Menu

bibliotheke

Wszystko

Rozglądam się...

j.szern

Początkowo chciałam zamilknąć na chwilę. Wyszło jak zawsze. Sześć lat to otchłań czasu z mojej perspektywy. Trudno mi zliczyć zmiany, które w tym czasie zaszły. Nie zmieniło się jedno – pasja czytania. Moi znajomi wiedzą, że gdy nie „mogę” czytać, wówczas jest ze mną źle. Tak źle, że nie pomaga wówczas czekolada. Ani wino. Ani prozac :)

Kilka razy robiłam podejście pt. „Wracam”. Zostały szkice notatek w edytorze tekstu. Pozbawione deklaracji i planów, bo ja staram się planować jak najmniej. Ostatnio pytanie o powrót do pisania wróciło, więc zadałam sobie kolejne - „Po co?”. I spędziłam nad odpowiedzią kolejnych kilka miesięcy. Zniechęcała mnie konieczność regularnych wpisów (systematyczność to moje drugie imię, którego nigdy nie używam). Miałam kiedyś plan, aby opisywać wszystkie książki, które przeczytam. Brrr… Nierealne. Czytam więcej niż mam ochotę opisywać. Poza tym – jak pisać? Wciaż długo? Szkicowo? Eksperymentować z formą? Kiedy znaleźć na to czas? Kosztem czego?

Jedyny – w moim odczuciu – przekonujący mnie argument „za” powrotem do pisania, to ten, że gdy pisałam o książkach, czytałam je bardziej świadomie. Analizowałam, smakowałam, dyskutowałam z nimi. A nie tylko „haps” i następna. I to jest ten argument, który sprawił, że postanowiłam znów spróbować. Jeszcze nie wiem, o której książce z ostatnio czytanych napiszę. Jak. Ale mam czas, aby się nad tym zastanowić.

Mury

j.szern

Kawafis, "Mury"

Lekkomyślnie, bez litości i wstydu
wznieśli wokół mnie wysokie, wielkie mury.

I siedzę teraz tu i rozpaczam.
O niczym innym nie myślę: umysł zżera ten los,

a miałem tak wiele do zrobienia.
Dlaczego nie dostrzegłem, kiedy wznosili mury?

Nie usłyszałem żadnego głosu, ani stukania murarzy.
Nieoczekiwanie zamknęli przede mną świat.

Wierszem Kawafisa najłatwiej jest mi podsumować ponad trzy miesiące milczenia. To był trudny czas - niepokój o pracę, lizanie "ran" z poprzedniego roku. Kiedy zasiadałam do komputera i chciałam pisać kolejną recenzję, czułam tylko bezradność i pustkę. Nie chciałam zamieniać bloga w przestrzeń wyrzutów - zamilknięcie w tej przestrzeni zbiegło się ze zrywaniem wielu więzi, które dawniej wydawały mi się istotne, a które w okresie kryzysu rwały się jak pajęczyna. Skoro starałam się nie epatować żywych ludzi moimi przemyśleniami i wątpliwościami, tym bardziej nie chciałam tego robić znajomym wirtualnym.

Powoli - bardzo powoli - okres izolacji mi przechodzi, a przynajmniej staram się z nią walczyć. Jest szansa, że skończę wreszcie recenzję, którą piszę od trzech miesięcy. I że zacznę następne. Jest szansa, że skoro zaczął się mój urlop, będę w stanie odpocząć - przede wszystkim psychicznie.

Ostatnie miesiące były czasem, kiedy intensywnie czytałam. Sięgałam po prozę, poezję - wszystko, co pomagało mi nie tyle uporać się z własną sytuacją, ile pomagało na chwilę o niej zapomnieć. Wielkim wsparciem był dla mnie w tym czasie Kawafis - tym, którzy mają ochotę się z nim zapoznać, polecam nowy przekład jego wierszy - Jeżeli do Itaki wybierasz się w podróż. Kawafis tłumaczony Herbertem przez Antoniego Liberę (autora prześwietnej Madame) to pomysł translatorski i interesujący, i trafny. Ci poeci zawsze wydawali mi się podobni - tyle, że Kawafis był pozbawiony chłodu i ironii Herberta. Może dlatego świecki "dekalog" Kawafisa, wyrażony w Termopilach jest mi dużo bliższy i łatwiejszy dla mnie do przyjęcia, niż ten, który stworzył Herbert w Przesłaniu Pana Cogito.

Pierścień i róża

j.szern

Żyję sobie w biegu, a po trzech tygodniach w pracy zdążyłam już zupełnie zapomnieć, że miałam niedawno dwa tygodnie urlopu. Uroki życia nauczyciela to podobno mnóstwo czasu wolnego (wakacje, ferie, święta), niespełna trzy godziny pracy dziennie, prawo do trzech lat płatnego urlopu, trzynastki, itp. Mniej więcej raz w tygodniu oglądam albo czytam wiadomości, które mają mi pokazać, jaką szczęściarą jestem, bo zdecydowałam się na wykonywanie tego zawodu, ile przywilejów, których nie posiada NIKT, ja posiadam. Pomijam zupełnie kwestię, że od kilku lat pracuję na nieco lepszej niż śmieciowa umowie i że w pracy spędzam więcej niż niespełna trzy godziny. Pracę przynoszę również do domu.

Demagogia dziennikarzy przekracza moje skromne granice pojmowania – na tej samej zasadzie mogłabym wysnuć wniosek, że kilka tysięcy złotych pensji (ośmielam się sądzić, że są wyższe niż nie wiem z jakiej planety ściągnięte średnie płace nauczycieli – serio, chciałabym zarabiać ponad trzy tysiące przy jednym etacie, tymczasem znajomi słysząc, ile pieniędzy wpływa mi co miesiąc na konto muszą się powstrzymywać, żeby nie patrzyć na mnie z politowaniem) zarabia za niespełna trzyminutowy materiał emitowany w czasie głównego wydania wiadomości i zupełnie nie robi nic, żeby go wcześniej przygotować, sprawdzić (?), zmontować…

To sobie pomarudziłam…  Tymczasem, mimo że nie mam wiele czasu na pisanie (inna sprawa, że nie mam też weny, a mój internet od dwóch miesięcy doprowadza mnie do szału i stąd też mniejsza aktywność), udaje mi się nie zaniedbywać czytania. Czytam dużo, nawet bardzo dużo (o wiele więcej niż rok czy dwa lata temu o tej porze), jak na stan zabiegania, w którym znajduję się ostatnio. Z pewnością w podbijaniu mojej średniej czytelniczej pomaga mi nowy nawyk – słuchanie książek.

Pierwsza próba słuchania audiobooka, którą podjęłam w wakacje, zakończyła się sromotną klęską. Do tej pory przez słuchawki słuchałam jedynie muzyki. Bez względu na to, czy był to metal, czy inny gatunek, spełniała ona wówczas rolę tła – dla rozmyślań, innych aktywności czy po prostu była substytutem porannej kawy. Ewentualnie nie pozwalała mi zupełnie odpłynąć w czasie powrotu do domu autobusem. Tymczasem na blogach i w życiu ludzie zachwalali audiobooki jako fantastyczną formę kontaktu z lekturą, która może towarzyszyć np. jeździe samochodem, zakupom, sprzątaniu, gotowaniu, itp. Nie jestem z natury „słuchowcem”, więc podejrzewałam, że mogę mieć trudności – nie zdawałam sobie sprawy jednak, że będą one aż tak duże. Włączałam audiobooka i tradycyjnie (o, siło przyzwyczajenia!) odpływałam. Lektor sobie, a ja sobie – myślałam o niebieskich migdałach. Z samozaparciem cofałam nagranie, kiedy tylko gubiłam wątek, a ponieważ działo się to dość często – klęłam pod nosem ile popadło. Kryzys nastąpił w momencie, kiedy byłam po trzech godzinach nagrania, które sobie dawkowałam dość rozsądnie w ciągu kilku dni. Odpaliłam odtwarzacz i próbowałam pomalować paznokcie. I oczywiście, po raz kolejny (nie wiem, który) zgubiłam wątek. Wtedy się poddałam.

Pod koniec grudnia postanowiłam jednak wrócić do tej formy „czytania”. Zacisnęłam zęby, aż mi mało plomby nie wypadły i udało się. Trudno znaleźć słowa, które by opisały moje męki – nie tylko ze względu na konieczność przestawienia się na zupełnie inną formę odbioru, ale też ze względu na wybraną książkę, która irytowała mnie niemiłosiernie od początku do końca. Ludzie patrzyli na mnie dziwnym wzrokiem, bo sarkałam pod nosem niemiłosiernie i robiłam dziwne miny w autobusach i na ulicy :)

Skoro udało mi się przebrnąć przez pierwszą książkę słuchaną, postanowiłam pójść za ciosem. Nie słucham książek „ambitnych i wymagających”, szukam raczej czytadeł, które pozwolą mi się odprężyć i przy których nie będę musiała śledzić meandrów rozważań filozoficznych autorów/autorek, a raczej będę mogła skoncentrować się na akcji. Słucham teraz książek zawsze, kiedy jestem w drodze – idę na zakupy, na autobus, na przystanku, w komunikacji miejskiej. Nie pozbyłam się wprawdzie zwyczaju noszenia przy sobie książek papierowych, ale doceniam luksus braku konieczności smętnego gapienia się w okno przy wtórze metalowych zgrzytów, kiedy jadę niemiłosiernie zatłoczonym pociągiem lub autobusem w godzinach szczytu i nie mogę się nawet poruszyć w ścisku, a co dopiero wyjąć książkę i ją poczytać, choćby na stojąco. Nie męczę również oczu, kiedy wracam po nocy do domu, a kierowca autobusu (nie wiedzieć czemu) oszczędza na oświetleniu i postanawia oświetlić tylko część autobusu, a ja akurat mam nieszczęście usiąść pod niedziałającą (niezapaloną) lampą.

Tym bardziej się ucieszyłam, kiedy na początku lutego wpadła w moje ręce seria audiobooków książek Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk "Cukiernia pod Amorem”. Długo się zbierałam, żeby kupić te książki – czytałam entuzjastyczne recenzje na blogach, czekałam na wydanie części ostatniej, później wyszedł box, a ja oczywiście złożyłam mnóstwo innych zamówień, itp. Kiedy zatem dopadłam audiobooki i przegrałam je na mój telefon, stwierdziłam, że nadszedł czas, żeby zapoznać się z książkami, które u recenzentów z blogów budziły tyle emocji… Podsumowanie półmiesięcznych podróży w towarzystwie bohaterów tego cyklu zamieszczam poniżej.

***

Małgorzata Gutowska-Adamczyk


Jest rok 1995. W niewielkim miasteczku, Gutowie, kończy się właśnie sezon na jagodzianki, kiedy małomiasteczkową nudę przerywa niespodziewane odkrycie dokonane przez archeologów na gutowskim rynku. W podziemnych korytarzach zostaje odnaleziona mumia kobiety, a przy niej – stary pierścień, w którym właściciel cukierni rozpoznaje zaginioną przed laty rodzinną pamiątkę. Kim była ta kobieta? W jaki sposób weszła w posiadanie tego pierścienia? Odpowiedzi na te pytania postanawia poszukać Iga, córka właściciela cukierni…

Zastanawiam się nad tym, co mogę napisać o powieściach Gutowskiej – Adamczyk, czego jeszcze nie napisano. W czasie słuchania tych książek zastanawiałam się przez cały czas, z jakim typem powieści – biorąc pod uwagę jej temat - mam do czynienia.

Pierwsza myśl – to powieść historyczna. Owszem, cykl o "Cukierni pod Amorem” jest nią w pewnym sensie, bo losy bohaterów są przedstawiane na tle ważnych wydarzeń – od powstania styczniowego, przez pierwszą aż po drugą wojnę światową i codzienność PRL-u. Nie wyczerpuje to jednak w żaden sposób tematyki tych utworów. Historia jest tłem, ważnym tłem, ale równie istotne są również detale dotyczące realiów życia codziennego w drugiej połowie XIX czy w pierwszej połowie XX wieku. Autorka odnotowuje z wielką pieczołowitością przemiany w obyczajowości, pochyla się nad drobiazgami, które zwykle uchodzą naszej uwadze. Ceny żywności w czasie wojny, warunki życia chłopów czy arystokracji na wsi, wprowadzanie nowych osiągnięć technicznych, życie przedstawicielki bohemy artystycznej w dwudziestoleciu międzywojennym – nic z tych kwestii nie jest zbyt błahe, by mogło ujść jej uwadze. I ten element powieści najbardziej mi się podobał. Zatem – może to powieści społeczno-obyczajowe?

W czasie słuchania powieści nie umknęły mojej uwadze również wątki romansowe. Ich nagromadzenie, ilość miejsca, które autorka poświęca na opisy miłosnych zapałów i uniesień chwilami mnie przerastały przytłaczały. Trudno jest pisać o przeżyciach erotycznych tak, by stworzyć sugestywny obraz.  Albo wpada się w banał, albo sceny erotyczne zamieniają się w instruktaż. Przyznaję, że były chwile, kiedy przewracałam oczami i tupałam zniecierpliwiona nogą, bębniłam palcami o szybę i marzyłam o przewinięciu tych „momentów”… Nie wiem, jak dla Was, ale dla mnie to był najsłabszy element tego cyklu.

Ale to nie koniec możliwości ujęcia tematyki powieści Małgorzaty Gutowskiej - Adamczyk. Można ją bowiem uogólnić pod hasłem „saga rodzinna”, zwłaszcza, że wydarzenia z czasów współczesnych stają się punktem wyjścia dla snucia opowieści o przeszłości, są próbą uchwycenia nici, które doprowadziły do takiego, a nie innego splotu wydarzeń. Narracja pierwszego tomu jest najciekawsza – ale też najbardziej problematyczna w odbiorze. Autorka beztrosko przeskakuje pomiędzy kolejnymi latami, miesza wątki, powieść przypomina nieco kłębek wełny, z którym igrał niesforny kociak. To nie jest bynajmniej zarzut z mojej strony. Lubię powieści, które są nielinearne. Tym większe było moje zaskoczenie, że w dwóch kolejnych tomach, autorka postanowiła ściśle trzymać się zasad chronologii. Dlaczego? Czy tom pierwszy spotkał się z powodu tych przeskoków w czasie z jakąś krytyką?

Powieść historyczna, społeczno-obyczajowa, saga rodzinna, romans… Wielbiciele tego rodzaju tematyki z pewnością odnajdą w tym cyklu coś dla siebie. Dla mnie jednak cykl Gutowskiej – Adamczyk pozostanie przede wszystkim powieścią o tęsknocie za tajemnicą. Być może, śledząc swoją historię rodzinną, odczuwacie znużenie. Myślicie – „Boże, ależ moi przodkowie byli nudni i przewidywalni. Nie dokonali niczego wielkiego. Nie było w ich życiu nic, co by nadawało się na materiał do powieści…”. Błąd. Małgorzata Gutowska – Adamczyk w cyklu o cukierni, znajdującej się w prowincjonalnym miasteczku, udowadnia, że w każdej rodzinie tkwi jakaś tajemnica, która jest warta poznania i która może odmienić nasze spojrzenie nie tylko na przeszłość, ale również naszą teraźniejszość. Pokazuje, że warto zajrzeć do starych albumów, wsłuchać się uważniej w opowieści krewnych, którymi ci do tej pory być może zadręczali nas w czasie rodzinnych spotkań. Historii przez nich opowiadanych nie znajdziemy w podręcznikach, a tymczasem są one ważnym – i jak często pomijanym – elementem naszej tożsamości.

Z obowiązku „recenzenckiego” (?) dodam, że cykl o cukierni pozostawił mnie ani nie wstrząśniętą, ani nie zmieszaną ;) Nie potrafię powiedzieć jednoznacznie, czy mi się podobał, czy nie. I tak – i nie :) Z jednej strony – słuchałam tych historii z zainteresowaniem – i poza dość rozbudowanymi wątkami miłosnymi – nie nużyły mnie. Z drugiej strony – po przeczytanych wcześniej recenzjach oczekiwałam chyba czegoś więcej. Jakiegoś szarpnięcia, jakiegoś poruszenia, no, tego „czegoś”, co sprawia, że do książki mam ochotę wrócić po jakimś czasie i na nowo ją przeżyć. A w przypadku tych powieści nie jestem pewna, czy chcę do nich wracać. A z drugiej strony – nie żałuję czasu poświęconego na konfrontację z cyklem, który wzbudził wśród czytelników takie poruszenie.

Minusem czytania wielu recenzji jest wyrobienie w sobie pewnych oczekiwań wobec książki, którą - zachęceni przez innych – bierzemy do rąk. Zastanawiam się, czy mój odbiór tych powieści byłby inny – może bardziej jednoznaczny - gdybym nie zobaczyła, z jaką niecierpliwością inni czekają na kolejne części, z jakimi emocjami piszą o swoich przeżyciach związanych z ich odbiorem. W ubiegłym roku przeżyłam podobny dysonans – czytając „Pokój” Emmy Donoghue oczekiwałam czegoś zupełnie innego, niż dostałam. I też miałam podobny niedosyt.

Książki Gutowskiej – Adamczyk są przyjemnym, lekkim czytadłem – i jednak nie umiem myśleć o nich w innych kategoriach. Jeśli szukasz relaksu – to książka dla Ciebie. Jeśli nie masz ochoty na literaturę ciężką, przytłaczającą – to książki dla Ciebie. Jeśli masz ochotę się przekonać, jak świetną lektorką jest Anna Dereszowska, która czyta te książki – to jest to audiobook dla Ciebie. Jeśli natomiast spodziewasz się wstrząsu metafizycznego i objawienia – to hmmm… To może lepiej zapomnij o tym, co pisałam i co pisali inni :)




Nim nadejdzie mróz

j.szern

Jan Seghers

Podobno większość z nas ma w sobie coś podglądacza. Przyznaję się – należę do tej grupy osób. Jadąc do pracy autobusem czy pociągiem bezczelnie zaglądam ludziom na podwórka i w okna. Lubię zastanawiać się nad tym, jakie osoby zamieszkują w mijanych domach i co porabiają, kiedy oglądam ich rozświetlone okna. Większą bezczelnością wykazuję się tylko na spacerach. Wiele osób nadal nie posiada zwyczaju zaciągania wieczorami firanek, rolet i opuszczania żaluzji, w związku z czym z instynktem prawdziwego voyeurysty (ale bez podtekstów) tropię za szybami śladów książek. Przed niektórymi domami, za oknami których dostrzegam półki wypełnione „mrocznym przedmiotem mego pożądania”, zatrzymuję się na dłużej. myśląc o ludziach, którzy wśród tych przedmiotów żyją. Zastanawiam się, czy są to jedynie ozdoby ich salonów, czy też może przedmioty codziennego użytku…

Instynkt „voyeurysty” bywa niebezpieczny. Przekonał się o tym Nikolas, młody pielęgniarz, który miał zwyczaj urozmaicać sobie codzienną drogę do pracy zaglądaniem w okna mijanych domów. Wśród osób, na które zwracał uwagę była młoda kobieta – lubił obserwować ją w czasie codziennych porannych przygotowań do wyjścia z domu. Tymczasem, pewnego mroźnego i śnieżnego poranka, jednego z tych wczesnozimowych, kiedy dni są tak krótkie, że wychodzi się z domu w ciemnościach i w ciemnościach się do niego powraca, okna tajemniczej nieznajomej są ciemne, a na śniegu przed jej domem Nikolas dostrzega ciemny kształt, niepokojąco przypominający ludzkie ciało. Zawiadamia policję, która na miejscu odkrywa ślady makabrycznej zbrodni… Rozpoczyna się pościg za mordercą, który nie tylko najwyraźniej chciał zabić młodą dentystkę, ale również ją upokorzyć (o czym świadczy ułożenie ciała)… A finał, do którego prowadzą zaskakujące zwroty akcji i 400 stron wypełnionych napięciem grającym na najwyższej strunie, jest naprawdę zaskakujący.

Kryminał Jana Seghersa należy do tego rodzaju kryminałów, które raczej nigdy mi się nie znudzą. Można o nim powiedzieć – klasyczny, bo autor nawiązuje w nim do najlepszych wzorów prozy światowej, a sama książka – choć zbrodnie sprawiają wrażenie makabrycznych – nie ocieka krwią. Seghers łączy w Pannie młodej w śniegu intrygującą zagadkę kryminalną, umiejętnie stopniowane napięcie, wyrazistych bohaterów i gorzką refleksję na temat pracy niemieckiej policji, pod którą podpisaliby się zapewne policjanci z każdego regionu świata (a na pewno Europy).

Miłośnicy kryminałów (nawet bez czytania informacji na okładce) bardzo szybko zorientują się w źródłach inspiracji Seghersa, których szukać należy przede wszystkim w kryminałach szwedzkich. Komisarz Robert Marthaler to „młodszy” (biorąc pod uwagę nie tyle wiek bohatera, ale czas wykreowania tej postaci) brat komisarza Wallandera. Z tym ostatnim łączy go wiek (obaj są po czterdziestce), problemy z wagą (a właściwie z nadwagą), zamiłowanie do muzyki klasycznej (ze szczególnym naciskiem na opery) oraz dobrych trunków, uczucie do cudzoziemki i miłość na odległość. Zamiast traumy rozwodu, Marthaler ma za sobą krótkie małżeństwo zakończone tragiczną śmiercią żony, które położyło się cieniem na jego życiu uczuciowym. Słynie również z wybuchowego temperamentu (interesujące przełamanie stereotypu poukładanego Niemca) i niewyparzonego języka. Jest wyrazisty i jako postać literacka może budzić jeśli nie sympatię, to przynajmniej zainteresowanie. Jako przełożony w życiu „rzeczywistym” – hmmm… mógłby być dosyć… trudny w pożyciu…

Refleksja na temat pracy w policji to ta część tej powieści, która zwróciła moją szczególną uwagę. Układy, układy, układy – konieczność balansowania na linie w relacji z przełożonymi, którzy, by budować swoją pozycję lub utrzymać nieskalaną reputację, nie mają skrupułów, by rzucić swoich podwładnych w charakterze żeru dla spragnionych sensacyjnych nagłówków reporterów (to kolejny kryminał, w którym dziennikarze to raczej wygłodniałe hieny niż ludzie z misją, co ciekawe – sam autor para się dziennikarstwem, zatem zakładam, że zapewne wie, o czym pisze ;) ).

Pracy niemieckiego policjanta z Frankfurtu również daleko jest do spektakularnych i błyskawicznych wyników rodem z amerykańskich seriali pod znakiem CSI. Często polega na mozolnym przesłuchiwaniu świadków, badaniu wielu tropów, błądzeniu wśród hipotez w poszukiwaniu wątłej nitki, która doprowadzi do rozwiązania sprawy. Mówi o tym Marthaler do młodego detektywa, który uczy się dopiero pracy w jego zespole:

Ale i tak większość rzeczy robimy na darmo. Musimy uzbroić się w cierpliwość. To najważniejsza cecha policjanta kryminalnego. Ciągle mamy wrażenie, że czas nam ucieka. Mimo to wciąż musimy zmusić się do czekania.

Cierpliwość to najważniejsza cecha policjanta. Tak jak pycha, przesadna pewność siebie i brawura to jego najważniejsze grzechy główne, których cenę płacą przeważnie kolejne ofiary bandytów, pozostawiając policjantom gorzki posmak wyrzutów sumienia. 

Praca policjanta wpływa również na jego relacje z otoczeniem. Czytam sobie kolejne kryminały i dochodzę do wniosku, że niewiele zawodów upośledza człowieka w kontaktach społecznych, jak zawód policjanta. Stąd nie pozbawione prawdy są gorzkie słowa pod adresem Marthalera wypowiedziane przez jednego z bohaterów:

Właściwie dlaczego nigdy nie trafiłem na policjanta, który zwyczajnie i bez podtekstów interesowałby się otoczeniem? Zawsze bije od was ta zatęchła nieufność. Ta ciekawość, w której wcale nie chodzi o nowe informacje, tylko o to, żeby coś obnażyć,, zawsze macie się na baczności, bo zakładacie, że każdy coś ukrywa. Dzielicie świat na „my” i „reszta”. I w razie wątpliwości kogoś takiego jak ja zaliczycie oczywiście do reszty – do cywilów, którzy w najlepszym przypadku są naiwnymi idiotami, w większości jednak potencjalnymi wrogami. (s. 108 – 109).

Warto również wspomnieć kilka słów o okładce. Ostatnio, na jednym z blogów natrafiłam na komentarz, że okładki kryminałów wydawanych przez Wydawnictwo Czarne są okropne. Faktycznie, ta, której dotyczył ten komentarz, była obrzydliwa – utrzymana w komiksowym stylu, przerysowana. No, po prostu brzydka. Okładka powieści Seghersa jest – moim zdaniem – przyzwoita. Nawet w pewnym sensie poetycka. Ale, niestety, przypomina mi obraz Maxa Ernsta, który był prawdziwą traumą mojego dzieciństwa. Znalazłam jego reprodukcję w encyklopedii, którą otrzymałam od mojego chrzestnego jako prezent z okazji pierwszej komunii. Obraz do tej pory wywołuje we mnie dreszcze (jak większość obrazów Ernsta, którego surrealizm rzeczywiście przypomina atmosferę przeniesioną z sennych koszmarów – gęstą, duszną i lepką, w przeciwieństwie do obrazów Dalego, który nie jest w stanie wywołać we mnie najmniejszego wstrząsu – mimo, że jako malarza bardzo go sobie cenię) i dopatruję się w nim jednego ze źródeł moich przedmałżeńskich koszmarów, które dręczą mnie po dzień dzisiejszy (pisałam o nich TUTAJ). Sami oceńcie:

max ernst

Kryminał Seghersa polecam wszystkim „sierotom” po Wallanderze. Nie zawiedziecie się. Jednocześnie lojalnie ostrzegam, że to druga część przygód komisarza Marthalera – o czym ja się przekonałam (ku swojemu strapieniu – mam bzika chronologicznego) dopiero w trakcie lektury. Zapewniam jednak wszystkich, że brak znajomości tomu pierwszego („Zbyt piękna dziewczyna”) w żaden sposób nie przeszkadza w czerpaniu przyjemności z lektury tomu drugiego, który to z kolei pogłębia tylko apetyt na zapoznanie się z tomem trzecim („Partytura śmierci”). Co też zamierzam prędzej czy później uczynić.




Wehikuł czasu

j.szern

Słonimski

Pisałam niedawno o Wielkich i niewielkich Krzywickiej i siłą rozpędu usiadłam po raz któryś tam do Alfabetu wspomnień Słonimskiego. Uczta…

Słonimski jest znany w podręcznikach jako poeta. Nawet w Alfabecie… podpisy pod zdjęciami konsekwentnie głoszą: „Poeta”. Błąd. Nawet najlepsze wiersze tego twórcy nie mają nawet w najmniejszym stopniu takiej siły rażenia jak jego felietony. Kiedy czytam jego poezję mam zwykle wrażenie, że forma go ogranicza, że wchodzi w rolę, która jest mu zupełnie nieprzyjazna i sam źle się w niej czuje – poety, który to staje na piedestale, to ten piedestał kontestuje. Stoi niejako, jak Donald Tusk w słynnym bon mocie Nelli Rokity, „w rozkroku”. To w felietonach i recenzjach ujawnia się zaangażowanie i pazur Słonimskiego, jego styl będący mieszanką uroczej bezczelności, wściekle ostrego poczucia humoru i inteligencji, której niewielu mogło dorównać.

Najbrzydszy (subiektywnie) ze Skamandrytów, ale za to obdarzony wściekłą inteligencją i niewyparzonym językiem. Uganiały się za nim podobno najpiękniejsze  kobiety szalonych lat dwudziestych i trzydziestych. Wcale mnie to nie dziwi, bo osobowością i inteligencją mógł Słonimski pobić na głowę największych ówczesnych amantów kina, teatru i salonów. A jeśli w alkowie był w stanie osiągnąć choć połowę tej giętkości i finezji, jaką prezentuje w swojej prozie... Baśnie tysiąca i jednej nocy – bez cenzury ;)

O ile felietony Słonimskiego – są dostępne w sprzedaży, o tyle Alfabet wspomnień, z niezrozumiałych dla mnie względów od lat nie był wznawiany. A szkoda, bo to książka ważna, pełna uroczych błyskotek, humorystycznych, subiektywnych, ale mimo wszystko cennych – bo przynoszących ze sobą perspektywę świadka. Pisany w latach 70-tych jest pozbawiony tego ciężaru i kontekstu epoki, który był obecny w Wielkich i niewielkich Krzywickich, i o którym przy okazji recenzji wspominałam. Inna sprawa, że wówczas Słonimski, pod wpływem swojego młodego sekretarza, pisał różne listy-protesty doprowadzające do białej gorączki ówczesnych polityków*.

Jako że pisał tę książkę Słonimski pod koniec życia, można spojrzeć na nią jako na swoisty obrachunek z przeszłością i próbę uporządkowania swoich wspomnień. Nadaje im Słonimski formę alfabetu i szeregując je nie według znaczenia i ważności, ale właśnie w porządku alfabetycznym.

To właśnie forma tych wspomnień może przyciągnąć uwagę czytelnika, ale również zadziwić tych, którzy znają chociaż pobieżnie dorobek autora. Sam Słonimski przyznaje, że choć w poezji uprawia formy tradycyjne, to jednak nie przestaje być „poszukiwaczem nowych form wyrazu”. Swoją decyzję o takim, a nie innym sposobie „podania” swoich wspomnień, uzasadnia we wstępie tak:

We wspomnieniach męczy czytelnika współczesnego stara konwencja prozy opisowej. Owe wszystkie „było to w zimny wieczór wiosenny” lub „działo się to w mroźny poranek lipcowy”. Pisząc o ludziach, i to w kolejności alfabetycznej, wyzwalamy się z tego balastu, omijać możemy osoby nie nadające się jeszcze do wspomnień lub już niewarte wspomnienia. Możemy od razu przystępować do rzeczy. (s. 5)

Forma ta może jednak w czytelniku zrodzić pewnego rodzaju konfuzję: jak czytać tę książkę? Oczywiście, można „kanonicznie” – od deski do deski. Pierwszy raz czytałam ją tak właśnie. Teraz jednak dochodzę do wniosku, że nie jest to jednak sposób najlepszy – przypomina to bowiem czytanie od deski do deski encyklopedii. W związku z tym proponuję sposób drugi – czytaj to, co cię interesuje. Wybieraj sobie hasła, błądź po alfabecie, zacznij od tego, co znasz – a na później zostaw sobie odkrywanie tajemnic. Szukaj w tej książce tego, co cię interesuje i przygotuj się na niespodzianki.

Słonimski bowiem, choć koncentruje się w swoich wspomnieniach na ludziach, potrafi zadziwić – a oto przykład:

DULSKA. Klacz. Jako „resident in England”, stale w Londynie grywałem na wyścigach. Kiedyś w stawce startującej w Ascot znalazłem konia, który nazywał się „Dulska”. Pewnie jakiś Polak, jak ja mieszkający w Anglii, uczcił tak bohaterkę arcydzieła Zapolskiej. Pomyślałem, że gdyby ta „Dulska” wygrała, a ja nie grałbym na nią, czułbym się zdrajcą narodowym i plułbym sobie w brodę do końca życia. Postawiłem dziesięć szylingów i wygrałem dwadzieścia sześć funtów. Ale oddałem te funty, bo „Dulska” już nigdy więcej biegu nie wygrała, a ja obstawiałem ją uparcie przez dwa sezony.

Nie tylko o ludziach i zwierzętach pisze Słonimski, ale również o miejscach, historii swojej rodziny, tekstach literackich... Pisze z dyskretnym humorem i swadą, często bywa kąśliwy i ironiczny. Jednocześnie jego wspomnienia mają ten błysk, który sprawia, że nie można go potraktować tak, jak często ma się ochotę potraktować niektórych starszych ludzi, którzy uparcie próbują nas zatrzasnąć w wehikule swoich wspomnień.

Moich ulubionych haseł nie będę cytowała nawet we fragmentach. Ale zdradzę, że na poprawę humoru niewiele mi tak pomaga jak wspomnienia o przygodzie Słonimskiego, Witkacego i Gucia Zamoyskiego w starym kinie czy przypadki Władzia Grabowskiego. I jeszcze np. prezenty imieninowe dla Makuszyńskiego. Mam tę książkę pod ręką zawsze, ilekroć sięgam po jakieś prace poświęcone okresowi dwudziestolecia międzywojennego – i wielbicielom tej epoki szczególnie Alfabet wspomnień polecam. Nie jest to, oczywiście, pełny obraz tej epoki (zwłaszcza, że Słonimski pisze również o czasach wojennych czy powojennych), ale doskonała lektura uzupełniająca.

Warto na koniec oddać głos samemu Słonimskiemu. Niech ten głos będzie i zapowiedzią, i przestrogą co nas czeka, kiedy zdecydujemy się wsiąść do jego wehikułu czasu:

Ostrzegam, że „Alfabet wspomnień nie jest wartościowaniem i nie może służyć za źródło informacji czy dokumentacji, gdyż są to moje najzupełniej osobiste wspominki, impresje czy impertynencje. Czasem będzie to zaledwie parę linijek, czasem parę stron poświęconych kolejnym hasłom. Pisząc o innych oczywiście biorę pod uwagę przede wszystkim samego siebie. Wspomnienia młodości często bywają złudne, jak wrażenia motyla z czasów, gdy był gąsienicą, lub wspomnienia suchego patyka z czasów kwitnących gałęzi. Oczywiście moje wspomnienia porównać by można do cyklu: gąsienica, poczwarka, motyl. Piszę tylko o ludziach nieżyjących. Z małymi wyjątkami, zwłaszcza gdy chodzi o cudzoziemców. Uprzedzam, że na żadne próby hermeneutyczne lub pieniactwa odpowiadać nie będę. (s. 6)

 ___

*) Wspomina o tym Tadeusz Konwicki w Portrecie jąkającego się chłopca (Zorze wieczorne), przy okazji charakterystyki Adama Michnika, który właśnie rzeczonym sekretarzem  („pierwszym sekretarzem” – jak podkreślał zawsze jego pracodawca) Słonimskiego był. Pisze o ich znajomości Konwicki tak:

I potem przez kilka lat stanowili z Antonim dziwny tandem. Słonimski zajmował pozycję i zażywał szacunku ojca narodu. Adaś krążył koło niego jak młodociany uczeń, adiutant czy oficer do specjalnych poruczeń. Antoni był potężnym starym rekinem, Adaś malutką płotką-pilotem.

(…) Antoni był człowiekiem wybrednym. Wybrednym również towarzysko. Uzbrojonym w zabójczy dowcip. To on przecież zdobył się na morderczą ripostę, kiedy zbliżył się do niego pewien krytyk proreżimowy i odezwał się z wahaniem: „Panie Antoni, pan mnie pewnie uważa za wielką świnię”. Na to Antoni: „O wielkości nie ma mowy”.

Więc ten Antoni, taki cierpki, taki nieprzystępny, taki już klasyczny i legendarny, więc ten Antoni przygarnął Adasia albo go Adaś podbił i zniewolił. I odtąd już chodzili we dwóch. Do kawiarni i podważać system. Do knajpy i wysadzać państwo w powietrze. (s. 202 – 203)



© bibliotheke
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci