergo – zaczynam literacką podróż pod hasłem „terra incognita”. A ilustracją muzyczną tej wyprawy niech będzie moja ulubiona kompozycja z płyty Armanda Amar „La terre vue du ciel”. Wielbiciele twórczości Amara znają go zapewne jako kompozytora muzyki filmowej – płyta, z której pochodzi utwór „Civilisation” została stworzona jako muzyczne tło do wystawy zdjęć przyrodniczych. Do tej pory żałuję, że nie mogłam tej wystawy zobaczyć – ale pocieszam się muzyką. Jeśli w moich czytelniczych wyborach uda mi się kiedykolwiek osiągnąć taką harmonię połączenia Wschodu i Zachodu, jaką uzyskał Amar w tym utworze – to będę bardzo spełnionym człowiekiem.



Na zakończenie dodam, że postaram się również (hmm… coraz bardziej brzmi to jak wyliczanie postanowień noworocznych, ale trudno) częściej aktualizować bloga i szybciej odpowiadać na komentarze. Ostatnio miałam kryzys pisarski i tak niewiele czasu nawet na sen, że cieszę się na najbliższe dwa tygodnie, w czasie których (mając do dyspozycji nieco lepszy Internet, niż ten, którym dysponuję na co dzień) nadrobię zaległości w lekturze Waszych blogów :)


Acha, i postaram się, żeby następny wpis był bardziej „konkretny” i książkowy :) Co nie znaczy, że krótszy.




Komentarze (5)

Dodaj komentarz
  • bookfa

    Moze i spoznione ale sa bardziej spoznieni od Ciebie, np. ja. Mam dosc dyscypliny wszedzie i na moim blogu panuje luz. Nawet jeszcze nie zdecydowalam co bedzie Sliwka w czekoladzie 2011. Nie ma niestety niczego co byloby jednoznaczne warte tej nagrody. Nawet moj ulubieniec Theorin srednio na nia zasluzyl.
    No ale co ma byc to bedzie...
    Serdecznosci literacka konserwo;)

  • j.szern

    @bookfa - Na moim blogu również panuje tylko pozorny porządek :) Ciągle z czymś nie nadążam (zwłaszcza z recenzowaniem), ale przestałam się tym przejmować. I cieszę się, że Ty również się nie przejmujesz :)
    Mi trudno byłoby wyłuskać jakąkolwiek wisienkę na torcie - myślałam przez chwilę nad A. S. Byatt i jej "Opętaniem" - bo to na pewno jedna z najlepszych książek, jakie w ubiegłym roku czytałam. Ale z drugiej strony trudno mi dokonać takiego wyboru, bo mam problem z ustaleniem kryteriów. Satysfakcja czytelnicza? Wielowarstwowość utworu? Lekkość i łatwość czytania? Pojęcia nie mam - a zestawienie ze sobą w jednym rzędzie np. A. S. Byatt i Karin Slaughter (obie odkryłam w roku ubiegłym) uważam za nieporozumienie, bo to zupełnie różne pisarki :D Dlatego wisienki nie ma. Ale i bez tego tort jest smaczny ;)
    Wszystkiego dobrego w Nowym Roku :)

  • bookfa

    Nie mam odwagi oceniać inaczej niż tylko jako "satysfakcja czytelnicza bookfy". ;p Nie czuję się ani upoważniona ani predysponowana do ocen według innych kryteriów.
    Uściski ponoworoczne przesyłam :)

  • j.szern

    @bookfa - To najlepsze z kryteriów :) Tyle, że jak zaczynam się zagłębiać w odcienie satysfakcji, których mi poszczególne książki dostarczały, to czuję się jak Dante zagubiony w lesie :D

  • alinazdebu

    Imponujące, prawie 1,5 książki na tydzień. Ja w takim tempie to bym wysiedziała wszystkie fotele do biura, by je przeczytać ;) Widać, że to Twoja pasja.

© bibliotheke
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci