Menu

bibliotheke

Od zmierzchu do świtu

Kobieta i mężczyzna

j.szern

Latem 2005 roku pojechałam do Warszawy. Miałam ambitny plan zakotwiczenia się w Bibliotece Narodowej na tydzień – dwa i szukania materiałów do mojej pracy magisterskiej. Nie przewidziałam tylko jednej rzeczy – że Narodowa zostanie zamknięta na czas akurat mojego przyjazdu. Pocałowałam klamkę – a właściwie – metalowe pręty ogrodzenia, poszwędałam się po parku i wróciłam do mieszkania koleżanki. Kolejny tydzień spędziłam jeżdżąc autobusami po mieście, którego nie znam i które mnie trochę przytłaczało (było niemiłosiernie gorąco… ale ja bardzo lubię jeździć autobusami), wydając ostatnie grosze na filmy dodawane do gazet i czytając. Kiedy moja koleżanka siedziała pracy, ja wylegiwałam się rano w łóżku z książkami.

Czytałam wówczas S@motność w sieci Janusza Leona Wiśniewskiego i frustrację spowodowaną tą lekturą przegryzałam Wywiadem z wampirem Anne Rice. Gdyby nie to, że książkę Wiśniewskiego znalazłam na półce u koleżanki (bestseller czytany z niejakim opóźnieniem – jakie to dla mnie typowe), pewnie przefrunęłaby kilka razy przez pokój zawadzając o meblościankę naprzeciwko. Wszystko irytowało mnie w tej książce. Bohaterowie skrojeni na miarę dla czytelniczek babskich czasopism "ą" i "ę", fabuła - nagromadzenie historii miłosnych pozbawionych happy endu, kompozycja – meandry opowieści, wśród których przed zgubieniem chronił mnie najwyraźniej św. Krzysztof… Wszystko to podlane sosem – nie czułości, tylko czułostkowości… Brrr… Strasznie się wymęczyłam i poświęciłam całą godzinę na cichą medytację poświęconą temu, co ze mną nie tak, skoro tysiące czytelników (a raczej czytelniczek) wypłakiwało oczy i zostawiało nosy w chusteczkach jednorazowych, a po mnie ta opowieść spłynęła…

Z reguły nie jestem pamiętliwa i nawet autorom, których pierwociny nie przypadły mi do gustu, daję kolejną szansę. Przeczytałam zatem Los powtórzony (nuda, wszystko już było), Martynę (Jezu, co za trauma) i Zespoły napięć (jak wcześniej). Żaden autor, który mnie nie zachwycał nie dostał ode mnie tylu szans co Wiśniewski. 188 dni i nocy przeczytałam tylko dlatego, że ta książka ma współautorkę w postaci Małgorzaty Domagalik, a kiedyś kupiłam tę książkę z gazetą na straganie (książka w charakterze dodatku, gazeta – do wanny) i od tamtej pory leżała u mnie dopóki nie wpasowała się tytułem do „nocnego wyzwania”.


 M. Domagalik & J. L. Wiśniewski

 

188 dni i nocy to nie powieść ani opowiadanie, nawet nie felieton – dla odmiany dostajemy zbiór listów, które wymieniali między sobą żywi i istniejący nie tylko na papierze ludzie. Z Małgorzatą Domagalik Wiśniewski porusza całe spektrum tematów dla siebie charakterystycznych – znajdziemy tu rozważania o kobietach i kobiecości, mężczyznach i męskości, samotności, Internecie, podróżach, seksie, anatomii (kobiecej i męskiej), spacerach, genetyce, bezdomnych, pisaniu, rodzinie, feminizmie, seksie, przemijaniu, dzieciach, orgazmie, krytykach literackich, Warszawce i innych miejscach, Kinsey’u, ewolucji, popularności, szczęściu, nieszczęściu, itp. Ergo – standard. Nie tematyka jednak w tej książce mnie zainteresowała, ale portret ludzi, który się z ich wzajemnej korespondencji wyłania. Niezgodnie z tytułem wpisu i wbrew zasadom savoir-vivre'u ;)

Mężczyzna …

Janusz Leon Wiśniewski. Człowiek sukcesu. Ma żonę, o której niewiele pisze i córki, o których pisze nieco więcej. Ma pracę, która dostarcza mu satysfakcji. Podróżuje. Niby wrażliwiec – nadstawia ucha i słucha zwierzeń żebraków i kobiet. Feminista, który zaglądając kobietom głęboko w oczy i w duszę, nie omieszka również zajrzeć im w dekolt i pod spódnicę. Niby spełniony – a jednak wybija się w jego wypowiedziach jakiś kompleks. Olśniewa wiedzą z genetyki, anatomii, psychologii czy ewolucji, przytacza liczby, powołuje się na statystyki – a przez to wszystko przebija się prośba chłopczyka, który chce zaimponować swojej rozmówczyni. „Doceń mnie! Podziwiaj mnie!” – mówi między słowami. Niby jest zainteresowany kobietą, do której pisze, ale tak naprawdę tańczy taniec wokół prywatnych luster – przegląda się w swoich słowach i kontempluje swój pępek. Boli go krytyka jego powieści – włożył w nie tyle serca i pracy, a źli krytycy z Warszawki nie potrafią tego docenić. Dlatego tym bardziej cieszy się, że doceniają go czytelnicy, pardon – czytelniczki. I dlatego też jest w stanie zrobić dla nich wiele – nawet przejechać kilkaset kilometrów z Niemiec do Polski, żeby sprawić niespodziankę jednej z nich. Zadaje Małgorzacie Domagalik takie pytania, od których skręca mi się żołądek („Który raz był dla Pani ważniejszy – ten pierwszy czy ten ostatni?”, „Jaki mężczyzna wywołał u Pani ostatnio zachwyt?", Czym była dla Pani utrata dziewictwa?"). I jest czułostkowy. Mdląco i nadmiernie czułostkowo-wrażliwo-romantyczny.

