Menu

bibliotheke

Warto rozmawiać...

j.szern

...A o poezji to już szczególnie ;] Tymczasem okazji do wymiany zdań na ten temat mam niewiele, bo większość moich czytających znajomych jest - jak Izabela Łęcka - "usposobiona prozą".

Dlatego - z konieczności - sięgam po wysłużone tomiki i toczę dialog z tekstami. Bywa to niekiedy budujące. Zwłaszcza, że poeci też pisali o swojej poezji i swych zadaniach. Pamiętacie pewnie Horacego i jego teksty metapoetyckie, że "wybudowałem pomnik" i w związku z tym "non omnis moriar" ;] Można i tak. A można inaczej. Tak jak Grochowiak i Bursa. Z humorem. Ironicznie. Z dystansem - przede wszystkim do siebie. Przełamując konwencje - mówienia o poezji. Przełamując stereotyp - poety. Mnie się podoba i mogę zakrzyknąć za Mickiewiczem: To lubię!

Zastanawiam się tylko, czy rozmówcy tych poetów zgodziliby się ze śmiało postawioną przeze mnie w temacie tezą...;]


 

Stanisław Grochowiak: Rozmowa o poezji

Od - do Lieberta...

D z i e w c z y n a:

Czy pan ją widzi? Czy ona się śni?
Czy też nadbiega - nagła jak z pagórka?

P o e t a:

Ona wynika z brodawek ogórka...

D z i e w c z y n a:

Pan kpi. Pan ją jedwabnie - pan ją jak motyla
Po takich złotych i okrągłych lasach...
To jest jak z Dafnis bardzo czuła chwila...

P o e t a:

Owszem. Jak ostro
Całowany tasak.

D z i e w c z y n a:

Rozumiem pana. Z wierzchu ta ironia,
A spodem czułość podpełza ku sercu...

P o e t a:

Dlaczego z pani jest taka piwonia,
Co chce zawzięcie być butelką perfum?...


***

Andrzej Bursa: Dyskurs z poetą

Jak oddać zapach w poezji...
na pewno nie przez proste nazwanie
ale cały wiersz musi pachnieć
i rym
i rytm
muszą mieć temperatury miodowej polany
a każdy przeskok rytmiczny
coś z powiewu róży
przerzuconej nad ogniem
rozmawialiśmy w jak najlepszej symbiozie
aż do chwili gdy powiedziałem:
"wynieś proszę to wiadro
bo potwornie tu śmierdzi szczyną"
możliwe że to było nietaktowne
ale już nie mogłem wytrzymać.

O Głowackim, krytyce literackiej i substytucie kawy

j.szern

Wiosna idzie - wyczuwam ją raczej intuicyjnie, bo za oknem mróz i zimno - a skoro wiosna, to czas się reformować. Postanowiłam w tym roku zaszaleć z tej okazji - zatem nie tylko rzucam palenie, ale również ograniczam picie kawy (z ośmiu kubków do trzech - nawet moje bardzo niskie ciśnienie nie usprawiedliwiało takiego opilstwa). W rzucaniu palenia pomagają mi plastry, a w ograniczaniu kawy - poranna lektura "Rzepy". Wystarczy mi przeczytać kilka zdań - akapit komentarza autorstwa Rafała Ziemkiewicza albo Bronisława Wildsteina, a ciśnienie samo z siebie cudownie się reguluje.

Zabrałam się właśnie za porządkowanie archiwum bloga i patrzcie - jaką perełkę znalazłam wklejoną między napoczętymi i rozbabranymi szkicami wpisów:

http://www.rp.pl/artykul/611242_Ziemkiewicz--Literatura-w-segmencie-glamour-.html

Czytałam to zaraz po ukazaniu się w wersji "on-lajn" i nawet miałam skomentować, ale wkleiłam i zapomniałam. Czas nadrobić zaległości :)

O ostatniej książce Głowackiego pisze Ziemkiewicz tak:          [; wybrałam moje ulubione "kąski" ;]

  • "to nie jest książka grafomańska czy nieudolna. Wchodzi gładko jak danie z fast-foodu i w takim samym stopniu organizm wzbogaca."
  • "W „Good Night, Dżerzi” nie ma, jak to ujmował Conrad, żadnej godnej zapisania prawdy. Nie ma tam nawet żadnej godnej uwagi nieprawdy, w jakie obfitowała zabawnie wyłgana autobiografia „Z Głowy”. Nie ma nic w ogóle, poza banałem, sztampą i obrazkami jak raz do kolorowego pismana kredzie."
  • "Rzecz jest z założenia stargetowana na czytelnika „Gali”, „Vivy” i temu podobnych wydawnictw."
  • "Proszę nie szukać w tym żadnej przygany. Janusz Głowacki swoje lata ma, swoje sukcesy zaliczył, nie musi się naprężać i wyskakiwać. Uwił sobie ciepłe gniazdko w światku michnikowszczyzny i nie w głowie mu donkiszoterie, naprawianie świata czy nawet ironiczne krzywienie ust na jego nieprawości − co oczywiście nie budzi mojego szacunku."
  • "Więc nie Głowackiego się czepiam, jego rozumiem. Rozumiem nawet jego nabywców. Rzesza czytelników kolorowych pism potrzebuje takiego właśnie markowego produktu. Dzieło znanego intelektualisty, o drugim znanym intelektualiście (bargajn: dwa w jednym) więc jego nabycie znacząco podnosi intelektualny status nabywcy w mniemaniu jego własnym i bliskich. Powieść wybitnego pisarza, a on, czytelnik (względnie ona, czytelniczka) wszystko rozumie, nie musi sięgać po słownik, wracać się w lekturze, sprawdzać − więc satysfakcja: mądry (mądra) jestem. Powieść, zapewniają recenzenci, rozważająca poważne problemy, pełna głębokich refleksji i w ogóle, treści, a czytelnik (czytelniczka) wszystko to zna (ze swoich ulubionych, kolorowych pism) i mało tego, nigdzie autor w zasadzie nie wykracza poza tę wiedzę − i to już satysfakcja do kwadratu: ależ mądry (mądra) jestem!"

Próbuję zrozumieć przyczynę tych złośliwostek autorstwa Ziemkiewicza (zazdrość?) i też mu trochę zazdroszczę (jak on najwyraźniej zazdrości Głowackiemu). Nie dość, że udało mu się wysępić od wydawcy książkę "Good Night, Dżerzi" za darmoszkę, to jeszcze jego szefowie płacą mu za jego artykuły... Jedyny pogląd pana redaktora, który podzielam (tadam, tadam - to się zdarza raz na rok, czyli limit na rok 2011 został właśnie wyczerpany) - to przekonanie o regresie polskiej krytyki literackiej (ale z rozwinięciem tej tezy już bym polemizowała). Natomiast nie jestem w stanie stwierdzić, czy książka Głowackiego jest tak "glamour" jak twierdzi Pan Redaktor. Ale niedługo się przekonam, bo po takiej (niezamierzonej chyba) reklamie nie mogłam się oprzeć i zamówiłam ją w pewnej księgarni internetowej. Nie rozczaruję się - bez względu na to, co Głowacki w "Good Night..." nawypisywał. Jak jest mądrze i dowcipnie - to się uraduję z całego serca. Jak błyskotliwie i pusto - cóż, też się nie rozczaruję, bo niewiele rzeczy mnie tak odpręża po ciężkim dniu jak bzdurki w stylu "Gala" i "Viva" i wanna pełna gorącej wody.

W polemikę z tezami redaktora wejdę po lekturze, ale obawiam się, że jeśli napiszę coś pozytywnego, to będzie znak, że się nie znam. Skończyłam studia i niczego, niczego, ale to niczego nie nauczyłam się o literaturze, a mój smak jest zdegenerowany fast-foodami, w związku z czym nie dostrzegam żadnej różnicy między deserem jogurtowym z KFC (Głowacki?) a crème brûlée z pięciogwiazdkowej francuskiej restauracji (proza Ziemkiewicza? Wildsteina?) ;]

Okaże się wreszcie, że należę do "kupy" ludzi, "którzy aspirują do bycia inteligencją nie mając potrzebnej ku temu wiedzy, ogłady ani rozumu" i że należę do ludzi, którzy "tworzą może niezbyt liczny, ale na tyle szmalowny target, że wydaje się dla nich błyszczące, drogie pisma pozwalające im zaspokoić się intelektualne bez umysłowego wysiłku" i - dodajmy - książki Głowackiego w pakiecie. ;] Ale nic to...

Z prawdziwą satysfakcją potwierdzam, że artykuł pana Ziemkiewicza jest doskonałym substytutem kawy. Ba, jest nawet od kawy lepszy. Kawa źle przechowywana po rozpakowaniu traci podobno część smaku i aromatu w ciągu siedmiu dni. A ten artykuł nie stracił nic ze swej "mocy" po dwóch tygodniach od czasu powstania. :)

I tak oto - uboższa o 29 zł i 24 gr - idę zaparzyć sobie melisę...

 

 

P.S. Fascynuje mnie ta ekwilibrystyczna wręcz zdolność Pana Redaktora, który - nawet pisząc o literaturze - jest w stanie przysunąć salonowi, "Wyborczej" i wykształciuchom. Aż tak nas Pan nie lubi?

Głośniej od bomb

j.szern

Michał Dąbrowski

 

Mogłabym tę książkę zerecenzować jednym słowem, ale byłoby niecenzuralne - a ta stylistyka bardziej pasuje do recenzowania płyt Slayera, a nie bądź co bądź - literatury pięknej. Heh, no to się trochę rozpiszę :)

Mam w tym roku szczęście do książek pięknych, poruszających i doskonale napisanych (no, z wyjątkiem historii detektywa mimo woli) - i debiutancka powieść Michała Dąbrowskiego również do nich należy. Czekam teraz na kolejne książki tego autora i nie ukrywam, że wysoko sobie Michał Dąbrowski poprzeczkę zawiesił, wysoko, ale ostatecznie - jak spadać, to z wysokiego konia ;)

Bałam się trochę kupując tę książkę. Bo z jednej strony - "bezkompromisowa powieść o samooakceptacji", a z drugiej - historia człowieka, który rodzi się bez ręki. Boję się takich historii - i właściwie ich nie lubię. Może taka deklaracja jest niepoprawna politycznie, ale nie lubię książek o różnych formach niepełnosprawności. Nie lubię ich dlatego, że są często przesłodzone - niby dramatyczne, niby heroiczne, a tak naprawdę lukier się z nich wylewa i pragnienie pokazania - może i nie urodziłem/nie urodziłam się w pełni sprawna, ale nic mi to nie ujmuje - wkładam więcej wysiłku w "normalne" funkcjonowanie - więc zasługuję na więcej podziwu. Zaznaczam, że to mój prywatny odbiór tego rodzaju literatury. Nic nie poradzę na to, że po czytaniu tego typu książek czuję się wdeptana w ziemię i pełna wyrzutów sumienia w myśl zasady - "o, ta to ma farta, nie wie, co to PRAWDZIWE problemy, i jeszcze narzeka...". Może to skutek gadania różnych ciotek-pociotek*, które z kompleksów leczyły mnie pogadankami o moim szczęściu wynikającym z faktu przyjścia na świat z kompletem właściwym rąk i nóg (ale najwyraźniej bez głowy) - a że nogi nieforemne i parówkowate? To nic - "ważne, że działają, bo niektórzy nie mogą chodzić i jeżdżą na wózku - o, oni to mają prawdziwe problemy", "a tak naprawdę przecież liczy się wnętrze", i jeszcze w bonusie od wujków - "potwór nie potwór, byle miał...".

Na podobnej zasadzie nie cierpię czytać książek o biednych dzieciach z Afryki, które nie jedzą nawet jednego posiłku dziennie i umierają przedwcześnie z powodu braku szczepień - "a ty się odchudzasz i wiecznie jesteś niezadowolona ze swojej wagi, zamiast docenić to, że masz co jeść". Staram się wspierać UNICEF na ile mogę, akcje na rzecz Afryki i innych biednych rejonów też, nie gapię się nachalnie na osoby niepełnosprawne w tramwaju i pomagam wsiąść do autobusu osobom niewidomym - to dla mnie zachowania normalne i naturalne. Ale nie lubię być traktowana jak "gorszy" człowiek, dlatego, że urodziłam się bez wad wrodzonych i żadnej nie nabyłam (poza tym, że charakter mi się z wiekiem coraz bardziej paskudzi). Nic nie poradzę na to, że moich "blizn" nie widać. I że noszę je "od środka".

No, to se pogadałam ;] Ale ten wstęp był potrzebny, żeby uzmysłowić każdemu ewentualnemu odbiorcy tej recenzji/szkicu (czy cokolwiek to jest), że książka Michała Dąbrowskiego nie jest TAKĄ książką, której się spodziewałam i na myśl o której dostawałam dygotu. Jak nie lubię rozczarowań - to to rozczarowanie przyjęłam z wielką satysfakcją.

Owszem, autor dotyka tematu niepełnosprawności - jakkolwiek to słowo zupełnie nie pasuje mi do określenia tematu tej powieści - ale robi to bez lansu, heroizacji i wzbudzania wyrzutów sumienia w czytelniku. Głównym bohaterem jest dziecko, później chłopak, później dorosły mężczyzna, który rodzi się bez ręki. Dąbrowski pokazuje w jaki sposób budzi się w nim poczucie inności, odmienności - pewnego rodzaju naznaczenia, którego nie wybierał i którego nie chciał. Pisze o drodze, którą musiał przejść, o obawach i lękach, reakcjach ludzi, swoich nadziejach. (Może pomaga mu osobiste doświadczenie - choć unikałabym czytania tej książki tylko przez pryzmat autobiografii.) Pisze o tym w sposób prosty i pozbawiony patosu.

Zachwycił mnie język tej powieści (mój profesor określiłby go mianem "wysmakowanego" a podkreślam to, że mnie zachwycił, bo jestem pod tym względem wyjątkowo grymaśna) - precyzyjny jak skalpel. Interesująca jest również narracja - poprowadzona z perspektywy głównego bohatera i przeplatana lirycznymi, a zarazem bezwzględnymi - monologami jego dłoni. Tej dłoni, której "nie ma", a która przecież istnieje - głęboko ukryta w jego podświadomości, zepchnięta na margines, odrzucona - jest jak pasożyt, jak huba, karmiąca się lękiem bohatera przed odrzuceniem, jak cząstka tożsamości, której nie można długo niezauważać albo lekceważyć - bo zawsze o sobie przypomni - i zrobi to cudzymi ustami.

Wiele emocji wywołała we mnie ta książka - takich słodko-gorzkich. Łapałam się na tym, że były chwile, kiedy uśmiechałam się sama do siebie w trakcie lektury, były chwile, kiedy miałam łzy w oczach i były chwile, kiedy ogarniała mnie prawdziwa groza. Mogłam poczuć się tak, jak czuł się bohater książki - wejść w jego świat - pomimo własnej kompletności - nie pytajcie mnie jak autor to osiągnął, bo jeszcze tego nie rozgryzłam :)

Wspomniałam, że temat niepełnosprawności nie wyczerpuje tej książki. Dla mnie jest tylko pretekstem. Powieść Dąbrowskiego jest również subtelną analizą społeczeństwa - grupy tzw. "normalnych" i jej postaw wobec sytuacji, w którą został wtrącony bohater. To okrutna książka - ale nieprawdą jest, że okrutni są tylko ludzie "normalni", nawet dzieci - bo okrucieństwo tkwi również w naznaczonym chłopaku. Zastanawiałam się, z czego może wynikać to ostatnie okrucieństwo - czy jest odpowiedzią na komunikat świata - "jesteś inny/dziwny"? Czy też może jest cechą, która tkwi w każdym, niezależnie od tego, czy rodzi się z dłonią, czy bez?

Dąbrowski pisze również o rolach, które przypisujemy w codziennym teatrze życia niepełnosprawnym. Budzą strach. Fascynację. Odrazę. Ciekawość. Litość. Niekiedy zazdrość ("dobrze takiemu, pracować nie musi i wszystko mu pod nos podtykają"). Poprawiają humor. Jakkolwiek okrutnie to nie brzmi, widok człowieka niepełnosprawnego, który kuleje idąc ulicą lub przemieszcza się na wózku inwalidzkim, sprawia, że niektórym ludziom - jak niektórym moim ciotkom-pociotkom - jest zwyczajnie lepiej - mogą się dowartościować - "a ja mogę biegać, a ty nieeee!".

Jest to również w pewnym sensie powieść inicjacyjna, powieść o poszukiwaniu swojej tożsamości, o dojrzewaniu do siebie - i może z tego wynika uniwersalna jej wymowa. Z wielką łatwością przyszło mi tytułową dłoń zamienić na metaforę braku, który każdy z nas nosi w sobie, tylko każdy inaczej go określa. Może to nadinterpretacja z mojej strony - ale podkreślam - czytanie tej powieść przez pryzmat tematu niepełnosprawności uważam za wielkie nieporozumienie.

Kto jeździ autobusami w Wielkim Mieście, może zauważył reklamy tej książki. Może rzucił obojętnie okiem, prześlizgnął się po powierzchni ekranu nie do końca jeszcze rozbudzonym spojrzeniem. I nie zauważył, że ta książka jest jak bomba przygotowana do detonacji. Weźmiesz ją do rąk, zaczniesz czytać i wybuchnie ci prosto w twarz, rozsadzi głowę, odłamkami dotknie serca.

 

 

*) Bohater tej książki też miał upiorną przyszywaną ciotkę-pociotkę - doskonale go rozumiałam i łączyłam się z nim w niechęci do tego rodzaju baboli ;]

Pamięć złotej rybki

j.szern

Czego człowiek nie zrobi, żeby się oderwać od pracy - nawet może zacząć myśleć :) Dziś sobie myślałam - w przerwach - o moim lekturzeniu.

Nic odkrywczego - ale mimo wszystko, to mnie zastanawia - są książki, które czytałam dawno, dawno temu, i które silnie zapadły mi w pamięć, i takie, które czytałam stosunkowo niedawno, z których - w najlepszym razie - niewiele pamiętam.

Syndromem złotej rybki bywam dotknięta szczególnie wtedy, gdy czytam kryminały albo thrillery, które lubię pasjami i pasjami pochłaniam (powstrzymam się przed stwierdzeniem, że "zasysam" ;] ). Uwielbiam twórczość Agathy Christie, ale po dwóch latach większość jej powieści nie pamiętam. Większości - bo jednak takich dzieł jak "Dziesięciu murzynków" czy "Morderstwo w Orient Expresie" nie da się zapomnieć ;) A pozostałe mogłabym przeczytać jeszcze raz - i tajemnicę - kto, kogo i dlaczego zamordował - odkrywać jeszcze raz z równym zapałem (no, może z zapałem zmieszanym z pewną irytacją na moją pamięć przypominającą w tym momencie szwajcarski ser - z przewagą dziur oczywiście).

Podobny syndrom dotyka mnie, gdy medytuję po jakimś czasie o powieściach Krajewskiego, Cobena, eh, długo by tu wymieniać... Pamiętam schematy, pamiętam wrażenia, rzeczy wyrwane z kontekstu, ale chroń mnie Boże przed fanatycznymi wielbicielami twórczości Krajewskiego, którzy chcieby mnie przeegzaminować z życiorysu Eberharda Mocka. Poległabym...

Zapominanie jest podobno normalne - ileż można w pamięci podręcznej gromadzić danych, które na dobrą sprawę - niczemu nie służą? Do miana chodzącej encyklopedii nie aspiruję. Ale mimo wszystko, próbuję dociec przyczyn mojego syndromu. Może za szybko czytam? Staram się wprawdzie wyczuć tempo, w jakim książka "chce" być czytana - a kryminałów czytać w sposób medytacyjny raczej nie sposób, ale z drugiej strony widzę, jak bardzo dochodzi często do głosu moje wrodzone łakomstwo.

Cykl o Mocku - ograniczony do 4 sztuk posiadanych na własność - przeczytałam w niespełna tydzień. Był środek lipca (upiornego) a do tego środek sesji (jeszcze bardziej upiornej), ja byłam w środku urlopu (który z własnej winy przeznaczałam na dokształcanie się) - i jakoś tak wyszło, że plunęłam na egzaminy (zaliczyłam) i spędziłam ten czas z pudełkami lodów, wiatrakiem i książkami Krajewskiego. Po półtora roku próbuję sobie przypomnieć fabułę i niewiele. Pamiętam jakąś żonę, problemy małżeńskie, motywy z drugiej wojny światowej, o, jakieś kanały i motory też pamiętam ale tym, co mi najbardziej utkwiło w pamięci jest moje podsumowanie osoby Mocka (wyjątkowo antypatyczny dupek) i dość sugestywne opisy jego obżarstwa.

Odkąd zaczęłam prowadzić blog więcej notuję i staram się czytać uważniej. Może mi się poprawi. Lepszy blog, niż geriavit ;)

A jak jest u Was? Pamiętacie przeczytane książki? A może też cierpicie na syndrom złotej rybki? Martwi to Was?

Bo mnie tylko od czasu do czasu :)

Ukryte

j.szern

Kozłowska

 

Umberto Eco powiedział kiedyś, że kto czyta, ten żyje podwójnie. Zgadzam się z nim. Kiedy czytam mogę przenieść się na chwilę w inny świat - stać się chociażby perską księżniczką, której w życiu doczesnym raczej nie przypominam :) Mogę stać się meksykańską przemytniczką narkotyków albo szwedzkim inspektorem kryminalnym.

Równie bliskie jest mi spojrzenie na książki, które wyraził w jednej z powieści Arturo Perez-Reverte - że wszystkie książki świata opowiadają o mnie. Może to znak zbliżającej się na sygnale trzydziestki, ale ostatnio wpadają mi w ręce lektury, które sprawiają, że - niezależnie od ich tematu czy intencji pisarza - budzą się we mnie wspomnienia z dzieciństwa. Często są to wspomnienia, które wydawały się być zgubione, zawieruszone, te, do których nie dotarłabym, nawet gdybym leżała godzinami na kozetce u psychoanalityka.

Taką książką - budzącą wspomnienia - była dla mnie powieść Antoniny Kozłowskiej "Czerwony rower".

Pozornie - nic nowego. Ot, historia trzech kobiet, przyjaźniących się od podstawówki. Każda z nich dorosła, urządziła sobie życie. Beata jest gospodynią domową - luksusową, można powiedzieć, mieszkającą w rezydencji pod Warszawą. Gośka - kolejna gospodyni domowa, tyle, że nieco mniej luksusowa - żona mechanika, matka trójki dzieci, kobieta z wyraźną nadwagą galopującą w stronę otyłości. Karolina - mieszkająca na strzeżonym osiedlu dziennikarka czasopisma dla kobiet, pisząca o tuszach do rzęs i historiach zdad małżeńskich pań z jakiś pipidówek. Znamy to? Ano, znamy. Do tego - trup w szafie (a właściwie trup w kanale), który wydawał się być dawno pogrzebany i który wyskakuje w najmniej oczekiwanym momencie i ujawnia, że tak naprawdę wszystko, co obserwujemy - jest tylko grą pozorów. Ergo - ci, którzy szukają odkrywczej fabuły i wymyślnych bohaterek, srodze się rozczarują. Kozłowska buduje swoją powieść z doskonale znanych schematów, motywów i klisz - czytając kolejne strony każdy może powiedzieć - "ooo, znam to" albo "ooo, ja to już czytałam", albo "ale ta Beata przypomina mi panią X". Schematy ludziom się źle kojarzą - zwłaszcza, że świat nas przyzwyczaja do ciągłego polowania na nowości i nowinki. Ale w tym przypadku schematyczność jest dla mnie zaletą. Pozwala mi wejść w świat, który nie tylko obserwuję przez okno telewizora, ale w którym również uczestniczę. Schematyczność sprawiła również, że w mniejszym stopniu koncentrowałam się na fabule - nie płonęły mi w czasie lektury uszy, nie przekręcałam nerwowo kartek - "co dalej? co dalej?" - raczej przeszłam przez tę powieść w tempie medytacyjnym, wchodząc w świat stworzony przez Kozłowską, wybrałam się na spacer do okresu mojego dorastania.

Kozłowska w swojej powieści zderza ze sobą dwa światy - ten z okresu dorastania i współczesność, lata osiemdziesiąte i pierwszą dekadę XXI wieku, które (jak kładka, jak most nad przepaściami) połączyły szalone i wywrotowe lata dziewięćdziesiąte.

Podoba mi się sposób, w jaki autorka opisała lata osiemdziesiąte. Bez wielkiej polityki i wielkich słów, i haseł - PRL prywatny, osobisty, którego nie znajdzie się w podręcznikach historii, aż mam ochotę powiedzieć - ja też to tak pamiętam :) Owszem, przewija się w "Czerwonym rowerze" tu tata-ubek, tam - tata-działacz Solidarności, ale jednak - świat wielkich spraw jest tylko tłem dla świetnego i uniwersalnego opisu dorastania. Pierwsze miłości, muzyka, eksperymenty z makijażem, gry międzyludzkie, nastoletnie przyjaźnie - czytałam to wszystko i przed moimi oczami defiladowały wspomnienia - szkolnych dyskotek, chłopaka, w którym podkochiwała się połowa mojej klasy, muzyki, której słuchałyśmy z kaset, moich niezdarnych prób, żeby dostać się do grona "najpopularniejszych" dziewczyn w klasie (też trójka) i łez, które wylewałam w poduszkę, kiedy stawałam się ofiarą ich żartów i szyderstw :) Czytając powieść Kozłowskiej czułam się, jakbym czytała pamiętnik, który pisałam, kiedy miałam 13 -14 lat. Ten pamiętnik leży głęboko ukryty w szufladzie - do tej pory omijałam go skrzętnie, nie chcąc budzić upiorów i wyciągać trupów z szafy. Teraz mam ochotę go wyciągnąć, żeby stanąć oko w oko z tym dzieciakiem, którym byłam i którym na szczęście nie jestem.

Podobnie, jak bohaterki powieści Kozłowskiej, nie tęsknię za tymi czasami, kiedy miałam "naście" lat. Pamiętam doskonale ból wykluwania się w dorosłość - i pamięć ta strzeże mnie przed wypowiadaniem pochopnych życzeń typu "ach, mieć znów te "-naście" lat". Patrzę na moje stare zdjęcia i rumienię się ze wstydu ("to ja?!?") i modlę się, żeby żadnemu znajomemu nie przyszło do głowy, żeby je wklejać na jakiejś "naszej klasie" czy innym portalu... Miło było przeczytać o tym, że nie tylko ja mam takie odczucia :)

Powieść Kozłowskiej jako odpowiednik magdalenki maczanej w herbacie z kwiatu lipy? A czemu nie? Każdy ma własne klucze do otwierania książek - ja "Czerwony rower" otworzyłam kluczem wspomnień. Nie muszę chyba dodawać, że mi się podobało, bo choć te wspomnienia nie zawsze były przyjemne, to jednak otwierałam je z poczuciem, że tamtej mnie już nie ma i mogę swobodnie (nareszcie) wypuścić je z ukrycia.

 

© bibliotheke
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci