
Podobno większość z nas ma w sobie coś podglądacza. Przyznaję się – należę do tej grupy osób. Jadąc do pracy autobusem czy pociągiem bezczelnie zaglądam ludziom na podwórka i w okna. Lubię zastanawiać się nad tym, jakie osoby zamieszkują w mijanych domach i co porabiają, kiedy oglądam ich rozświetlone okna. Większą bezczelnością wykazuję się tylko na spacerach. Wiele osób nadal nie posiada zwyczaju zaciągania wieczorami firanek, rolet i opuszczania żaluzji, w związku z czym z instynktem prawdziwego voyeurysty (ale bez podtekstów) tropię za szybami śladów książek. Przed niektórymi domami, za oknami których dostrzegam półki wypełnione „mrocznym przedmiotem mego pożądania”, zatrzymuję się na dłużej. myśląc o ludziach, którzy wśród tych przedmiotów żyją. Zastanawiam się, czy są to jedynie ozdoby ich salonów, czy też może przedmioty codziennego użytku…
Instynkt „voyeurysty” bywa niebezpieczny. Przekonał się o tym Nikolas, młody pielęgniarz, który miał zwyczaj urozmaicać sobie codzienną drogę do pracy zaglądaniem w okna mijanych domów. Wśród osób, na które zwracał uwagę była młoda kobieta – lubił obserwować ją w czasie codziennych porannych przygotowań do wyjścia z domu. Tymczasem, pewnego mroźnego i śnieżnego poranka, jednego z tych wczesnozimowych, kiedy dni są tak krótkie, że wychodzi się z domu w ciemnościach i w ciemnościach się do niego powraca, okna tajemniczej nieznajomej są ciemne, a na śniegu przed jej domem Nikolas dostrzega ciemny kształt, niepokojąco przypominający ludzkie ciało. Zawiadamia policję, która na miejscu odkrywa ślady makabrycznej zbrodni… Rozpoczyna się pościg za mordercą, który nie tylko najwyraźniej chciał zabić młodą dentystkę, ale również ją upokorzyć (o czym świadczy ułożenie ciała)… A finał, do którego prowadzą zaskakujące zwroty akcji i 400 stron wypełnionych napięciem grającym na najwyższej strunie, jest naprawdę zaskakujący.
Kryminał Jana Seghersa należy do tego rodzaju kryminałów, które raczej nigdy mi się nie znudzą. Można o nim powiedzieć – klasyczny, bo autor nawiązuje w nim do najlepszych wzorów prozy światowej, a sama książka – choć zbrodnie sprawiają wrażenie makabrycznych – nie ocieka krwią. Seghers łączy w Pannie młodej w śniegu intrygującą zagadkę kryminalną, umiejętnie stopniowane napięcie, wyrazistych bohaterów i gorzką refleksję na temat pracy niemieckiej policji, pod którą podpisaliby się zapewne policjanci z każdego regionu świata (a na pewno Europy).
Miłośnicy kryminałów (nawet bez czytania informacji na okładce) bardzo szybko zorientują się w źródłach inspiracji Seghersa, których szukać należy przede wszystkim w kryminałach szwedzkich. Komisarz Robert Marthaler to „młodszy” (biorąc pod uwagę nie tyle wiek bohatera, ale czas wykreowania tej postaci) brat komisarza Wallandera. Z tym ostatnim łączy go wiek (obaj są po czterdziestce), problemy z wagą (a właściwie z nadwagą), zamiłowanie do muzyki klasycznej (ze szczególnym naciskiem na opery) oraz dobrych trunków, uczucie do cudzoziemki i miłość na odległość. Zamiast traumy rozwodu, Marthaler ma za sobą krótkie małżeństwo zakończone tragiczną śmiercią żony, które położyło się cieniem na jego życiu uczuciowym. Słynie również z wybuchowego temperamentu (interesujące przełamanie stereotypu poukładanego Niemca) i niewyparzonego języka. Jest wyrazisty i jako postać literacka może budzić jeśli nie sympatię, to przynajmniej zainteresowanie. Jako przełożony w życiu „rzeczywistym” – hmmm… mógłby być dosyć… trudny w pożyciu…
Refleksja na temat pracy w policji to ta część tej powieści, która zwróciła moją szczególną uwagę. Układy, układy, układy – konieczność balansowania na linie w relacji z przełożonymi, którzy, by budować swoją pozycję lub utrzymać nieskalaną reputację, nie mają skrupułów, by rzucić swoich podwładnych w charakterze żeru dla spragnionych sensacyjnych nagłówków reporterów (to kolejny kryminał, w którym dziennikarze to raczej wygłodniałe hieny niż ludzie z misją, co ciekawe – sam autor para się dziennikarstwem, zatem zakładam, że zapewne wie, o czym pisze ;) ).
Pracy niemieckiego policjanta z Frankfurtu również daleko jest do spektakularnych i błyskawicznych wyników rodem z amerykańskich seriali pod znakiem CSI. Często polega na mozolnym przesłuchiwaniu świadków, badaniu wielu tropów, błądzeniu wśród hipotez w poszukiwaniu wątłej nitki, która doprowadzi do rozwiązania sprawy. Mówi o tym Marthaler do młodego detektywa, który uczy się dopiero pracy w jego zespole:
Ale i tak większość rzeczy robimy na darmo. Musimy uzbroić się w cierpliwość. To najważniejsza cecha policjanta kryminalnego. Ciągle mamy wrażenie, że czas nam ucieka. Mimo to wciąż musimy zmusić się do czekania.
Cierpliwość to najważniejsza cecha policjanta. Tak jak pycha, przesadna pewność siebie i brawura to jego najważniejsze grzechy główne, których cenę płacą przeważnie kolejne ofiary bandytów, pozostawiając policjantom gorzki posmak wyrzutów sumienia.
Praca policjanta wpływa również na jego relacje z otoczeniem. Czytam sobie kolejne kryminały i dochodzę do wniosku, że niewiele zawodów upośledza człowieka w kontaktach społecznych, jak zawód policjanta. Stąd nie pozbawione prawdy są gorzkie słowa pod adresem Marthalera wypowiedziane przez jednego z bohaterów:
Właściwie dlaczego nigdy nie trafiłem na policjanta, który zwyczajnie i bez podtekstów interesowałby się otoczeniem? Zawsze bije od was ta zatęchła nieufność. Ta ciekawość, w której wcale nie chodzi o nowe informacje, tylko o to, żeby coś obnażyć,, zawsze macie się na baczności, bo zakładacie, że każdy coś ukrywa. Dzielicie świat na „my” i „reszta”. I w razie wątpliwości kogoś takiego jak ja zaliczycie oczywiście do reszty – do cywilów, którzy w najlepszym przypadku są naiwnymi idiotami, w większości jednak potencjalnymi wrogami. (s. 108 – 109).
Warto również wspomnieć kilka słów o okładce. Ostatnio, na jednym z blogów natrafiłam na komentarz, że okładki kryminałów wydawanych przez Wydawnictwo Czarne są okropne. Faktycznie, ta, której dotyczył ten komentarz, była obrzydliwa – utrzymana w komiksowym stylu, przerysowana. No, po prostu brzydka. Okładka powieści Seghersa jest – moim zdaniem – przyzwoita. Nawet w pewnym sensie poetycka. Ale, niestety, przypomina mi obraz Maxa Ernsta, który był prawdziwą traumą mojego dzieciństwa. Znalazłam jego reprodukcję w encyklopedii, którą otrzymałam od mojego chrzestnego jako prezent z okazji pierwszej komunii. Obraz do tej pory wywołuje we mnie dreszcze (jak większość obrazów Ernsta, którego surrealizm rzeczywiście przypomina atmosferę przeniesioną z sennych koszmarów – gęstą, duszną i lepką, w przeciwieństwie do obrazów Dalego, który nie jest w stanie wywołać we mnie najmniejszego wstrząsu – mimo, że jako malarza bardzo go sobie cenię) i dopatruję się w nim jednego ze źródeł moich przedmałżeńskich koszmarów, które dręczą mnie po dzień dzisiejszy (pisałam o nich TUTAJ). Sami oceńcie:

Kryminał Seghersa polecam wszystkim „sierotom” po Wallanderze. Nie zawiedziecie się. Jednocześnie lojalnie ostrzegam, że to druga część przygód komisarza Marthalera – o czym ja się przekonałam (ku swojemu strapieniu – mam bzika chronologicznego) dopiero w trakcie lektury. Zapewniam jednak wszystkich, że brak znajomości tomu pierwszego („Zbyt piękna dziewczyna”) w żaden sposób nie przeszkadza w czerpaniu przyjemności z lektury tomu drugiego, który to z kolei pogłębia tylko apetyt na zapoznanie się z tomem trzecim („Partytura śmierci”). Co też zamierzam prędzej czy później uczynić.