A jednocześnie – przy całej stereotypowości przełamywania stereotypów, przy całej mdławej czułostkowości, przy całym jego naukowo-erudycyjno-olśniewającym wodolejstwie – potrafi zaskoczyć celnym zdaniem czy uwagą. Wplecioną gdzieś mimochodem – jak rodzynki w zakalec – zdania te udowadniają, że w Wiśniewskim tkwi potencjał na pisarza, a nie tylko zbieracza anegdot i wyciskacza kobiecych łez i portfeli.

Dlatego mam żal – nie do niego, lecz do jego czytelniczek. Bo to ich bezkrytyczne uwielbienie sprawia, że kopniaki, które dostaje od krytyków literackich (którzy bynajmniej nie są krytykantami) spływają po nim, jak deszcz po kaczce. Lud się nie myli – wnioskuje z właściwą sobie logiką pisarz. Skoro go kupują, skoro go podziwiają, to znaczy, że to, co robi ma sens i jest dobre. Nie jest – bywa, w okruchach, w dotknięciach – broni się zdaniami, ale nie ogółem. Jednak dopóki czytelnicy nie otworzą szeroko oczu i nie dostrzegą, że teksty Wiśniewskiego to fasada, smutny parawan, który kryje NIC lub najwyżej NIEWIELE (kilka prawd oczywistych i kompleksy autora), dopóty Wiśniewski nie pójdzie dalej i nie rozwinie się jako pisarz. Szkoda by było – bo pamiętam, że podobne wrażenie jak jego książki, czyniły na mnie pierwociny talentu Remarque’a. Tyle, że do prozy tego ostatniego z jego najlepszych czasów, będę wracać, a o prozie Wiśniewskiego chcę póki co jak najszybciej zapomnieć.

… i kobieta

Małgorzata Domagalik. Wyważona i ostrożna. Rozsądna. Zdystansowana. Jej odpowiedzi są krótsze, bardziej treściwe – pisane z pewnym dystansem – do siebie i do rozmówcy. Nie brak jej zaangażowania, ale potrafi znaleźć słowa, którymi je wyrazi tak, żebym nie dostała kolejnej fali mdłości. To kobieta z klasą. Właśnie – kobieta. Przez wielkie K. Żadna tam rozedrgana siusiumajtka, które na pęczki powołuje do życia Wiśniewski. Jest osobą spełnioną, a nie poszukującą. Szczęśliwą – trudnym i wypracowanym szczęściem, którego cenę zdążyła poznać – a nie smutno-zamyślona. Nie pije po nocach red bulla z whisky w biurze i nie zaczepia obcych osób w Internecie. Jest feministką, ale nie pali stanika i nie łamie obcasów w butach. Pewna siebie i swojej wartości, dobitnie mówi o swoich poglądach – bez uniesień i krzyku. Feministka – ale, jakby ją określił mój znajomy – po prostu normalna kobieta. Nawet na pytania Wiśniewskiego odpowiada w taki sposób, że nie można odmówić jej klasy.

To sól i pieprz (i każda inna możliwa, wyrazista przyprawa) tej książki.

***

Czytałam u kogoś, że można ominąć spokojnie listy Wiśniewskiego i skupiać się na tym, co pisze Domagalik. Nie wiem, czy to dobra metoda lektury tej książki – nie próbowałam, przeczytałam ją kanonicznie – od deski do deski. Mam co do niej pewne wątpliwości – bo to Wiśniewski głównie inicjuje dyskusję, narzuca tematy, do których Domagalik się ustosunkowuje. Ten sposób lektury z pewnością sprawia

To, że czytałam książkę „kanonicznie”, nie oznacza, że nie miałam niekiedy ochoty przewrócić kilku stron i opuścić tematów, których rozważanie mnie nie interesowało. To też jest jakiś sposób na poradzenie sobie z tą książką – można zawsze przeskoczyć dalej, bez większej szkody dla odbioru całości. Nie traci się wątku – bo fabuły tutaj nie ma.

Chociaż… Jak się dłużej zastanawiam nad tym – to właściwie jest tu fabuła. Bo pomiędzy słowami tych listów ukryta jest historia rodzącej się przyjaźni pomiędzy kobietą i mężczyzną. Przyjaźni pozornie niemożliwej – bo przyjęło się sądzić, że taka relacja jest tylko i wyłącznie preludium do „czegoś” więcej. Przyjaźni, która nie może istnieć nie tylko ze względu na płeć piszących, ale również ze względu na odległość między nimi i sposób wymiany myśli (e-maile).

Tymczasem – na przekór stereotypom i obiegowym opiniom, ta przyjaźń się rozwija. Możemy obserwować jak obie strony otwierają się coraz bardziej, rezygnują z pierwotnego dystansu, stopniowo budują zaufanie. Różnią się w poglądach, ale potrafią się „pięknie różnić” – nie zgadzać się i dyskutować bez wzajemnego obrażania się i inwektyw. Z szacunkiem. Bez chwytów poniżej pasa typu: „myślisz jak baba”, „oto poglądy typowego samca”. Na przekór stereotypowi.

Powraca tu znów pytanie – czy przyjaźń pomiędzy kobietą i mężczyzną jest możliwa? Moim zdaniem – jest. Jeśli obie strony żyją w poczuciu satysfakcji i otwierają się na siebie nie z potrzeby kompensowania sobie strat w życiu (nieudanego związku, niepowodzeń w pracy, itp.) wówczas znika przeszkoda w postaci ryzyka nadmiernego zaangażowania się z podtekstem.

Podobnie jest ze znajomościami w Internecie. W sieci, w której czas i przestrzeń przestają mieć istotne znaczenie, jest miejsce na swobodną wymianę myśli. Można tu poznać drugiego człowieka – to, na ile, zależy oczywiście od stopnia szczerości i otwartości obu stron. Nie jestem jednak zwolenniczką opinii, że prawdziwa rozmowa może odbywać się tylko twarzą w twarz. I w ten sam sposób jedynie może się rodzić „prawdziwa” więź pomiędzy ludźmi.

Inna sprawa to to, na ile autorzy listów zawartych w 188 dniach i nocach są  ze sobą i z czytelnikami szczerzy. Czy już rozpoczynając korespondencję któreś z nich myślało o jej wydaniu? Czy dokonywali skrótów, poprawek w swoich wiadomościach, kiedy zdecydowali się je upublicznić i wydać? A może są jakieś wiadomości, które zdecydowali się pominąć – bo były zbyt intymne i nie przeznaczone dla tłumu czytelników?

Warto było – mimo że Wiśniewski pozostaje Wiśniewskim i nie różni się prywatnie nijak od tworzonych przez siebie bohaterów – sięgnąć po tę książkę. Choćby po to, żeby zastanowić się nad ilością szans, które się daje pisarzowi. Dla Małgorzaty Domagalik. Dla możliwości obserwowania rodzenia się przyjaźni, która wydaje się być niemożliwa. Dla obserwacji zderzenia dwóch spojrzeń na świat i ludzi – spojrzeń kobiety i mężczyzny.

Inna sprawa, że kiedy myślę o tym, kto jest kim w tej relacji, zaczynają mnie ogarniać poważne wątpliwości. Bo Domagalik wydaje mi się być niepokojąco bardziej męska niż J. L. Wiśniewski… ;)

 



Życie ukryte w słowach

j.szern

 

margaret atwood

 

Nadal dziwię się, jakim cudem książkę Atwood czytałam przez kilka miesięcy zamiast w dwie godziny w czasie leniwego popołudnia. Czytałam jeden tekst – odkładałam – przegryzałam czymś innym – wracałam. I abarot. Morderstwo w ciemnościach to niepozorna książka, która kryje w sobie kilka pułapek. Warto jest mieć ich świadomość, żeby uniknąć ewentualnych rozczarowań i skoncentrować się na li jedynie smakowaniu tekstu.

Pierwszą  pułapką jest tytuł. Sugestywny, owszem, jednak ci, którzy się spodziewają sążnistego kryminału – lub chociaż opowiadania detektywistycznego – srodze się rozczarują. Nie ukrywam, że mimo przeczytania w Internecie opisu tej pozycji, w którym nie było ani słówka o wątkach kryminalnych, ale po cichu liczyłam, że jednak coś wyłuskam. Nie wyłuskałam.

Bo „morderstwo w ciemności” to metafora. Gra*, w którą bawiła się Atwood dwa razy – najpierw jako młoda dziewczyna, a później już jako osoba dorosła, zamienia się w opowieść o relacji pisarz – czytelnik/krytyk:

Powiedzmy, że mordercą jest pisarz, czytelnik jest detektywem, a książka będzie ofiarą. Albo mordercą jest pisarz, detektywem krytyk, a ofiarą czytelnik. W takim przypadku książka stałaby się też scenografią, łącznie z lampą, która niby przypadkiem przewróci się i potłucze. Ale naprawdę fajniej jest po prostu w to grać.

Tak czy siak, to ja stoję w ciemności. Mam jakiś plan, knuję straszliwą zbrodnię, już wyciągam ręce do twojej szyi albo, przez pomyłkę, do uda. Zbliżam się, słyszysz moje kroki, mam na sobie wysokie buty, trzymam nóż, a może to jest rewolwer z perłową rękojeścią, w każdym razie buty mają bardzo miękkie podeszwy, widzisz filmowy błysk mojego papierosa, chociaż wiesz, że nie palę. Papieros rozżarzy się i zgaśnie w mglistym mroku ulicy czy pokoju. Pamiętaj tylko, że gdy w końcu ucichnie krzyk i zapalisz światło, ja zawsze muszę kłamać. Takie są reguły gry.

Więc – czy mi wierzysz?

Jest w tych słowach zaproszenie, ale i ostrzeżenie. Przychodzi ono w środku tego zbioru, kiedy czytelnik już może odnieść wrażenie, że czegoś się o Atwood dowiedział – ostatecznie sprawia wrażenie, że wykorzystuje ona wydarzenia ze swojego życia, by snuć swoje opowieści. W świetle tych słów o grze w „morderstwo w ciemności” określenie „sprawia wrażenie” jest jak najbardziej zasadne.

Drugą pułapką jest treść. Z okruchów wspomnień, z codziennych drobiazgów, z dotknięć i migawek życia czy literatury, Atwood potrafi wydobyć drugie, trzecie, ba, nawet i czwarte dno. Czy pisze o dzieciństwie, czy o książkach, czy o sztuce pisania, czy o podróżach – unika przekleństwa łopatologiczności. Jej teksty są pretekstem do rozważań nad naturą stereotypu, życia, śmierci, kobiety, pisania, zderzenia z inną kulturą, itp. Są zarazem pełne niedopowiedzeń – stwarzają olbrzymią przestrzeń, którą czytelnik musi wypełnić sobie samodzielnie – pracą własnej wyobraźni i myśli. Zwłaszcza pierwsza część wypełniona jest symbolami, a to, w jaki sposób je zinterpretuje, jest jego wyborem. Musi tylko pamiętać o tym, że jest to też element gry – a morderca czyha na niego w ciemnościach.

Wreszcie trzecia pułapka - forma. Nie jest to powieść. Trudno nazwać ten zbiór tekstów opowiadaniami. Ci, którzy bowiem liczą na fabułę, chociaż szkicowo zarysowanych bohaterów czy wartką akcję – rozczarują się. Większość tekstów zajmuje jedną stronę. Kilka jest dłuższych. Nie mniej jednak stanowią one bardziej próbę uchwycenia ulotnych myśli, medytację nad zagadnieniem niż   Bliższa prawdzie nazwa to szkice lub obrazy. A może nazwać teksty Atwood impresjami? Okruszkami? Mikroesejami? Rozpacz genologa – podobna do tej, którą opisywał Tatarkiewicz w przypadku badacza starającego się zdefiniować pojęcie „romantyzm” - staje się moim udziałem, kiedy próbuję określić formę tych tekstów.

Ostatni rok to dla mnie czas odkrywania krótkich form literackich. Zawsze lubiłam poezję – właśnie za jej dar kondensacji. Za to, że w kilku słowach jest w stanie zawrzeć paradoks istnienia, bólu, śmierci, radości. Mimo to – kiedy wybierałam sobie kolejne lektury – patrzyłam zwykle na ich objętość. Opowiadanie, krótkie formy – to były dla mnie przystawki do sutego obiadu. Im grubsza książka – tym większa radość – myślałam. W zetknięciu z tekstami Atwood – i innych pisarzy, których miałam okazję w krótkich formach ostatnio sprawdzać – ta zasada nie znalazła potwierdzenia. Atwood bowiem potrafi nasycić jedną stronę tekstu taką ilością treści, jakiej często nie wyciskam z wielowątkowej, pisanej z epickim rozmachem powieści. To, co inni podają niekiedy w dawkach homeopatycznych, wielokrotnie rozcieńczone, ona ogranicza i kondensuje do granic możliwości. Może właśnie w tym tkwi tajemnica mojego nowego czytelniczego rekordu: najkrótsza książka czytana przez długi czas?

Jedna tylko rzecz nadal mnie gnębi – być może umyka mi ona, bo jestem humanem-tumanem i pozornie nieskażonym iskrą matematyczną. Na okładce bowiem znalazła się tajemnicza zapowiedź: „w dziesięciu krótkich opowiadaniach”... A ja teraz sobie siedzę i dumam: jakich u licha dziesięciu? Kombinuję w tę i z powrotem ze spisem treści. Jak wół: cztery części wyróżnione cyframi rzymskimi, dwadzieścia siedem tekstów… Nie widzę czwórki – chyba, że została ona domyślnie przypisana autorce, jako symbol doskonałości ziemskiej. Jeśli tak – to zgadzam się, jej teksty są doskonałe. Każdy z nich jest więcej wart, niż dorobek życia całkiem pokaźnej armii pisarzy.

To moje pierwsze spotkanie z kanadyjską pisarką. Pierwsze, ale nie ostatnie – na półce czekają jeszcze Kobieta do zjedzenia i Pani wyrocznia. Pewnego dnia się doczekają. Doigrają :)

___

*) Atwood podaje następujący opis tej gry:

Zwijamy kawałki papieru i wrzucam do kapelusza, do miski albo kładziemy na środku stołu. Każdy wyciąga jeden zwitek. Kto wyciągnie x, jest detektywem, kto znajdzie czarną kropkę, jest zabójcą. Detektyw wychodzi z pokoju i gasi światło. Wszyscy krążą po omacku po pokoju, póki morderca nie wybierze ofiary. Może jej szepnąć: „nie żyjesz”, albo objąć dłońmi za gardło i ścisnąć na niby, ale zdecydowanie. Ofiara krzyczy i pada na ziemię. W tym momencie wszyscy stają w miejscu, prócz mordercy, który oczywiście nie chce dać się złapać. Detektyw liczy do dziesięciu, zapala światło i wchodzi do pokoju. Może teraz przesłuchiwać każdego, oprócz ofiary, której nie wolo odpowiadać, bo nie żyje. Wszyscy poza mordercą muszą mówić prawdę. Morderca musi kłamać. (s. 40)



Przed zachodem słońca

j.szern

Tadeusz Konwicki

Przeczytać Zorze wieczorne to jak wybrać się na spacer po lesie* z Konwickim u boku. Dzień zbliża się ku końcowi, las zmienia swoje oblicze – jego twarz staje się tajemnicza, jakby oczekiwał na swoje drugie, nocne życie.

Tak, jak nie ma jednego, właściwego sposobu spacerowania po lesie, tak nie ma jednego, właściwego sposobu czytania tej książki. Można zbadać metodycznie każdą drogę, ścieżkę i ścieżynkę. Można sobie z ich labiryntu wybrać jedną i nią podążać w czasie wędrówki. Można pójść na spacer bezinteresownie, by później wyjść z lasu z naręczem liści, jagód, grzybów. Można pójść by odkryć porządek w chaosie – lub chaos w pozornym porządku. Można odczuć ukojenie lub wręcz przeciwnie – przytłoczenie barwami, odgłosami, wrażeniami.

Stąd można przeczytać tę książkę od deski do deski lub skupić się na tropieniu kręgów tematycznych. Można przeczytać opowiadanie Kilka dni wojny, o której nie wiadomo, czy była . Można skupić się nad refleksjami Konwickiego o warsztacie pisarskim. Można wybrać sobie soczyste i niekiedy złośliwe, złożone bardziej z dotknięć i anegdot - portrety (do wyboru: Portret mężczyzny w kolorowych skarpetkach – Tyrmand, Portret jąkającego się chłopca - Michnik, Portret kobiety w cieniu – Zofia Łuczek czy Portret zbiorowy mojej rodziny – Konwiccy). Można wyruszyć wraz z Konwickim w podróże – do Japonii, Australii, po muzeach. Można obserwować wraz z nim zmienność przyrody za oknem i dziwić się nad stałością i zmiennością świata… Te kręgi wyłaniają się jednak dopiero z czasem – z morza porzuceń i dygresji, odstępstw od tematu, tworzących wrażenie chaosu, który dopiero czytelnik – cierpliwą pracą zaczyna porządkować. Jak w lesie – początkowo widzimy mnogość roślinności rozrzuconej wokół nas – a dopiero później zaczynamy – nazywając drzewa, zwierzęta, rośliny poszycia – odkrywać w tym chaosie porządek i strukturę.

Polecam czytanie niezobowiązujące. Bez przygotowania. Weź tę książkę i się nią baw. Czytaj na wyrywki. Może tam, gdzie Ci się otworzy. Prowadź z nią dialog. Konfrontuj z nią własne myśli. Zaginaj śmiało rogi – bo Konwicki zagnie Cię nie raz, i nie dwa.

Konwicki to rozmówca uroczy, prawdziwy dżentelmen, erudyta i gawędziarz. Nieustannie – pomimo lat i doświadczeń – zdziwiony życiem. Bywa ironiczny. Czy komentuje rzeczywistość za oknem, czy powraca wspomnieniami do przeszłości, czy snuje refleksje na temat literatury – zawsze pozostaje sobą. Ujmuje skromnością.  O sobie mówi, że jest wiecznym debiutantem, który karierę literacką rozpoczyna na nowo – wraz z kolejnymi książkami. Imponująca bibliografia nie daje mu biegłości, bo każdy tekst jest dla niego wyzwaniem.

Konwicki pełni w tej wędrówce przez tekst rolę nie tyle przewodnika, co towarzysza. Pozostawia czytelnikowi większą swobodę niż np. Cortázar w Grze w klasy. Możesz czytać tak, albo tak – wybieraj, mówi Cortázar podając usłużnie ściągawkę z numerami i prowadzi czytelnika przez tekst. Konwicki tego nie robi, bo jego książka nie ma charakteru fabularnego. Można przeczytać ją w całości i nie wynieść z niej nic, poza wrażeniem chaosu. Można przeczytać jej fragmenty i poczuć – że oto, w tym lesie – otworzyły się przed nami nowe perspektywy, nowe horyzonty myśli.

Takie książki pociągają mnie bardziej niż dzienniki, pamiętniki czy biografie. A zwłaszcza biografie – z ich chronologią, próbą przeniknięcia tajemnic, interpretacją, wypełnianiem luk, próbą uporządkowania tego, co wydaje się być nieuporządkowane – życia.

Zorze wieczorne to w kontekście kalendarium twórczości Konwickiego dość przewrotny tytuł. To jeden z ostatnich jego tekstów – przed zamilknięciem, które trwa od połowy lat 90-tych. Konwicki daje w Zorzach… dojść do głosu dojrzałej mądrości. Z uśmiechem mówi o swoim wieku – ale nie natrętnie. O nadchodzącym zachodzie słońca mówi słowami człowieka, który przeżył bogate, piękne życie, bez rozdzierania szat – ale z wewnętrzną uczciwością. Mówi jako człowiek, który popełniał błędy – ale też potrafi się do nich przyznać. Kokietuje odbiorcę swoim wiekiem – ale robi to w sposób uroczy i nienachalny. Pozostawia czytelnikowi delikatne poczucie niedosytu i apetyt na kolejne spotkania.

Przede mną jeszcze niejedna wędrówka z Konwickim, który „zmierza powoli na zachód” – bo poznawszy las Zorzy wieczornych mam ochotę teraz przejść się każdą z odkrytych ścieżek i zbadać uważniej – dokąd jeszcze może mnie zaprowadzić. A później pójdę na kolejny spacer – z innym, młodszym nieco Konwickim, który opowie mi o Kalendarzu i klepsydrze. Bardzo, bardzo dużo  obiecuję sobie po tym spotkaniu ;)   

___

*) Zorze wieczorne to sylwa (łac. silva rerum – las rzeczy), gatunek literacki szczególnie popularny w okresie staropolskim. Charakteryzuje się różnorodnością tematyczną. W sylwach, obok zapisków dotyczących spraw związanych z życiem codziennym, pojawiały się teksty refleksyjne oraz literackie, informacje o losach rodziny, przepisy kulinarne, dowcipy, itp.



W głębi lasu

j.szern

tana french

O tym, że niebezpiecznie jest iść ze mną na zakupy do dyskontów przekonują się co jakiś czas kolejni znajomi. Podczas gdy oni przygotowując się do imprezy żeglują w kierunku stoisk procentowych i zakąsek, mnie znosi w kierunku koszów z napisem „tania książka”. To nie jest działanie celowe z mojej strony – nawet w sklepach, których nie znam, jestem w stanie tam trafić bezbłędnie. Podobno mam szósty zmysł – nawet z odległości kilometra wyczuwam książki ;)

W czasie jednej z takich eskapad (po mleko, piwo i zakąski) wyłowiłam z kosza powieść Tany French Zdążyć przed zmrokiem. Nic nie wiedziałam o tej autorce, nie czytałam wcześniej żadnej jej książki – a  do opisów na okładce podchodzę zwykle z nieufnością. Zwłaszcza takich opisów:

Zdążyć przed zmrokiem, inteligentny thriller psychologiczny o niesamowitym, zaskakującym zakończeniu, to rewelacyjny debiut irlandzkiej pisarki i aktorki, absolwentki słynnego Trinity College w Dublinie. Książka Tany French otrzymała najwyższe wyróżnienie przyznawane w tej kategorii literackiej – amerykańską Nagrodę Edgara za najlepszą powieść kryminalną roku 2007.”

Odstrasza mnie zwykle taka ilość takich przymiotników. „Ą” i „ę” – nie raz, i nie dwa się nacięłam na opisach z okładek, które obiecywały złote góry, a ich zawartość bardziej przypominała tombak. Nie wyleczyłam się z naiwności w kontaktach z ludźmi, ale nauczyłam się dystansu wobec entuzjastycznych pochwał wypisywanych na okładkach.

Kiedy nie jestem pewna, czy okładka mnie zachęca czy zniechęca, pozostaje mi zwykle do wykonania ostatni test – test pierwszej strony. Jeśli spodoba mi się styl, melodia zdań, jeśli autor czymś mnie zaintryguje – kupuję książkę i muszę przyznać, że dotąd nie rozczarowałam się jeszcze przy stosowaniu tej metody.

A oto, co znalazłam na pierwszych stronach Zdążyć przed zmrokiem:

Wyobraźcie sobie lato prosto z planu filmowego o dojrzewających nastolatkach w małym miasteczku z lat pięćdziesiątych. Żadną tam irlandzką, subtelną przyprawę, która została zmieszana na użytek podniebienia konesera, żadne niuanse akwarelowe ze szczyptą chmur i delikatnego deszczu, to lato pełną gębą, ekstrawaganckie w gorącym, czystym, jedwabistym błękicie. Eksploduje na języku i smakuje przeżutymi źdźbłami trawy, potem, herbatnikami z masłem, które przecieka przez dziurki, i czerwoną oranżadą ze wstrząśniętej butelki, konsumowanymi w domku na drzewie. Smaga twarz wiatrem podczas jazdy rowerem, jest biedronką maszerującą po ramieniu, z każdym oddechem pakuje do ust zapach skoszonej trawy, wydyma bieliznę wiszącą na sznurach, dzwoni i tryska nawoływaniem ptaków, bzyczeniem pszczół, szelestem liści, dźwiękami uderzeń piłki i monotonnym recytowaniem podczas skakania przez skakankę: Raz! Dwa! Trzy! To lato nigdy się nie skończy. Każdego dnia zaczyna się od melodyjki samochodu z lodami i pukania najlepszego przyjaciela do drzwi, kończy się długo i powoli zapadającym zmierzchem i sylwetką matki, wołającej do domu, gdy nietoperze przenikliwie piszczą wśród czarnych koron drzew. To lato wystrojone i w pełnej krasie.

Wyobraźcie sobie labirynt czyściutkich domków na wzgórzu, zaledwie kilka kilometrów od Dublina. Któregoś dnia, jak zadeklarował rząd, powstaną tu tętniące życiem cuda infrastruktury podmiejskiej, doskonale rozplanowane rozwiązanie, które zaradzi przeludnieniu, wzrastającemu poziomowi biedy i wszelkim bolączkom miejskim, ale teraz to tylko garstka sklonowanych bliźniaków, na tyle jeszcze nowych, że wyglądają olśniewająco i nieporadnie na wzgórzu.

(…) To było dziesięć lat temu, a mętny blask jarzeniówek centrów handlowych i domów kultury przywoływany pod nazwą „infrastruktura" jak dotąd jeszcze się nie zmaterializował (mniej ważni politycy od czasu do czasu grzmieli w parlamencie o podejrzanych interesach z ziemią). Rolnicy nadal wypasali krowy po drugiej stronie drogi, a noc zapalała rzadką konstelację świateł na sąsiednich wzgórzach, za osiedlem, gdzie pewnego dnia na planach pojawi się centrum handlowe oraz zadbany skwer; osiedle zajmuje dwa i pół kilometra kwadratowego ziemi, wokół której rozciąga się od wieków las.

Przenieśmy się bliżej, ruszmy za trójką dzieci, które wdrapują się na cienką przegrodę z cegieł i zaprawy, oddzielającej bliźniaki od lasu. Ich ruchy są doskonałe w niewidoczny sposób, są sprawni i nieskrępowani, niczym lekkie samoloty. Białe tatuaże - błyskawica, gwiazda - połyskują bielą w miejscu, gdzie jeszcze niedawno był plaster, a teraz skórę opala na brązowo słońce. Wiatr rozwiewa blond włosy: stopień, kolano na murze, do góry, przez mur i znika.

Las to jedno wielkie migotanie i szept, i iluzja. Jego cisza jest puentylistycznym spiskiem miliona głosików - szelestów, podmuchów, bezimiennych zduszonych pisków; jego pustka obfituje w tajemne życie, umykający z tupotem cień dostrzegany kątem oka. Uważaj: pszczoły prują do i z gniazd w szczelinach dębu, zatrzymaj się, odwróć pierwszy lepszy kamień, a zobaczysz dziwną larwę, która się wije z irytacją, a tymczasem na nogę wmaszeruje ci sznur pracowitych mrówek. W zrujnowanej wieży, czyjejś porzuconej twierdzy, gdzie między kamieniami są pajęczyny grube jak nadgarstek, o świcie króliki wyprowadzają swoje małe z fundamentów, by bawiły się na prastarych grobach.

Lato należy do trójki dzieci. Znają las jak własną kieszeń, jak mikropejzaże zadrapań na kolanach, wystarczy nałożyć im na oczy opaskę, postawić w zadrzewionej dolinie lub w przesiece, a znajdą drogę do wyjścia, nie myląc ani razu kroku. To ich terytorium i rządzą nim z dzikim i królewskim rozmachem niczym młode zwierzęta, wspinają się po drzewach i bawią w chowanego w dziuplach całymi dniami, i nocami we snach.

Biegną prosto w legendę, w historie na dobranoc i koszmary, których rodzice nigdy nie usłyszą. Na ledwie widocznych, zagubionych ścieżkach, których nigdy byście sami nie znaleźli, koziołkują wzdłuż zrujnowanych murów, ciągną się za nimi nawoływania i sznurówki niczym ogony komet. A kto czeka na brzegu rzeki z dłońmi w wiklinie, czyj śmiech spływa kaskadami z gałęzi wysoko na drzewie, czyją twarz chwytasz kątem oka, twarz ze światła i cienia liści, która znika w mgnieniu oka?

Te dzieci nie urosną ani tego, ani następnego lata. Ten sierpień nie zachęci ich do znalezienia ukrytych rezerw siły i odwagi, gdy staną twarzą w twarz ze złożonością świata dorosłych i odejdą smutniejsze i mądrzejsze, i naznaczone na całe życie, to lato ma wobec nich inne plany.


Uwiodły mnie pierwsze strony Zdążyć przed zmrokiem. Melodią zdań, bogactwem środków artystycznych, atmosferą…

Tana French ma bowiem swój własny i unikalny styl. Bywa poetycka. Klarowna. Potrafi błysnąć dyskretnym i ironicznym humorem, który nie wywołuje gromkiego śmiechu – raczej dyskretny uśmiech porozumienia. Jej proza jest inteligentna i wymagająca. Gdybym miała poszukać jakiś literackich skojarzeń (a warto pamiętać, że te bywają zwodnicze i absolutnie subiektywne), umieściłabym jej prozę gdzieś pomiędzy Laurą Lippman a Dorothy Uhnak i jej doskonałym Śledztwem.

Zagadka kryminalna w powieści French nie jest najistotniejsza – jakkolwiek skonstruowano ją według najlepszych reguł gatunku (jest mylenie tropów, jest zaskakujący finał). Powiedziałabym, że jest wręcz drugorzędna. Na plan pierwszy wysuwa się bowiem w tym przypadku przyjemność obcowania z doskonałym językiem oraz wielowymiarowymi bohaterami. French potrafi ukazać ich w wielu lustrach – nie upraszcza, pozostawia w nich niedopowiedzenia, nie próbuje tłumaczyć i czynić na siłę sympatycznymi. Analiza psychologiczna prowadzona jest pomiędzy słowami, nienatrętnie, a poddawani jej bohaterowie budzą to irytację, to zrozumienie.

W głębi lasu, w którym w dzieciństwie zagubił się ze swoimi przyjaciółmi Rob Ryan, główny bohater powieści, tkwią wspomnienia z przeszłości i klucz do psychiki bohatera. Szukam wraz z nim odpowiedzi, wsiadam do kapsuły czasu i zupełnie niespodziewanie zaczynam podróżować po moim własnym dzieciństwie. Przypominają mi się smaki, zapachy, miejsca, ludzie – towarzysze zabaw, dla których zabrakło dziś miejsca w moim życiu i na próżno ich szukać na listach moich znajomych na portalach społecznościowych, ale – co za niespodzianka – okazuje się, że nadal (często wbrew mnie) zajmują ważne miejsce w moich wspomnieniach. Moje straty nie były tak wyraźne, jak ta, której doznał w dzieciństwie Ryan – rozdźwięk następował powoli i niezauważalnie - coraz mniej czasu, coraz mniej wspólnych tematów i doświadczeń, a później przestawaliśmy nawet poznawać się na ulicy. Czy jednak przez to mniej bolesne? Właściwie nie zastanawiałam się nad tym, dlaczego z taką łatwością pozwalałam ludziom znikać z mojego życia – aż do tej książki…

Tej powieści nie połyka się w ciągu dwóch dni. Czytałam ją powoli, spokojnie, smakując każde zdanie, ciesząc się przyjemną objętością ponad pięciuset stron. Żaden z komplementów na okładce nie jest przesadzony. Każda z nagród, którą French otrzymała za tę powieść, jest jak najbardziej zasłużona. I – ponieważ ta powieść zrobiła na mnie tak wielkie wrażenie – trudno mi o niej pisać, bo boję się popadnięcia w banał i tanią analizę. Odbierałam ją bardziej intuicyjnie i w związku z tym nie do końca jeszcze (mimo że minęło kilka miesięcy od jej przeczytania) potrafię nazwać wszystkie wrażenia i przemyślenia, do których mnie skłoniła. A może po prostu nie chcę niektórych nazwać? Ta książka użądliła mnie mocniej, niż się spodziewałam… To miał być tylko kolejny kryminał…

 

 

 



Ona to on

j.szern

Szekspir

 

Kiedy byłam na studiach, do egzaminu z teatrologii mieliśmy wybrać sobie wybrane zagadnienie do opracowania – oprócz szeregu informacji, które powinniśmy posiąść, żeby legitymować się oceną co najmniej dostateczną z tego przedmiotu w indeksie. Podczas gdy moje przyjaciółki z wypiekami na twarzy zgłębiały tajniki dzieł Szekspira i teatru elżbietańskiego, ja (jako jedyna na całej specjalizacji) zatonęłam w zakamarkach antycznych tragedii Ajschylosa, Sofoklesa i Eurypidesa i meandrach teatru greckiego, którego nieoczekiwane oblicze odsłoniły mi Gardzienice.

Nie miałam nigdy szczęścia do dramatów Szekspira. Czytałam, czytałam. W liceum, później na studiach zasypiałam z książkami na twarzy. Niewiele pamiętałam –  kiedy próbowałam sobie cokolwiek przypomnieć, miałam wrażenie podobne do nabierania do wiadra wody durszlakiem – syzyfowa praca…

Dramaty teatralne traktuję wyłącznie użytkowo. I nie lubię ich czytać. Z prawdziwą przyjemnością oglądam ich adaptacje teatralne czy filmowe – i te przede wszystkim zostają mi w pamięci. Obejrzałam chyba wszystkie filmowe adaptacje „Hamleta” i „Makbeta” oraz pojedyncze innych dramatów Szekspira – postaci nabierały kształtów, słowa – treści, a wszystko wypełniał zamysł reżysera – jego autorska interpretacja tekstu, która mnie porywała lub z którą się kłóciłam.

Dlatego z nieufnością podeszłam do lektury Wieczoru Trzech Króli. Do komedii Szekspira zniechęciłam się czytając Burzę. Miało być śmiesznie – a nie było. Pomijam fakt, że z treści Burzy nic a nic nie pamiętam… Dlatego cierpłam na myśl o 150 stronach ekwilibrystyki słownej, z której będę starała się wycisnąć chociaż jeden uśmiech. Tymczasem Szekspir mnie zaskoczył.

W czasie katastrofy morskiej tonie statek, którym podróżują Viola i Sebastian – rodzeństwo, które cechuje niemal bliźniacze podobieństwo. Obojgu udaje się ujść z życiem, ale zostają rozdzieleni i Viola opłakuje śmierć brata, a on – śmierć siostry. Tymczasem Viola przebrana za mężczyznę zaciąga się w służbę na dworze księcia Ilirii – Orsino, w którym jest skrycie zakochana. Na jej nieszczęście (?) książę – znany z niestałości – zapałał uczuciem do pięknej Oliwii, która odtrąca jego zaloty. Viola vel Cesario otrzymuje zadanie specjalne – przekonanie Oliwii o szczerości uczuć księcia i zdobycie dla niego jej ręki. Na jej drodze stanie nie tylko sir Andrzej (kompan do kieliszka jej kuzyna), starający się o względy dziewczyny, ale również niespodziewane uczucie, którym Oliwia zapała do… Cesaria.

Zakończenia nie zdradzam – choć jest przewidywalne dla tych, którzy w swoim życiu oglądali przynajmniej jedną komedię romantyczną (sztuka Szekspira spełnia wymogi tego gatunku). Permanentny happy end - wierni i zakochani zostają nagrodzeni, pyszni (Malvolio) dostają prztyczka w nos, a Błazen śpiewa piosenkę.

Zanim jednak nastąpi oczekiwany happy end, a Szekspir rozetnie z wdziękiem węzeł gordyjski intrygi, czekają nas pełne dowcipu dialogi, pomyłki, niespodziewany pojedynek i zderzenie z gamą pełnokrwistych i zabawnych postaci. Pamiętacie Świętoszka Moliera? Zawsze wolałam złośliwą i obrotną Dorynę od łzawej i rozciapcianej Marianny. W przypadku Wieczoru Trzech Króli nie odniosłam wrażenia, że służąca jest zabawniejsza od jej pani. Ale i tak moimi faworytami są sir Tobiasz Czkawka i sir Andrzej Chudogęba. Ich pijackie eskapady i niezmorzona wola siania chaosu i robienia psikusów otoczeniu oraz słowne potyczki z Oliwią, Malvoliem, Marią czy Violą są solą tej sztuki i źródłem nieustającej radości.

Komedia Szekspira może również spełnić funkcję dydaktyczną i być swoistym przewodnikiem dla osób szukających złotych myśli czy wiedzy na temat męsko-damskich gier. Oto mój – subiektywny oczywiście - wybór cytatów na różne tematy:

  • O doborze wiekowym partnerów, sile męskich uczuć i pięknie kobiet (Książę Orsino):

Żona powinna być młodsza

Od męża: wtedy może się i łatwiej

Doń dopasować, i ściślej mu serce

Objąć swą władzą. Bo, wbrew męskiej pysze,

Nasze uczucia są chwiejniejsze, bardziej

Płoche, mniej trwałe i gasnące szybciej

Niż żar kobiecych serc.

[…] Zatem wybrankę znajdź młodszą od siebie –

Inaczej afekt zbyt rychło osłabnie.

Kobieta jest jak róża: gdy rozwinie

Płatki – opadną w tej samej godzinie.

 

  • O niebezpieczeństwach gier słownych (Viola):

Kto flituje ze słowami, ten im się łatwo daje uwieść.

 

  • O dewaluacji słów i obietnic (Błazen):

Imię to też słowo i siostrunię uwiedzie każdy, kto się do niej grzecznie zwróci po imieniu; a dziewictwa nikt jej nie zwróci. Ale słowa to, w samej rzeczy, takie łobuzy, że dziś nikt im już wiary nie da, jeśli każde z nich nie ma przy sobie poświadczenia na piśmie.

 

  • O alkoholikach (Błazen odpowiada na pytanie Oliwii o to, do czego może porównać pijaka):

 

Do błazna, wariata i topielca. Wypije jeden łyk za dużo – robi z siebie błazna, dwa – robi z siebie wariata, trzy – osiąga zupełne dno.

 

  • O sposobie na zdobycie względów kobiety (sir Tobiasz):

Możesz być pewny, nie ma na świecie swatki, która by umiała podnieść wartość mężczyzny w oczach kobiety wymowniej niż to czyni taki dowód waleczności. (chodzi o pojedynek)

 

I jeszcze jeden – autorstwa Malvolia:

 

Ja też mógłbym popaść w melancholię, bo te podwiązki na krzyż hamują krążenie krwi: ale nic to! Jeśli sprawią przyjemność oczom choć jednej pani, będę mógł rzec z równą słusznością, jak pewien sonet: „Spodobaj się jednej – spodobasz się wszystkim”.

 

  • O przyjaciołach i wrogach, a przy okazji o znaczeniu „nie” w ustach kobiet (Błazen):

Miewam się lepiej dzięki wrogom, a gorzej dzięki przyjaciołom. […] Przyjaciele mnie chwalą i robią ze mnie osła; natomiast wrogowie mówią mi otwarcie, żem osioł. Co za tym idzie, dzięki wrogom zyskuję wiedzę o sobie samym, a przyjaciele częstują mnie tylko złudzeniami. To tak, jak przy domaganiu się całusa: jeśli panna powtórzy „nie, nie” – odmowa neguje odmowę i wychodzi z tego przyzwolenie. Na tej samej zasadzie mam się gorzej dzięki przyjaciołom, a lepiej dzięki wrogom.

 

Po co zatem czytać zbiory złotych myśli, poradniki i książki o uwodzeniu, skoro można je tak skutecznie zastąpić lekturą Szekspira? ;)

 

Na koniec – ogromne brawa dla Stanisława Barańczaka – tłumacza tej sztuki. Czytałam wprawdzie peany na jego cześć, ale nie przypuszczałam, że poeta, którego cenię, spisze się tak dobrze w zderzeniu z Szekspirem. Doskonale wydobył komiczny potencjał tej sztuki (vide – gry językowe, które wydawałoby się – są nieprzetłumaczalne). Do tej pory poznawałam twórczość tego dramatopisarza w przekładach Paszkowskiego i Słomczyńskiego – może dlatego niewiele z tej przygody pamiętam? Teraz mam ochotę spojrzeć na Szekspira ponownie – oczami Barańczaka właśnie.

 

 

 



© bibliotheke
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci