Menu

bibliotheke

Pierścień i róża

j.szern

Żyję sobie w biegu, a po trzech tygodniach w pracy zdążyłam już zupełnie zapomnieć, że miałam niedawno dwa tygodnie urlopu. Uroki życia nauczyciela to podobno mnóstwo czasu wolnego (wakacje, ferie, święta), niespełna trzy godziny pracy dziennie, prawo do trzech lat płatnego urlopu, trzynastki, itp. Mniej więcej raz w tygodniu oglądam albo czytam wiadomości, które mają mi pokazać, jaką szczęściarą jestem, bo zdecydowałam się na wykonywanie tego zawodu, ile przywilejów, których nie posiada NIKT, ja posiadam. Pomijam zupełnie kwestię, że od kilku lat pracuję na nieco lepszej niż śmieciowa umowie i że w pracy spędzam więcej niż niespełna trzy godziny. Pracę przynoszę również do domu.

Demagogia dziennikarzy przekracza moje skromne granice pojmowania – na tej samej zasadzie mogłabym wysnuć wniosek, że kilka tysięcy złotych pensji (ośmielam się sądzić, że są wyższe niż nie wiem z jakiej planety ściągnięte średnie płace nauczycieli – serio, chciałabym zarabiać ponad trzy tysiące przy jednym etacie, tymczasem znajomi słysząc, ile pieniędzy wpływa mi co miesiąc na konto muszą się powstrzymywać, żeby nie patrzyć na mnie z politowaniem) zarabia za niespełna trzyminutowy materiał emitowany w czasie głównego wydania wiadomości i zupełnie nie robi nic, żeby go wcześniej przygotować, sprawdzić (?), zmontować…

To sobie pomarudziłam…  Tymczasem, mimo że nie mam wiele czasu na pisanie (inna sprawa, że nie mam też weny, a mój internet od dwóch miesięcy doprowadza mnie do szału i stąd też mniejsza aktywność), udaje mi się nie zaniedbywać czytania. Czytam dużo, nawet bardzo dużo (o wiele więcej niż rok czy dwa lata temu o tej porze), jak na stan zabiegania, w którym znajduję się ostatnio. Z pewnością w podbijaniu mojej średniej czytelniczej pomaga mi nowy nawyk – słuchanie książek.

Pierwsza próba słuchania audiobooka, którą podjęłam w wakacje, zakończyła się sromotną klęską. Do tej pory przez słuchawki słuchałam jedynie muzyki. Bez względu na to, czy był to metal, czy inny gatunek, spełniała ona wówczas rolę tła – dla rozmyślań, innych aktywności czy po prostu była substytutem porannej kawy. Ewentualnie nie pozwalała mi zupełnie odpłynąć w czasie powrotu do domu autobusem. Tymczasem na blogach i w życiu ludzie zachwalali audiobooki jako fantastyczną formę kontaktu z lekturą, która może towarzyszyć np. jeździe samochodem, zakupom, sprzątaniu, gotowaniu, itp. Nie jestem z natury „słuchowcem”, więc podejrzewałam, że mogę mieć trudności – nie zdawałam sobie sprawy jednak, że będą one aż tak duże. Włączałam audiobooka i tradycyjnie (o, siło przyzwyczajenia!) odpływałam. Lektor sobie, a ja sobie – myślałam o niebieskich migdałach. Z samozaparciem cofałam nagranie, kiedy tylko gubiłam wątek, a ponieważ działo się to dość często – klęłam pod nosem ile popadło. Kryzys nastąpił w momencie, kiedy byłam po trzech godzinach nagrania, które sobie dawkowałam dość rozsądnie w ciągu kilku dni. Odpaliłam odtwarzacz i próbowałam pomalować paznokcie. I oczywiście, po raz kolejny (nie wiem, który) zgubiłam wątek. Wtedy się poddałam.

Pod koniec grudnia postanowiłam jednak wrócić do tej formy „czytania”. Zacisnęłam zęby, aż mi mało plomby nie wypadły i udało się. Trudno znaleźć słowa, które by opisały moje męki – nie tylko ze względu na konieczność przestawienia się na zupełnie inną formę odbioru, ale też ze względu na wybraną książkę, która irytowała mnie niemiłosiernie od początku do końca. Ludzie patrzyli na mnie dziwnym wzrokiem, bo sarkałam pod nosem niemiłosiernie i robiłam dziwne miny w autobusach i na ulicy :)

Skoro udało mi się przebrnąć przez pierwszą książkę słuchaną, postanowiłam pójść za ciosem. Nie słucham książek „ambitnych i wymagających”, szukam raczej czytadeł, które pozwolą mi się odprężyć i przy których nie będę musiała śledzić meandrów rozważań filozoficznych autorów/autorek, a raczej będę mogła skoncentrować się na akcji. Słucham teraz książek zawsze, kiedy jestem w drodze – idę na zakupy, na autobus, na przystanku, w komunikacji miejskiej. Nie pozbyłam się wprawdzie zwyczaju noszenia przy sobie książek papierowych, ale doceniam luksus braku konieczności smętnego gapienia się w okno przy wtórze metalowych zgrzytów, kiedy jadę niemiłosiernie zatłoczonym pociągiem lub autobusem w godzinach szczytu i nie mogę się nawet poruszyć w ścisku, a co dopiero wyjąć książkę i ją poczytać, choćby na stojąco. Nie męczę również oczu, kiedy wracam po nocy do domu, a kierowca autobusu (nie wiedzieć czemu) oszczędza na oświetleniu i postanawia oświetlić tylko część autobusu, a ja akurat mam nieszczęście usiąść pod niedziałającą (niezapaloną) lampą.

Tym bardziej się ucieszyłam, kiedy na początku lutego wpadła w moje ręce seria audiobooków książek Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk "Cukiernia pod Amorem”. Długo się zbierałam, żeby kupić te książki – czytałam entuzjastyczne recenzje na blogach, czekałam na wydanie części ostatniej, później wyszedł box, a ja oczywiście złożyłam mnóstwo innych zamówień, itp. Kiedy zatem dopadłam audiobooki i przegrałam je na mój telefon, stwierdziłam, że nadszedł czas, żeby zapoznać się z książkami, które u recenzentów z blogów budziły tyle emocji… Podsumowanie półmiesięcznych podróży w towarzystwie bohaterów tego cyklu zamieszczam poniżej.

***

Małgorzata Gutowska-Adamczyk


Jest rok 1995. W niewielkim miasteczku, Gutowie, kończy się właśnie sezon na jagodzianki, kiedy małomiasteczkową nudę przerywa niespodziewane odkrycie dokonane przez archeologów na gutowskim rynku. W podziemnych korytarzach zostaje odnaleziona mumia kobiety, a przy niej – stary pierścień, w którym właściciel cukierni rozpoznaje zaginioną przed laty rodzinną pamiątkę. Kim była ta kobieta? W jaki sposób weszła w posiadanie tego pierścienia? Odpowiedzi na te pytania postanawia poszukać Iga, córka właściciela cukierni…

Zastanawiam się nad tym, co mogę napisać o powieściach Gutowskiej – Adamczyk, czego jeszcze nie napisano. W czasie słuchania tych książek zastanawiałam się przez cały czas, z jakim typem powieści – biorąc pod uwagę jej temat - mam do czynienia.

Pierwsza myśl – to powieść historyczna. Owszem, cykl o "Cukierni pod Amorem” jest nią w pewnym sensie, bo losy bohaterów są przedstawiane na tle ważnych wydarzeń – od powstania styczniowego, przez pierwszą aż po drugą wojnę światową i codzienność PRL-u. Nie wyczerpuje to jednak w żaden sposób tematyki tych utworów. Historia jest tłem, ważnym tłem, ale równie istotne są również detale dotyczące realiów życia codziennego w drugiej połowie XIX czy w pierwszej połowie XX wieku. Autorka odnotowuje z wielką pieczołowitością przemiany w obyczajowości, pochyla się nad drobiazgami, które zwykle uchodzą naszej uwadze. Ceny żywności w czasie wojny, warunki życia chłopów czy arystokracji na wsi, wprowadzanie nowych osiągnięć technicznych, życie przedstawicielki bohemy artystycznej w dwudziestoleciu międzywojennym – nic z tych kwestii nie jest zbyt błahe, by mogło ujść jej uwadze. I ten element powieści najbardziej mi się podobał. Zatem – może to powieści społeczno-obyczajowe?

W czasie słuchania powieści nie umknęły mojej uwadze również wątki romansowe. Ich nagromadzenie, ilość miejsca, które autorka poświęca na opisy miłosnych zapałów i uniesień chwilami mnie przerastały przytłaczały. Trudno jest pisać o przeżyciach erotycznych tak, by stworzyć sugestywny obraz.  Albo wpada się w banał, albo sceny erotyczne zamieniają się w instruktaż. Przyznaję, że były chwile, kiedy przewracałam oczami i tupałam zniecierpliwiona nogą, bębniłam palcami o szybę i marzyłam o przewinięciu tych „momentów”… Nie wiem, jak dla Was, ale dla mnie to był najsłabszy element tego cyklu.

Ale to nie koniec możliwości ujęcia tematyki powieści Małgorzaty Gutowskiej - Adamczyk. Można ją bowiem uogólnić pod hasłem „saga rodzinna”, zwłaszcza, że wydarzenia z czasów współczesnych stają się punktem wyjścia dla snucia opowieści o przeszłości, są próbą uchwycenia nici, które doprowadziły do takiego, a nie innego splotu wydarzeń. Narracja pierwszego tomu jest najciekawsza – ale też najbardziej problematyczna w odbiorze. Autorka beztrosko przeskakuje pomiędzy kolejnymi latami, miesza wątki, powieść przypomina nieco kłębek wełny, z którym igrał niesforny kociak. To nie jest bynajmniej zarzut z mojej strony. Lubię powieści, które są nielinearne. Tym większe było moje zaskoczenie, że w dwóch kolejnych tomach, autorka postanowiła ściśle trzymać się zasad chronologii. Dlaczego? Czy tom pierwszy spotkał się z powodu tych przeskoków w czasie z jakąś krytyką?

Powieść historyczna, społeczno-obyczajowa, saga rodzinna, romans… Wielbiciele tego rodzaju tematyki z pewnością odnajdą w tym cyklu coś dla siebie. Dla mnie jednak cykl Gutowskiej – Adamczyk pozostanie przede wszystkim powieścią o tęsknocie za tajemnicą. Być może, śledząc swoją historię rodzinną, odczuwacie znużenie. Myślicie – „Boże, ależ moi przodkowie byli nudni i przewidywalni. Nie dokonali niczego wielkiego. Nie było w ich życiu nic, co by nadawało się na materiał do powieści…”. Błąd. Małgorzata Gutowska – Adamczyk w cyklu o cukierni, znajdującej się w prowincjonalnym miasteczku, udowadnia, że w każdej rodzinie tkwi jakaś tajemnica, która jest warta poznania i która może odmienić nasze spojrzenie nie tylko na przeszłość, ale również naszą teraźniejszość. Pokazuje, że warto zajrzeć do starych albumów, wsłuchać się uważniej w opowieści krewnych, którymi ci do tej pory być może zadręczali nas w czasie rodzinnych spotkań. Historii przez nich opowiadanych nie znajdziemy w podręcznikach, a tymczasem są one ważnym – i jak często pomijanym – elementem naszej tożsamości.

Z obowiązku „recenzenckiego” (?) dodam, że cykl o cukierni pozostawił mnie ani nie wstrząśniętą, ani nie zmieszaną ;) Nie potrafię powiedzieć jednoznacznie, czy mi się podobał, czy nie. I tak – i nie :) Z jednej strony – słuchałam tych historii z zainteresowaniem – i poza dość rozbudowanymi wątkami miłosnymi – nie nużyły mnie. Z drugiej strony – po przeczytanych wcześniej recenzjach oczekiwałam chyba czegoś więcej. Jakiegoś szarpnięcia, jakiegoś poruszenia, no, tego „czegoś”, co sprawia, że do książki mam ochotę wrócić po jakimś czasie i na nowo ją przeżyć. A w przypadku tych powieści nie jestem pewna, czy chcę do nich wracać. A z drugiej strony – nie żałuję czasu poświęconego na konfrontację z cyklem, który wzbudził wśród czytelników takie poruszenie.

Minusem czytania wielu recenzji jest wyrobienie w sobie pewnych oczekiwań wobec książki, którą - zachęceni przez innych – bierzemy do rąk. Zastanawiam się, czy mój odbiór tych powieści byłby inny – może bardziej jednoznaczny - gdybym nie zobaczyła, z jaką niecierpliwością inni czekają na kolejne części, z jakimi emocjami piszą o swoich przeżyciach związanych z ich odbiorem. W ubiegłym roku przeżyłam podobny dysonans – czytając „Pokój” Emmy Donoghue oczekiwałam czegoś zupełnie innego, niż dostałam. I też miałam podobny niedosyt.

Książki Gutowskiej – Adamczyk są przyjemnym, lekkim czytadłem – i jednak nie umiem myśleć o nich w innych kategoriach. Jeśli szukasz relaksu – to książka dla Ciebie. Jeśli nie masz ochoty na literaturę ciężką, przytłaczającą – to książki dla Ciebie. Jeśli masz ochotę się przekonać, jak świetną lektorką jest Anna Dereszowska, która czyta te książki – to jest to audiobook dla Ciebie. Jeśli natomiast spodziewasz się wstrząsu metafizycznego i objawienia – to hmmm… To może lepiej zapomnij o tym, co pisałam i co pisali inni :)




Komentarze (6)

Dodaj komentarz
  • dabarai

    O, jesteś! Fajnie! Ja mam zamiar Cukiernię przeczytać kiedyś jednym cugiem, żeby sprawdzić, czy mi się znów spodoba. A autorka ma w planach ksiązkę luźno związaną z Gutowem, co mnie cieszy...

  • Gość: [guciamal] *.rev.pro-internet.pl

    Audiobook - pierwsza próba wypadła u mnie wyśmienicie. Listy na wyczerpanym papierze, Mały książę, Mistrz i Małgorzata, Rodziny Borgiów poszły jak z płatka. Myśli ani na chwilę nie odpływały w dal. O dziwo, teraz po rocznej już przygodzie z audiobookami zdarza mi się odpływać przy słuchaniu i wracać po kilkakroć do lektury, co jest tym bardziej irytujące, jeśli pliki są nagrane w większym rozmiarze i wciąż wraca się do początku i słucha po raz n-ty tych samych zdań i znowu odpływa. Jednak uważam, że audiobooki to wielka wygoda, zwłaszcza w podróży.
    Co do sagi rodzinnej- chyba dlatego obawiam się za nią zabrać, gdyż boję się rozczarowania. Oczekiwania są tak duże po tych wszystkich recenzjach-opiniach, że zostawiam sobie to na potem. I w pewnym sensie cieszy mnie twoja nie tak entuzjastyczna opinia, bo jeśli i mnie powieść nie powali nie będę w swoich odczuciach sama. Pozdrawiam

  • Gość: [Ysabell] *.lodz.mm.pl

    Miło Cię znowu czytać. :)

    Faktycznie "Cukiernia..." nie jest jakimś arcydziełem, ale czyta się przyjemnie. Te fragmenty romansowe nie zwróciły mojej szczególnej uwagi, ale jednak oczami czyta się inaczej niż uszami i łatwiej przeskakiwać denerwujące albo nużące fragmenty.

    No i zdecydowanie zgadzam się, że pierwszy tom miał najciekawszą konstrukcję. Nie tylko dlatego, że nieliniową, ale też wspominał tylko o najważniejszych momentach i wydarzeniach, a w kolejnych tomach gro miejsca zajmowały dużo mniej pasjonujące informacje o tym, co się działo "pomiędzy". Zupełnie jakby autorka na siłę starała się pisać po kolei i dokładnie. A, moim zdaniem, było to zupełnie niepotrzebne.

    Podsumowując: dzieło sztuki to nie jest, ale byle więcej takich czytadeł. :)

  • bibliotekarkaczyta

    W audiobookach często nie liczy się treść tylko jakość czytanego tekstu. Osobiście potrafię odrzucić książkę mówioną ze względu na lektora, który nie przemawia do mnie tonem głosu czy intonacją. Katastrofą dla mnie były książki Chmielewskiej czytane przez Irenę Kwiatkowską, a niezwykłym doświadczeniem słuchanie Marii Seweryn w Gorzkiej czekoladzie czy Jacka Rozenka w thrillerach Cobena.

  • szukamzyjepragne

    I ja raczej czytam niż słucham. I też ciężko było mi się na taki inny odbiór nastawić, ale ... znalazłam na to sposób. Słucham robiąc przy okazji coś innego i jak tylko zaczynam zauważać, że "odpływam od treści audiobooka" wyłączam i wracam dopiero za jakiś czas do dalszej części.
    Świetnie słuchało mi się audiobooka ,o dziwo , w kuchni przy przygotowywaniu czegoś :) ( może dlatego, że niezbyt lubię gotować i skupiając się na słuchaniu jakoś lepiej mi szło)

    Nie próbowałam jeszcze słuchać kierując samochodem, bo obawiam się, że moja podzielność uwagi w tej sytuacji mogłaby nie być wystarczająca, ale kiedyś spróbuję:)

    Też się nastawiłam bardzo optymistycznie na ten cykl, ale jeszcze do niego nie dotarłam. Chciałabym sobie własną opinię wyrobić, jak trochę przejdzie ta fala recenzji. :)
    pozdr.

  • gizastan

    A więc to taka hurtowania artykułów biurowych się tam wyprawia. No nieźle, ciekawa książka w takim razie!

© bibliotheke
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci