Menu

bibliotheke

Poeta, który odszedł w noc

j.szern

W jednym ze swych wierszy pisał:


Całe życie zrywam się i padam,

jakbym w piersi miał wiatr na uwięzi,

i chwytają mnie złe listopady

czarnymi palcami gałęzi.


Ja upiłem się tym tchem, tym szumem,

niepokojem, który serce zatruł -

to dlatego śpiewać już nie umiem,

tylko wołam wołaniem wiatru,


to dlatego codziennie się tułam

po wieczornych, po czarnych ulicach

i prowadzi mnie wilgotny trotuar

w mgłę wilgotną, która bólem nasyca.


Acetylen słów płonie mi na wargach,

płonie we mnie bolesna maligna,

chodzę błędny, jak ludzie w letargu,

zewsząd, zewsząd niepokój mnie wygnał.


Nie ma wyjścia, nie ma wyjścia, nie ma wyjścia,

muszę chodzić coraz dalej, coraz dłużej.

Jestem wiatr szeleszczący w liściach

jestem liść zagubiony w wichurze


Tylko w oczach mgła i oczy bolą,

tylko serce bije coraz częściej.

Jak błękitny płomień alkoholu,

płoniesz we mnie, moje nieszczęście.


Muszę chodzić, muszę męczyć się wiecznie,

w mgłę za włosy mnie wloką wieczory,

lecą za mną, nieprzytomne, pospieszne,

moje słowa, moje upiory.


Muszę wiecznie zrywać się i padać,

jakbym w piersi miał wiatr na uwięzi.

pochwyciły straconą radość

nagie gałęzie.


Przelatują, wieją przeze mnie

listopady chwil, których nie ma...


To - tylko liście jesienne.

To - pachnie ziemia.


Poznajecie?

To Broniewski. Wiersz Listopady. Z tomu Dymy nad miastem. Ten sam poeta, który napisał Bagnet na broń, jeden z nielicznych chyba obecnie rozpoznawanych jego wierszy. Wielbiciele Pidżamy Porno pewnie pamiętają jeszcze Nocnego gościa (o ile nie stwierdzili, że to tekst Grabaża), wielbiciele Żebrowskiego i Jopek - być może - znają Zielony wiersz i Dąb. Może niektórzy nauczyciele wspominali ostatnio o nim, omawiając Treny Kochanowskiego - tomik Anka Broniewskiego ma podobną tematykę - mówi o bólu ojca po stracie dziecka.Może nawet niektórzy belfrowie zacytowali kilka jego utworów?

Jednak większości zapewne, jeśli Broniewski z czymkolwiek się kojarzy, to z komunizmem - jako jego piewca, autor choćby Pokłonu rewolucji październikowej ("Kłaniam się rosyjskiej rewolucji/czapką do ziemi/po polsku/radzieckiej sprawie/sprawie ludzkiej/robotnikom, chłopom i wojsku.") czy peanów na cześć Stalina.

Ale ja nie o tym chciałam...

Z twórczością Broniewskiego zetknęłam się po raz pierwszy, gdy miałam bodajże 11 lat. W szkolnym podręczniku znajdował się przedruk Bagnet na broń. Przeczytałam i zachwyciłam się. W domu znalazłam tomik z wyborem jego wierszy, należący do mojej cioci, który ona podczas którejś tam przeprowadzki podrzuciła do nas.

Od tamtej pory zaczęła się moja przygoda z Broniewskim. Był pierwszym poetą, którego pokochałam i tym, o którym mogę powiedzieć, że towarzyszył mi w najróżniejszych momentach mojego życia. Czytając jego wiersze rewolucyjne przeżywałam młodzieńczy bunt (Tobie mój gniew i pogarda,/kulturo krzywdy i zbrodni! [...]). Uczył mnie wrażliwości na sprawy społeczne, biedę i wykluczenie (Ulica Miła wcale nie jest miła - szeptał mi na ucho). Lubiłam też jego ironię i grę z tekstami ("Hej, pola malowane zbożem rozmaitem,/wam wierni,/z karabinem już nie nabitym/umrzemy gdzieś na ścierni."). Z nim przeżywałam pierwsze niepowodzenia miłosne mrucząc (i parafrazując - fleksja mi nie pasowała :) ) pod nosem choćby fragmenty wiersza Ze złości: "Kochałbym cię, (psiakrew, cholera), gdyby nie ta nie pewność, gdyby nie to, że serce zżera/złość, tęsknota i rzewność./ (...)". Wreszcie to Broniewski był tym poetą, który podążył za mną w noc, kiedy moje życie się zawaliło i straciło sens. Wtedy Listopady czy Zioła były moją mantrą. On pożyczał mi słowa i mówił za mnie rzeczy, których sama nie umiałam wyrazić.

Bo Broniewski jest poetą nocy. Noc w jego wierszach towarzyszy poecie przeklętemu i jego samotności. Jest czasem bezsenności i myśli o śmierci. Czasem, kiedy otwiera swoje poszarpane serce i usta i krzyczy - o bólu, które sprawia mu życie, a nie tylko historia. Noc będzie towarzyszyła w jego poezji gwałconej i bitej na Łucku towarzyszce Ninie. I Ickowi, który siedział w celi dwudziestej pierwszej na Pawiaku, w której odwiedzał go księżyc. W nocy będzie tworzył swe teorie Bakunin. W nocy poetę odwiedzi widmo Jesienina...Noc będzie dla niego czasem poznania - momentem, w którym zapatrzy się w siebie i zobaczy ciemność.

Noc będzie towarzyszyła również jego nałogowi (acetylen słów płonie mi na wargach...). Broniewski pił. Dużo. Coraz więcej pod koniec życia. Wtedy miał zwyczaj dzwonić do swoich przyjaciół. Wspominał o tym Słonimski. Środek nocy i dzwoni telefon. Broniewski. "Antek, powiem ci mój wiersz...". Propozycja odrzucona. Kolejny dzwonek. "Antek, powiem ci twój wiersz...". "Jasne, jasne - odpowiadał Słonimski. - Powiesz jeden mój i cztery swoje". I wyciągał kabel z gniazdka.

Wreszcie, po latach - sam poeta odejdzie w noc - zapomnienia (a miało być tak: Kiedy umrę,/Utopcie mnie w Wiśle,/jak Światowida,/zapomnijcie o mnie,/jak o Światowidzie.). Próbowano go rehabilitować, odczytywać na nowo (z biciem serca i z zaciśniętymi kciukami przyjmuję każdą akcję, która pokazuje Broniewskiego innym, niż w stereotypie). Przypomniano wiersze, które napisał w stalinowskim więzieniu po wybuchy drugiej wojny światowej (Rozmowy z Historią), i które były w czasach PRL- zakazane przez cenzurę - bo Broniewski miał być przede wszystkim poetą wierzącym - w rewolucję - a nie wspominającym o swoich rozterkach. Mimo to odnoszę wrażenie, że stał się w pewnym momencie poetą niewygodnym. Po okrągłym stole potrzebni nam byli przede wszystkim tacy, którzy potrafili zachować postawę wyprostowaną. Ewentualnie ci, którzy żałowali za grzechy. A Broniewski nie żałował.

Przypomniała mi się w tym kontekście stereotypu partyjnego poety jeszcze jedna historia, wspominana przez Słonimskiego. W czasach głębokiego socrealizmu, kiedy chwalić w literaturze i sztuce trzeba było klasę robotniczą, wielkie budowy, maszyny i pluć na wrogów nowego ładu, kilka osób chciało wydać tomik z wyborem wierszy nieżyjącej już wtedy Pawlikowskiej - Jasnorzewskiej. Wiernopartyjni kręcili nosem na takie pomysły - bo to poetka burżuazyjna, nikt tego nie puści, wywrotowe, itp. Wiecie, co wtedy zrobił Broniewski? Ten, który znał Lilkę z czasów międzywojennych i potrafił być wierny nawet nieżyjącym znajomym? Wpadł (na gazie, na rauszu, pod wpływem - czy jakkolwiek to ująć) na zebranie komitetu, huknął pięścią w stół i o zgrozo - burżujska poezja Lilki ponownie ujrzała światło dzienne.

Wiem, że mam długą i smakowitą listę wyzwaniowych nocnych lektur. Ale dziś, kiedy za oknem chmury zaglądały mi przez ramię, padał deszcz i hulał wiatr (ale nie listopad), przypomniał mi się mój dobry towarzysz i przyjaciel. Otworzyłam sfatygowany i upstrzony moimi notatkami tomik jego wierszy i utonęłam. Tyle wspomnień... Chciałam się z Wami podzielić kilkoma jego wierszami - pozostawionymi bez komentarza. Mogłabym wstawić linki (na pewno są gdzieś w sieci), ale wolę je przepisać. Z tego tomiku, który jest dla mnie jedną z najbardziej osobistych książek - jedną z tych, których nigdy nikomu nie pożyczałam. Wpis od tego straszliwie spuchnie - ale wstawienie linków byłoby dla mnie w pewnym stopniu barbarzyństwem.

Oto kilka wierszy Broniewskiego, Władka (jak go często nazywam), w których występuje motyw nocy.

 

Zioła


Coraz dłużej nie mogę zasnąć.

Noc jest sercem nad trumną zamkniętą.

Nocne myśli, jak cmentarz, pachną

macierzanką, piołunem i miętą.


Zrywam suche badyle i chwasty,

zioła gorzkie, którem znał przed laty,

moje słowa nocą nad miastem

wyrastają, jak czarne kwiaty.


Kwiaty mówią, że radość pierzcha

jak mgła lekka pod wiatru tchnieniem,

że jak słońce zbroczone o zmierzchu,

moją głowę pochyla znużenie.


Oto idę spokojnie na zachód

w pustce głuchej, pod niebem cichym,

na cmentarzu dalekich zapachów

niepojętą goryczą oddycham.


Przysłuchuję się dzwonnym dziewannom.

żółtym dzwonkom na nagich badylach,

cień złowieszczy kołysze się za mną,

coraz niżej ku ziemi się schyla.


Chmura pełznie liściem łopucha,

dymem czarnym nad słońca zgliszczem,

w piszczel ostu przeciągle, głucho

wicher prędki nad polem świszcze


i rozlewa się krew wieczoru,

jak czerwone jarzębin korale,

i ust piołun wysącza gorycz,

i zakwita kwiat serca - szalej.


Róża polna gałęzią cierniową

wrosła we mnie, bym nie mógł odejść -

to dlatego krwawi każde słowo,

to dlatego tak boli młodość.


O, jak pachną okrutne zioła.

Dzwoni głucha pustka nade mną.

Szumią skrzydła czarnego anioła -

przelatuje nad sercem bezsenność


i drży serce, i lęka się nocą,

i niczego nie umie zapomnieć.

Ten wiersz napisałem przemocą

i ten wiersz mówi tylko o mnie.

***

Czary


Przecierało się niebo mgławe,

kołysały się gibkie trzciny,

miesiąc z boru wypłynął i stanął nad stawem -

w stawie kąpią się nocą dziewczyny.


Białe lilie zrywają z łodyg

i wplatają miękko we włosy,

miło pod chłodnym niebem miesięcznej pogody

strącać z piersi kropelki rosy,


miło piersi młode odsłaniać

i zielonym światłem oblewać,

miło w noc nadsłuchiwać leśnego wołania:

w ciemnym lesie zwołują się drzewa.


A noc płynie pachnąca, biała,

zmąca wodę powiewem lekkim.

W tę noc, jak lilie białe, rozkwitają ciała,

piersi krwią dojrzewają i mlekiem.


Wtedy strach, wtedy wstyd dziewczynom,

nagich piersi, strwożone, dotkną,

miesiąc w nocnej kąpieli oblepił je śliną,

srebrnym strachem, tęsknotą wilgotną.


Nieruchome, wzniosą ramiona,

zakołyszą się, mdłe, niezręczne,

a już woda u kolan miesiącem srebrzona,

w białych oczach już światło miesięczne.


Będą z krzykiem biec po murawie

odurzone, jak w śnie zawiłym -

miesiąc ciała im biczem srebrzystym okrwawi:

będą we krwi po ziemi się wiły.


***

Noc


Za oknem odwilż liczy krople:

50, 100. W pokoju ciemno.

Posadzka skrzypi. To okropne

tak głupio cierpieć na bezsenność.


Przy łóżku siadła noc-rajfurka

natrętne myśli nudnie stręczyć:

"No, weź do ręki klucz od biurka....

No, spróbuj... Po co się tak męczyć..."


Rzędami książki: Szekspir, Dickens.

Turecki szal przez mole zżarty.

I nagle - wszystko dziwne, dzikie!

W fotelu duch. I gram z nim w karty.


Znajomy figlarz, też z Dickensa,

dyskretnie brzęczy mi łańcuchem.

Rozdaję. Ręce mi się trzęsą.

I gram. I wiem, że przegram z duchem.


Nie pokój, ale pusty przedział

zajmują damy, króle, asy.

Do świtu będę z nimi siedział,

pasażer nocny trzeciej klasy.

***

Gwiazdy

Pod gwiazdami tak trudno nieść

milczenie za ciężkie, za ciężkie...

To dlatego potrzebna pieśń

i łzy obfite, niemęskie.


Za wielki, za wielki świat

pod gwiazdami oglądam niemy.

Muzo moich trzydziestu lat,

dokąd płyniemy?


Lektury niepoprawne?

j.szern

Przeczytałam dziś w Wyborczej artykuł o cenzurowaniu powieści Marka Twaina - słowo "nigger" (obraźliwe dla murzynów) zastąpiono słowem "slave" - 219 razy... Wszystko to, by dotrzeć do "jak najszerszego grona czytelników" i do szkolnych bibliotek, które niechętnie przyjmują książki o nawet najdelikatniejszym wydźwięku rasowym.Postawa wydawcy spotkała się z krytyką - pracowników akademickich, nauczycieli i miłośników prozy Twaina, którzy przypomnieli, że jego książki nie mają wydźwięku rasistowskiego, a sam pisarz był zaangażowany w walkę o prawa człowieka i krytykował rasizm.

Cały artykuł znajdziecie tu:  http://wyborcza.pl/1,75248,8911302,Twain_ocenzurowany__Wydawcy_wykreslaja_slowa_na__n____.html#ixzz1AeG2dp00

Przy okazji tego artykułu przypomniałam sobie o innych próbach "cenzury" literackiej. Na życzenie wnuka Agathy Christie zmieniono tytuł jej najlepszej moim zdaniem powieści z "Dziesięciu murzynów" na "I nie było już nikogo" - by przez przypadek nie urazić osób czarnoskórych - zupełnie nie rozumiem w jaki sposób, skoro o nich nie ma tam ani słowa - a wierszyk o murzyniątkach stanowi jedynie klucz sposobu dokonywania morderstw...

Przypomniałam sobie kościelny indeks ksiąg zakazanych, na którym znalazło się swego czasu wielu pisarzy, którzy zmieniali oblicze światowej literatury, których uwielbiam i do których często wracam.

Przypomniałam sobie również cezurowanie baśni braci Grimm - bo zbyt okrutne, krwawe... Czy przypadkiem po drugiej wojnie światowej nie upatrywano również w nich wpływu na okrucieństwo Niemców? Pamiętam, że swego czasu takie opinie "obiły" mi się o uszy...

Nie lubię cenzurowania literatury. Zwłaszcza takiego, o jakim napisano w powyższym artykule. Literatura jest dla mnie sferą wolności - jej granice wyznacza pisarzowi czytelnik - kupując i czytając jego książki, albo je odrzucając - bo nie podobają mu się zawarte w jego twórczości treści.

Nie traktuję pisarza jako moralnego autorytetu - on opowiada historie, które z chwilą, gdy opuszczają jego szufladę, zaczynają żyć własnym życiem. Biorą je do rąk czytelnicy, którzy je czytają przez pryzmat swojej sytuacji i życiowych doświadczeń. Dopisują im sensy, których nie zawsze był świadomy twórca. Dokonują pod ich wpływem decyzji, zmieniają swoje życie albo zmieniają życie innych ludzi (nie zawsze za ich zgodą a często przy wyraźnym sprzeciwie). Czy jednak możemy oskarżać twórców za błędy, które popełniamy pod wpływem ich książek? Czy możemy usprawiedliwiać nasze złe decyzje przeczytanymi książkami? Zdradziłam męża po przeczytaniu książki o zdradzie - to wina pani X. Zamordowałem człowieka pod wpływem wiersza - zainspirował mnie pan Y. Wywołano wojnę pod wpływem książki - to wina autora/autorki Z.

Bez przesady...

Czytanie może być niebezpieczne - ale czy nie należy wobec tego - zamiast cenzurować - uczyć odbiorców interpretacji? Tłumaczyć - często długo i cierpliwie, że nie ma jednego sposobu odczytywania lektury? Pokazywać różne klucze, którymi można książkę otwierać? Moim zdaniem można przeczytać "Mein Kampf" i nie stać się nazistą i można przeczytać "Biblię" i stać się zbrodniarzem. To kwestia klucza i odbioru.

Cenzura i indeksy to wg mnie pójście na łatwiznę. Oczywiście, wiele osób odetchnie z ulgą, że dzieci, młodzież i osoby o zwichrowanej osobowości nie będą miały dostępu do książek, które mogą je "zatruć". Dla mnie to jednak pewnego rodzaju zbrodnia na tekście i obraza dla inteligencji odbiorcy. Czy cenzura i ograniczanie ma zastąpić uczenie tolerancji i dystansu, za co są odpowiedzialni rodzice i nauczyciele przy wsparciu mediów i całego społeczeństwa? Jakie to byłoby dla nas wygodne...

Uważam, że nie tylko ugładzone i oswojone książki powinny być czytane w domu i omawiane w szkole. Również te, które budzą kontrowersje. Młodzież ma naturalną tendencję do łamania zakazów - jeśli czegoś nie wolno, to zapewne trzeba tego spróbować. Zamiast skazywać ich na samotne poszukiwania może lepiej jest im podać teksty (lub fragmenty tych tekstów), które są uznawane za "trujące" - ukazać konteksty ich powstawania, pokazać ich skutki, wzbudzić dyskusję, ukazać różne sposoby interpretacji? Myślę, że to bardziej do nich przemówi niż proste "nie wolno".

Potrzebni są nam czytelnicy. Ale czytelnicy mądrzy i zdystansowani. Tacy, którzy potrafią odróżnić fikcję od rzeczywistości. I tacy, którzy mądrze decydują - do jakich lektur już dojrzeli, a jakie lepiej pozostawić na później. I tacy, którzy biorą odpowiedzialność za swoje decyzje - a nie przerzucają ją na autorów. A takiej postawy się uczy - przez dialog, a nie przez zakazy i cenzorskie nożyczki.

Poprawność polityczna jest dobra - ale w granicach rozsądku. Zdrowego rozsądku...

Ufff... Ależ się rozpisałam - miało być kilka zdań komentarza, a okazało się, że krótki artykulik wzbudził we mnie wiele emocji i przypomniał mi moje częste przemyślenia i wątpliwości. Myślę, że będę do tego tematu jeszcze wracać...

A co Wy myślicie o cenzurowaniu książek pod wpływem poprawności politycznej? Uważacie, że trzeba zakazywać czy uczyć czytania?

Bardzo jestem tego ciekawa...

Czytam nocą :)

j.szern

Postanowiłam wziąć udział w pierwszym wyzwaniu i do czerwca będę czytała nocą. Decyzja nie była trudna, plany mam ambitne - odkurzyłam półki w poszukiwaniu stosownych książek i odkryłam, że całkiem sporo tych "kwalifikujących się" posiadam. To mnie zaskoczyło - myślałam, że jest ich o wiele mniej. Nie ma to jak wybrać się w podróż wokół własnego pokoju :) Siłą rozpędu postanowiłam, że przeczytam wszystkie moje znaleziska.

A oto one:

  1. Stanisław Wyspiański: Noc listopadowa.
  2. Antoine de Saint-Exupery: Nocny lot.
  3. Fiodor Dostojewski: Białe noce.
  4. Shakespeare: Wieczór Trzech Króli.
  5. Małgorzata Domagalik, Janusz Leon Wiśniewski: 188 dni i nocy.
  6. E. M. Remarque: Noc w Lizbonie.
  7. Tadeusz Konwicki: Zorze wieczorne.
  8. Jerzy Andrzejewski: Ciemności kryją ziemię.
  9. F. Scott Fitzgerald: Czuła jest noc.
  10. Margaret Atwood: Morderstwo w ciemności.
  11. Tadeusz Boy-Żeleński: Reflektorem w mrok.
  12. John Ajvide Lindqvist: Wpuść mnie.
  13. Steve Hamilton: Zima pełni księżyca.
  14. Tana French: Zdążyć przed zmierzchem.
  15. Ingmar Bergman: Wieczór kuglarzy.

Jak widać - książek jest sporo, ale czas wyzwania na szczęście jest długi, a propozycje są na tyle różnorodne, że nie powinnam się przy ich poznawaniu nudzić. Dla mnie to świetna okazja, aby z jednej strony przewietrzyć "zapasy", a z drugiej strony - by zadbać o większe zróżnicowanie moich lektur (o obu "chciejstwach" pisałam wczoraj). Poza tym, zawsze będę mogła "przegryzać" innymi książkami.

Pierwsze wpisy pojawią się, jak skończę czytać i zrecenzuję A.S. Byatt oraz Erynie Krajewskiego (które tęsknie spoglądają na mnie z nocnego stolika). Chociaż pomyślałam - wkrótce Święto Trzech Króli - a gdyby tak przeczytać Wieczór Trzech Króli właśnie wtedy? Zobaczymy, co w czwartek z mojego pomysłu i zapału pozostanie :)

Recenzje będę publikować tutaj oraz na blogu wyzwaniowym. Nie jestem w stanie zmusić mojej przeglądarki, aby pozwoliła mi kopiować i wklejać wpisy - możecie mi coś doradzić?

Jak nic z nią nie zrobię, będę po prostu zmieniała się w skrybę (i spisywała tekst z ekranu, a później z kartki znów przenosiła na ekran), albo będę pisała dwie nieco różniące się formą (ale nie treścią) recenzje... Jedno i drugie będzie dość pochłaniające - a ile czasu na czytanie w tym momencie odejdzie...

 

 

Stary rok, nowy rok

j.szern

Stary rok, czyli spóźnione podsumowanie

Dokonywanie podsumowań w momencie rozpoczęcia przygody z blogowaniem o książkach może wydawać się dziwne. Trudno :) Ostatecznie nie od ubiegłego tygodnia zaczęłam czytać :)

W roku 2010 przeczytałam około 65 książek.

Piszę "około", dlatego, że mimo że staram się odnotowywać przeczytane książki, to jednak zapiski prowadzę nie zawsze regularnie. W rezultacie brakuje notatek z kwietniowego czytania - gdyby nie to, że czytam praktycznie codziennie, pomyślałabym, że w kwietniu nie przeczytałam nic - a to niemożliwe. Drogą dedukcji i męczenia mojej pamięci dokonałam pewnej rekonstrukcji - w kwietniu (bodajże) czytałam "Historyka" Kostovej, jakkolwiek głowy nie dam sobie za to odciąć (innych części ciała również). Ale niech mnie diabli, jeśli przypomnę sobie, co jeszcze... Inny rezultat mojego braku systematyczności pojawił się, kiedy przeglądałam notatki wakacyjne. Lipiec i sierpień to tradycyjnie czas, kiedy czytam najwięcej - mogę się bezczelnie i bez wyrzutów sumienia rozłożyć na kanapie na werandzie albo na hamaku i oddać się całodziennej lekturze, którą następnie kontynuuję nocą w łóżku. Zapiski na temat lektur wakacyjnych - chaotyczne, niechronologiczne i powyrywane z kontekstu - robiłam we wrześniu. Zabijcie mnie, ale nie wiem, czy uwzględniłam wszystko...


Nieco więcej niż połowę przeczytanych przeze mnie książek napisały kobiety (38). Owszem, jestem feministką, ale nigdy nie dobierałam sobie książek pod kątem płci autora. Pod tym względem kieruje mną jedynie moje własne "chciejstwo" - i tak niech pozostanie :)

Największe wrażenie zrobiły na mnie następujące książki (kolejność przypadkowa):

1. Sarah Waters, "Niebanalna więź"

2. Elizabeth Kostova, "Historyk"

3. Thackerey, "Targowisko próżności"

O nich też zapewne na blogu napiszę - a kiedy, nie mam pojęcia :)

Rok 2010 to rok kryminałów i thrillerów - przeczytałam ich 50 na 65 wszystkich lektur w skali roku. Polubiłam bohaterow stworzonych przez Marklund, Grimes, Marininę, Larsona, i wielu innych. Rozczarowań na tym polu było na szczęście niewiele - powieść Cooka ("Mózg") skutecznie zniechęciła mnie do kontynuowania znajomości z tym pisarzem, zawód sprawili mi Czubaj i Krajewski - czytałam "Róże cmentarne" z nadzieją, że przekonam się do tego tandemu po tragicznej moim zdaniem "Alei samobójców". Okazało się, że po raz kolejny sprawdziło się powiedzenie, że "nadzieja jest matką głupich"... :) Stanowczo wolę, jak Czubaj i Krajewski tworzą odzielnie...

To, co mnie w roku 2010 cieszy szczególnie, to założenie tego bloga. Wstawiam już trzecią notatkę :) Być może blogowicze z dłuższym stażem uśmiechną się w tym momencie z politowaniem - ale ja jestem z siebie zaiste dumna. Uwierzcie mi, tak daleko jeszcze w mojej blogowej przygodzie nie zabrnęłam :)

Nowy rok

Oscar Wilde (jeden z moich ulubieńców) napisał/powiedział swego czasu: "Dobre postanowienia to bezużyteczne próby przeciwstawienia się prawom nauki. Źródłem ich jest czysta próżność, a rezultat - absolutnie żaden."

Nie lubię robić postanowień noworocznych - większości z nich nie dotrzymuję, a to przynosi ze sobą niemiłe uczucie ściskania w dołku i goryczkowaty smak wyrzutów sumienia na języku. Zamiast o postanowieniach napiszę natomiast o tym, czego sobie życzę i czego sobie nie życzę w Nowym Roku - ergo o chęciach, a nie o musach :)

Nie chcę w nowym roku pobijać moich rekordów czytelniczych. Czytanie to przyjemność, gdy staje się przymusem - ciąży jak kamień u szyi i traci smak. Tempo czytania mam, jakie mam - niektóre lektury lubię czytać wolno, z innymi ścigam się, jak w konkursie jedzenia bigosu na czas ;)

Chciałabym natomiast, żeby ten rok stał się - jak to napisałam w opisie mojego bloga - rokiem domowego czytania. Mieszkam w pokoju z tysiącem i jedną książką. Dla niektórych odwiedzających mnie znajomych to realne obciążenie - nie tyle kieszeni, co półek i ścian. Patrzą oni nabożnie na półki, belki i podłogę i wyrażają zdumienie, ileż to książek mam i jak dużo czytam. Nie wyprowadzam ich ze złudnego przekonania, że znam te wszystkie książki, które posiadam, bo ciągle trwam w przekonaniu, że ich przeczytanie to tylko kwestia czasu :)

Trzy lata temu, wyprowadzając się z Domu do Małego Miasteczka, przywiozłam ze sobą kilka pudeł książek. To był mój bagaż podstawowy :) Po trzech latach mieszkania w Małym Miasteczku, które sąsiaduje z Wielkim Miastem, księgozbiór rozrósł się niekontrolowanie i rozpełzł się po pokoju. To efekt buszowania w koszach i pudłach na dworcach, na przypadkowych stoiskach, w antykwariatach i dostępności punktów odbioru zamówień sklepów takich jak Empik czy Merlin (dzięki którym mogłam kupować książki w promocjach bez konieczności płacenia za przesyłki). W dużej mierze to również efekt kilku prób (nieudanych - ale pewnego dnia to się zmieni) rzucania palenia - kiedy to brak dymka rekompensowalam sobie bieganiem po wyżej wymienionych miejscach.

W czasie listopadowej choroby, po podniesieniu się z łóżka i zwiedzeniu własnych zbiorów, autentycznie się przeraziłam. Stałam się bowiem posiadaczką mnóstwa książek, które rzuciłam na półki (lub gdziekolwiek) i skazywałam na wielkie "kolejkowanie". W tym roku chcę to zmienić. Nie twierdzę, że nie będę kupować nowych książek - dworce i antykwariaty, gdzie za złotówkę (nie przysłowiową, ale jak najbardziej realną) mogę uzupełnić księgozbiór, będą stanowiły zbyt wielką pokusę. Ale postaram się kontynuować "mądre kupowanie" - czyli taszczę ze sobą tylko to, co rzeczywiście chcę przeczytać i do czego chcę później wracać. I będę ograniczać moje szaleństwa. Nie mam takiego "przemiału", żeby czytać na bieżąco wszystkie zakupy, wizja emerytury jest odległa i niepewna (jak znam życie, zostanę objęta jakąś reformą, która wydłuży czas pracy i skróci czas emerytury - taka karma :) ), wakacje są za krótkie, święta - również, choroby - sporadyczne... Zapewne umrę ze świadomością, że nie przeczytałam większości książek, które są warte przeczytania - z tym się już pogodziłam. Ale - uwierzcie mi - nie chciałabym umierać ze świadomością, że nie przeczytałam tych, które mam na półkach :)

Nie mam większych planów związanych z "repertuarem" lektur na ten rok. Chcę wziąć udział w wyzwaniu "Od zmierzchu do świtu" (mam nadzieję, że dobrze zapisałam nazwę - ewentualnie czeka mnie edytowanie) - to będzie dla mnie świetna okazja do sięgnięcia do własnych zasobów.

Chciałabym również, żeby moje lektury były bardziej różnorodne. Jak pisałam wyżej, ten rok to czas kryminałów i jakkolwiek moja miłość do tego typu literatury jest trwała i niezmienna, to jednak odczuwam potrzebę zrobienia skoku w bok. Stąd czytanie w roku 2011 zaczynam z "Opętaniem" A. S. Byatt, a nie z "Niespokojnym człowiekiem" Mankella (który stoi cierpliwie na półce i czeka na swoją kolej). I już po stu stronach powieści Byatt wiem, że to udane rozpoczęcie roku :) Wkrótce podzielę się moimi wrażeniami.

Chciałabym w nowym roku więcej czytać w oryginale - mój angielski jest wprawdzie daleki od doskonałości, ale jestem w stanie w miarę płynnie czytać i nie zaglądać trzy razy na zdanie do słownika. Na klasykę jeszcze się nie porywam, ale proza współczesna i kryminały - jak najbardziej.


W Nowym Roku życzę Wam spotkania z książkami, które nie tylko dostarczą Wam przyjemności w czasie ich czytania, ale również obudzą w Was dobre wspomnienia i staną się dla Was inspiracją. Abyście, jak Teresa Mendoza, odkryli "z dreszczem strachu i rozkoszy, że wszystkie książki świata opowiadają o Was" :)



Włoski dla początkujących

j.szern

Maeve Binchy

 

Moja przygoda z twórczością Maeve Binchy zaczęła się pod koniec liceum albo na początku studiów. Nie pamiętam dokładnie...

Pełniłam wówczas odpowiedzialną funkcję domową - dostarczycielki książek z miejskiej biblioteki dla mojego mamidła. Jako łup z kolejnej rundy żeglowania między półkami z babską literaturą przyniosłam "Szklane jezioro". Zadowolona z siebie rzuciłam książkę na maminy stolik nocny i na tym pewnie skończyłaby się moja przygoda z twórczością Binchy, gdyby nie kryzys czytelniczy i pozytywne opinie, jakie mama wygłaszała pod adresem zdobytej dla niej lektury. Przeczytałam i nie pożałowałam. Wprawdzie treść książki wypłukała się z mojej pamięci (nie miałam wtedy zwyczaju notowania moich przemyśleń - może przez doświadczenia z prowadzeniem pamiętników w podstawówce - jak je przeczytałam po kilku latach to byłam szczerze zażenowana...), ale pozostawiła po sobie delikatny osad - dobre wrażenie, które sprawiło, że pomimo okładek (sami oceńcie), jakimi wydawnictwo "uszczęśliwiło" polskich czytelników - nadal mam ochotę powracać do powieści Binchy.

Z bohaterami "Kursu wieczorowego" spędziłam ostatnie święta. Ten rok był bowiem rokiem kryminałów i thrillerów - morderstwa, psychopaci, dzielni detektywi zaludnili świat mojej wyobraźni. W święta postanowiłam od nich odpocząć. Postanawiając dać wytchnienie moim "skołatanym nerwom" bez żalu zastąpiłam Mankella Binchy ;) Leżałam w łóżku, piłam hektolitry herbaty i powoli, nieśpiesznie przewracałam kolejne strony. Powieści Binchy mają bowiem swój rytm czytania - nie można przy nich pędzić z górki na pazurki, jest w nich coś, co spowalnia proces lektury - może wynika to z chęci poprzebywania w kreowanym przez nią świecie nieco dłużej?

"Kurs wieczorowy" opowiada o roku z życia kilku uczestników lekcji języka włoskiego, które zostały zorganizowane przy dublińskiej szkole Mountainview. Każdy z nich pochodzi z innego świata, innego środowiska i mierzy się z innymi problemami.

Aidan Dunne - nauczyciel łaciny, dobiegający pięćdziesiątki, żonaty, dzieciaty (dwie dorosłe córki). Z pewną rezygnacją, ale również bólem, obserwuje powolny rozpad więzi rodzinnych. Zanika poczucie wspólnoty i jego rodzina zmienia się w grupę osób, które z przyzwyczajenia mieszkają pod jednym dachem, jedzą przy wspólnym stole i rzucają od czasu do czasu w przestrzeń uwagi, mające przełamać momenty ciszy. Aidan próbuje znaleźć przyczyny tego stanu rzeczy, ale możliwe odpowiedzi go nie satysfakcjonują. Ucieka zatem w pracę - poświęca się szkole, ale nawet na tym polu odnosi porażkę...

Signora, która prowadzi kurs, spędziła we Włoszech 23 lata - żyjąc w małym miasteczku na Sycylii jako kochanka Maria, młodzieńczej miłości. Z okna swojego pokoju obserwowała jego ślub, narodziny i dorastanie kolejnych dzieci. Powoli aklimatyzowała się w obcym dla siebie środowisku. Po śmierci ukochanego wraca do Dublina - z jedną walizką, bez pieniędzy i bez perspektyw...

Lou - młody, nieco odpychający szorstkością pracownik sklepu elektrycznego. Flirtujący ze światkiem przestępczym uosabianym tu pod postacią Robina - człowieka, który ma więcej wspólnego z obrazem włoskiego mafioso, kierującego się specyficznym kodeksem przestępczym, niż z bandziorami z naszego lokalnego podwórka :) Lou zapisuje się na kurs językowy, by móc oddać pewną (nielegalną) przysługę Robinowi...

Bill jest młodym urzędnikiem bankowym, przyjacielem jednej z córek Aidana. Niezamożny, silnie związany z rodzicami i niepełnosprawną siostrą Olivią. Jest ambitny, ale zna również granice swoich możliwości. Typ mężczyzny - odpowiedzialnego, statecznego, po prostu dobrego - o którym zwykle się mówi, że trafia na zupełnie nieodpowiednie dla siebie kobiety, które jego dobroci nie potrafią docenić. I prawidłowość ta nie omija również Billa, który chwilami chciałby przestać kochać kapryśną i wymagającą Lizę...

Kathy jest uczennicą liceum Mountainview. Pracowita, ale mało błyskotliwa. Jej starsza siostra poświęca swoje szczęście osobiste, aby dać Kathy szansę na sukces życiowy, którego sama nigdy nie osiągnęła. Tymczasem dziewczyna odkrywa tajemnicę, która zmieni jej życie...

Laddy - starszy mężczyzna, uznawany w dzieciństwie za opóźnionego w rozwoju, wieczny optymista, po którym nikt nie poznałby, że jego dzieciństwo i młodość bynajmniej nie upłynęło w sielankowej atmosferze...

Fiona - niepozorna, zakompleksiona dziewczyna, żyjąca u boku chłodnych i dyrektywnych rodziców. Pozbawiona własnego zdania i spragniona miłości...

Conny - przyjeżdżająca na kurs BMW, obwieszona biżuterią (w okolicy Mountainview to zachowania dość ryzykowne), matka czworga dzieci i żona znanego przedsiębiorcy irlandzkiego...

Binchy pozwala nam poznać biografie każdego z tych bohaterów - ich przeszłość i ich próby zmierzenia się z wyzwaniami teraźniejszości. Obserwujemy przemiany, jakie zachodzą w ich życiu i cenę, jaką za nie płacą.

Czego w tych biografiach nie ma... Są zdrady małżeńskie, przemoc domowa, nieślubne dzieci, kłamstwa, przestępstwa, morderstwo, próby samobójcze, zawiedzione nadzieje... Ale jest również w tych bohaterach ogromna wola życia i chęć zmierzenia się z własnym losem, odnalezienia szczęścia na przekór wszelkim przeciwnościom. Binchy opisuje traumatyczne wydarzenia i trudne wybory ze spokojem - takie sytuacje po prostu się zdarzają - ostatecznie, ilu z nas doświadczyło ich na własnej skórze lub miało okazję obserwować je w swoim otoczeniu? To się po prostu zdarza, takie jest życie - mawiamy często buntując się w skrytości serca. Siłą powieści jest jednak to, że pokazuje, że owe traumy nie muszą determinować całego naszego życia. Wszystko zależy od naszego nastawienia - od własnej interpretacji, stworzenia definicji, nawet - niekiedy - dokonania "egzorcyzmów" nad własną biografią.

Binchy pokazuje, jaką siłą są w tym procesie relacje międzyludzkie. Jesteśmy zwierzętami społecznymi - potrzebujemy innych ludzi i niekiedy ci, którzy pozornie nie należą do naszego świata, ci, od których najmniej spodziewamy się zrozumienia czy empatii, mogą nam pomóc - nie tyle udzielić pożytecznych rad, ile dodać otuchy, być wsparciem w podejmowaniu walki z życiem.

Można oczywiście stwierdzić, że przemiany są skutkiem magicznych niemalże zabiegów Signory. Bo ta kobieta ma w sobie jakąś magię i przypomina dobre wróżki z bajek czytanych dzieciom. Jej opanowanie, godność, spokój, a jednocześnie radość życia i niezwykła pogoda ducha, pomagają uczestnikom kursu otworzyć się i dokonać niezbędnej korekty swoich życiorysów.

Ale to tylko częśc prawdy - Binchy pokazuje bowiem, że bez własnego zaangażowania i podjęcia aktywnej próby przemiany, wysiłki innych ludzi, ich wsparcie, pójdą na marne.

Nie ukrywam, że szczególnie poruszyły mnie historie Aidana, Fiony i Conny - każde z nich miało w sobie coś, co mogłabym odnieść do własnego życia, z czym mogłabym się po części identyfikować. Opowiadała przez nich Binchy o moich własnych "demonach" i lękach :) Bo z pozoru - rodzina, małżeństwo, dzieci - dają szansę spełnienia, są polisą, która ma nas zabezpieczyć przed samotną starością. Tylko czy na pewno warto jest zabiegać o nie tylko dlatego, że tak wypada? Albo dlatego, że się czegoś boimy?

Binchy nie wprost zadaje w powieści te pytania. Jednocześnie - unikając natrętnego moralizowania - skłania również do zastanowienia się nad pozorami, wśród których żyjemy i sposobami klasyfikowania przez nas ludzi. Ostrzega przed szufladkowaniem i uleganiem stereotypom. Kto powiedział, że osoba bogata i opanowana musi być koniecznie szczęśliwa? Albo - czy mają rację nauczyciele, którzy wrzucają uczniów do przegródek: "mało błyskotliwy", "nie ma szansy na studia", "nie poradzi sobie w życiu"? , itp.

Książka Binchy przypomina mi zapach moich ulubionych perfum. Kwiatowo-owocowe. Ciepłe, ale nieduszące. Delikatne, ale również z charakterem. Słodkie, ale zawierające też pewną nutę goryczy.

To, czym mnie jeszcze Binchy w "Kursie wieczorowym" ujęła, to niedopowiedzenia, które pozostawiła (pozornie) kończąc powieść happy endem. Siedzę teraz i zastanawiam się, jak Conny ułoży sobie życie? Co zrobi Lou, jeśli na jego drodze znów stanie Robin? Jak będzie wyglądało spotkanie Fran i Paula? Jak skończy się podróż Fran i Kathy do Stanów Zjednoczonych? Czy Bill będzie szczęśliwy z Lizą? Jak na plany Aidana zareaguje jego żona, Nell? Czy rodzice Barry'ego będą znów szczęśliwi?

Jestem bardzo ciekawa...


 

© bibliotheke
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci