Menu

bibliotheke

varia-cje

Rocznica :)

j.szern

Rok temu założyłam tego bloga. Było to moje trzecie podejście i dawałam sobie maksymalnie tydzień. Znana jestem ze słomianego zapału. Tymczasem wytrwałam już rok, napisałam o kilku książkach, poznałam (wirtualnie) grupę ludzi, którzy lubią pisać i rozmawiać o tym, co jest (poza spaniem) moją największą pasją.

Poza nowymi znajomościami, pisanie bloga zaowocowało zupełnie nowym spojrzeniem na książki. Czytam wolniej, uważniej – często z ołówkiem w ręku. Mam przy sobie kolorowe karteczki (powoli odzwyczajam się od zaginania rogów, ale niezupełnie), na których robię notatki. Więcej pamiętam, więcej kojarzę, więcej myślę o przeczytanych książkach. Przez ten rok odkryłam, że najbardziej lubię pisać o książkach z dystansu. Po miesiącu, dwóch, czasami po dłuższym czasie. Jak już mi się uleżą, przefiltrują, jak będę mogła sprawdzić, co mi zostanie z pierwszego zachwytu albo z konsternacji – jaki osad we mnie pozostawią (lub nie).

Dziękuję wszystkim, którzy przez ten rok towarzyszyli mi w tej wirtualnej przygodzie. Wpadali od czasu do czasu, czytali, komentowali – Wasza obecność zawsze była dla mnie ogromną motywacją. I jednocześnie mam nadzieję, że skoro wytrwałam do pierwszej, to wytrwam i do drugiej rocznicy.

Szampana wprawdzie dziś pić nie będę, ale i tak zamierzam uczcić ten dzień (a właściwie pozostały mi wieczór) - czytaniem thrillera (nadal odpoczywam od ambitniejszych lektur) i pisaniem recenzji ”Zatrutego ciasteczka” A. Bradley’a.

 

P. S. Jeżeli macie jakieś uwagi dotyczące wyglądu bloga – to chętnie o nich poczytam :) Zazdroszczę ludziom, którzy potrafią dodawać do bloga banery, bawić się szablonami – ja nadal jestem w tych kwestiach zielona. Ale jeśli będzie takie zapotrzebowanie – postaram się coś zmienić :)



24 godziny

j.szern

Dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane… Biorąc pod uwagę ilość moich postanowień (czynionych w duchu, sercu, czy tam w innym organie wewnętrznym), że będę systematycznie prowadziła bloga, dochodzę do wniosku, że moja droga do piekła będzie wyjątkowo długa, kręta i zarazem gładsza niż wszystkie polskie autostrady razem wzięte ;]

Plan na grudzień miałam ambitny – odrobić chociaż część zaległości. Tymczasem od ponad dwóch tygodni nie mam nawet siły, żeby na blog wchodzić, a co dopiero pisać. Na czytanie siłę znajduję – głównie w soboty, kiedy to zwijam się na fotelu i obgryzając paznokcie czytam rekreacyjnie literaturę przywracającą mi normalność – czyli kryminały.

Jestem mistrzynią w wynajdywaniu sobie powodów do odczuwania wyrzutów sumienia. Ale do tej listy nie chcę dodawać tego, co jest dla mnie przyjemnością – a nie obowiązkiem – czyli blogowania. Kiedyś napiszę o książkach, które czytam. Jak się wyśpię i zregeneruję, jak nabiorę dystansu do tego, co przeczytałam (bo najbardziej lubię pisać nie na bieżąco, ale po przetrawieniu – po sprawdzeniu, ile we mnie z książki zostaje po kilku miesiącach). To mój plan minimum i maksimum na święta. I wejdzie w życie już za dwadzieścia cztery godziny.

Kończę ogarnianie pokoju, segreguję książki (niech tymczasowy, świąteczny lokator ma zapewnione bezsenne noce), wybieram te, które zabiorę ze sobą do domu.

Jutro – jutro jeszcze chwila w pracy. A później iluzja kilku dni wolności i błogosławiona perspektywa łóżka i śmierci budzików.

***

Jestem dziś tak zmęczona, że moje odczucia/przemyślenia/wnioski dotyczące mojej konstrukcji psychicznej doskonale wyraża ta piosenka:

Jakość jest dziwna - bo to wersja koncertowa. Innej nie znalazłam. Mniej się dla mnie liczy wykonanie - a bardziej istotny w tym kontekście jest tekst.

Przypomina mi czasy głębokiej i wcale nie „błogosławionej” podstawówki. Wtedy tylko intuicyjnie przeczuwałam, czym jest dorosłość. Teraz odczuwam ją na własnej skórze. Mimo że dobiegam powoli (?) trzydziestki, nadal nie wiem, co oznacza to słowo. Chyba dostosowanie do zasad panujących w świecie. No to się staram dostosować - naprawdę - i przy okazji staram się nie słyszeć, jak podstępnie chrzęści mój kręgosłup. Kiedyś mawiałam, że prędzej pozwolę sobie złamać rzeczony kręgosłup, niż ugnę karku. Teraz już nie jestem tego taka pewna. Może jednak z wiekiem kości nabierają (paradoksalnie) pewnej elastyczności? Zatem - ta elastyczność to póki co moja definicja dorosłości. Wiem, nie jest zadowalająca. Macie jakieś inne propozycje?

Odnoszę też niekiedy wrażenie, że ludzie zbyt dosłownie biorą sobie do serca radę, żeby „kopać mnie w głowę” :) Ale jeśli to przyniesie mi „ozdrowienie” – to ja poproszę jeszcze kilka lat takich jak ten rok :) Wtedy na pewno będę zdrowa. Czy inni będą przy mnie szczęśliwi?... Nie wiem. I prawdę mówiąc – jak już się wyleczę z mojej wrodzonej naiwności (zwanej też przez niektórych idealizmem) – będzie to ostatnie pytanie, które będę sobie zadawać ;]



Ikonografia

j.szern

Katerina Lomonosov

 

Chce, żeby była właśnie tak ułożona. Postanowił ją ułożyć. Postanowił, że jej chce.

Tak to sobie ustalili. Sznury albo liny, pończochy, skórzane paski. Co jeszcze ustalili? Meble, kwiaty. Żeby podziwiać ładnie zestawione elementy, które razem mają tworzyć harmonijną, estetyczną całość.

Kiedyś tego nie chciała. Brać ją w pozycji, której nie lubiła, oznaczało władzę. Nawet jeśli jej się to podobało, musiała udawać, że nie. Potem miało jej się to spodobać. Zmusić, by robiła coś, czego nie lubi, a potem sprawić, by to polubiła, oznaczało jeszcze większą władzę. Największa władza jest wtedy, kiedy ona czegoś naprawdę nie lubi, ale ma się to jej podobać, z konieczności musi więc udawać.

To on sprawia, że ona to lubi, albo nie, albo udaje, że lubi – jest to ważne, ale nie najważniejsze. Najważniejsze jest, żeby ją stwarzać. Na nowo, z niczego. Od zera, tak jak sam zechce.

Nigdy nie będzie wiadomo, czy jej się to podoba, czy nie. Sama do tej pory siebie nie zna. Widać tylko skórę, uśmiech, beznamiętny , ale nieusuwalny, jak tatuaż. Trudno więc powiedzieć, a ona sama nie powie nigdy, nie umie. Nie robiliby tego, mówi on, gdyby tego nie lubili. To on ma ostatnie słowo. On tu rządzi.

Obserwuj siebie. Po to są lustra, a w tej opowieści znajdziesz właśnie motyw lustra. Lustra i strach – to trochę się rymuje, choć niedokładnie. Cofamy się w te współbrzmienia jak w bezpieczne dłonie.

***

Kolejny szkic Atwood z tomu (właściwie tomiku) Morderstwo w ciemności. Bardzo mi bliski. Nadeptujący na kilka moich odcisków.

Milcząca i nieświadoma siebie (kim jest i czego właściwie pragnie) kobieta. Jest jak liana. Suchy wiór, deska, na której ktoś wymaluje swoje pragnienia. Swój autoportret. Kieruje się sercem. A może wygodą. A może po prostu wyuczoną bezradnością.

A on? Przyczyna istnienia. Malarz jej nastrojów. Pigmalion. Prywatne jądro ciemności.

Atwood jest feministką tym feminizmem, który jest mi szczególnie bliski. Jest ironiczna. Ale również drażni, drażni… 

***

Autorką fotografii "Pigmalion", którą wykorzystałam w tym wpisie jest Katerina Lomonosov. Więcej jej prac można znaleźć TUTAJ. Trudno znaleźć mi słowa, którymi mogę je opisać... Są sugestywne... Urzekające.

 



Szykowanie trucizny

j.szern

szykowanie trucizny

Kiedy miałam pięć lat, sporządziliśmy z bratem truciznę. Mieszkaliśmy wtedy w mieście, ale pewnie gdzie indziej też zrobiliśmy to samo. Trzymaliśmy ją w puszce po farbie chowanej pod domem jednego z sąsiadów i dodawaliśmy do niej każdą trutkę, jaka tylko przyszła nam do głowy: muchomory, zdechłe myszy, jagody, jarzębiny, które pewnie wcale nie truły, ale tak wyglądały, i zbierane w tym celu siki. Kiedy napełnialiśmy puszkę, wszystko w niej było strasznie trujące.

Kłopot w tym, że jak już się miało truciznę, nie dało jej się tak po prostu zostawić. Coś trzeba było z nią zrobić. Nie chcieliśmy dodawać jej nikomu do jedzenia, ale potrzebny był nam jakiś cel, jakieś zakończenie. Problem polegał na tym, że brakowało nam kogoś aż tak znienawidzonego.

Nie umiem sobie przypomnieć, co w końcu się z nią stało. Czy zostawiliśmy ją pod narożnikiem tamtego drewnianego, żółto-brązowego domu? Czy cisnęliśmy nią w kogoś, w jakieś niewinne dziecko? Czy ten obraz małej buzi, który widzę, spływającej łzami i czerwonymi jagodami, i nagła świadomość, że trucizna okazała się w końcu trująca - to prawda? A może ją w końcu wyrzuciliśmy; czy naprawdę pamiętam czerwone jagody płynące rynsztokiem do przepustu, czy jestem niewinna?

A przede wszystkim - po co ją robiliśmy? Pamiętam radość z mieszania i dorzucania, tę atmosferę magii i spełnienia. Szykowanie trucizny daje tyle samo przyjemności, co pieczenie ciasta. Ludzie to lubią. Kto tego nie rozumie, nigdy niczego nie pojmie.

***

Tekst ten pochodzi ze zbioru Margaret Atwood, o którym ostatnio pisałam (Morderstwo w ciemności). Wersja pełna, nieskrócona.

Kiedy miałam pięć lat też szykowałam razem z moimi koleżankami truciznę. Robiłyśmy ją w plastikowych butelkach po słodkich jak ulepek i kolorowych napojach. Podstawowym jej składnikiem była - z tego, co pamiętam - stonka ziemniaczana. Nie pamiętam natomiast, dla kogo ją przeznaczyliśmy, ani co z nią zrobiłyśmy. Ale pamiętam tę radość z jej szykowania.

To niezwykłe - odnaleźć swoje wspomnienie z dzieciństwa opisane przez autorkę, która potrafi je ubrać w słowa lepiej niż ja :)

Też szykowaliście trucizny jako dzieci? Pamiętacie, z czego się składały? Dla kogo były przeznaczone? I co z nimi zrobiliście?

Słodko gorzki

j.szern

Lubię Grochowiaka. Z podobnych powodów, co Bursę – bo ma pazur i ogromną wyobraźnię liryczną. Wchodzę w jego wiersze jak w leśne tunele – bogactwo smaków, aromatów, barw i refleksji bywa często tak intensywne, że wystarczy mi jeden tekst aby się nasycić. I za chwilę - chcieć więcej :)

Poniższy wiersz jest słodko-gorzki. Słodki, bo traktuje o tym, co ostatnio lubię najbardziej – czyli o czytaniu. Gorzki, bo wizja czytelników zaprezentowanych w tym tekście budzi we mnie niepokój. Różne myśli kołaczą się w głowie. Na przykład refleksja, że ostatnio z książkami mi bardziej pod rękę niż z ludźmi. Że mając do wyboru wieczór ze znajomymi i wieczór z książką, coraz częściej tak naprawdę wybór pozostaje czysto teoretyczny (to jeszcze nie mizantropia, ale…). Że zaczynam bać się rozmów z ludźmi – a wolę "pogadać" z Umberto Eco czy Witkacym. Że potrzebuję w życiu stałości i poczucia bezpieczeństwa – a często są to ostatnie rzeczy, które mogę otrzymać od większości ludzi, a książki… One po prostu są. Pozwalają po sobie pisać. Pozwalają zaginać rogi. Pozwalają zabłądzić w zaułkach interpretacji i nie krzywią się, że znów czegoś nie zrozumiałam. Są cierpliwe. Gotowe do rozmowy i do ciszy.

I tak sobie się zastanawiam - czytając wiersz Grochowiaka – na ile moje czytanie (ostatnio) wynika z pasji i potrzeby kontaktu z literaturą, a na ile jest dla mnie terapią zastępczą chroniącą przed czołowym zderzeniem z życiem?

 

Stanisław Grochowiak

„Czytelnicy”

 

Niedojedzeni Niedośpieni Niedokochani

Mają zazwyczaj czerwone nosy i dłonie

I wpadają w stronice jak ćmy

I wymachują wielkimi głowami

 

Zapadli w studnię czasu w korytarze

Elsynoru Katakumb Pałacu hrabiego Rogera

Błądzą i mówią do Hioba „ty"

I jeżdżą samotrzeć na tłustych ogierach

 

Z Antygoną nad zwłokami z Odysem na masztach

Z Dawidem Copperfieldem nad nędzą i śledziem

Ooo umierają z Werterem i szaleją z Villonem

 

A życie im umyka ucieka z bibliotecznej ciszy

I tylko wszechświat dymi molami molami

Niedojedzeni Niedośpieni Niedokochani

Jeźdźcy bez głowy w galopadzie myszy



© bibliotheke
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci