Menu

bibliotheke

BARDZO spóźnione podsumowanie :)

j.szern

Od kilku lat coraz większą niechęcią myślę o Sylwestrze. Nie rozumiem szumu, który niektórzy ludzie robią wokół dnia, który dla mnie jest kolejnym dniem wykreślanym w kalendarzu. Nie rozumiem obowiązek dobrej, koniecznie „szampańskiej”, zabawy w mniej lub bardziej dobranym gronie… Bywam również oceniana przez pryzmat sposobu, w jaki ten dzień spędzam – w bamboszach, z książką i herbatą zakrapianą rumem.  A taki sposób spędzania TEGO dnia to niechybny znak, że: a) nikt mnie nie chce; b) nikt mnie nie lubi; c) nie mam znajomych, którzy łaskawie by zaopiekowali się mną w ten dzień; d) nie umiem się bawić, itp.

Niewiele osób jest w stanie zrozumieć, że ostatnio najbardziej cenię sobie święty i niepokalany spokój. A źródłem tego spokoju są dla mnie książki i samotność. Pracując nieustannie z ludźmi – czy chcę, czy nie chcę – muszę się do nich odzywać (wyjątek to sporadyczne lekcje, na których są klasówki, wypracowania, czytania ze zrozumieniem). A nawet kiedy już mówię – nie mogę mówić wszystkiego. Inaczej – mówić mogę wszystko, ale nie wszystko mówić się opłaca ;) Rok 2011 dobitnie mnie tego nauczył. Na szczęście odkryłam, że kręgosłup to wyjątkowo elastyczna część ciała i nastawiłam go tak, żeby przestał przypominać grzechotkę po każdym uderzeniu w mur. Na ile skuteczne były te zabiegi – ocenię w grudniu 2012 roku ;)

***
W 2011 roku przeczytałam 80 książek w  całości i 3 rozgrzebałam, tzn. przeczytałam ponad połowę z nich i skończyłam je w już na początku stycznia. Zdarza mi się – niestety – odkładać niekiedy książki w czasie czytania, zwłaszcza, jeśli stwierdzam, że na ten typ lektury w danym momencie nie mam ani czasu ani atłasu. Tak było np. z Fitzgeraldem (Czuła jest noc), do którego podchodziłam w minionym roku trzy razy i dopiero trzecia próba zakończyła się wątpliwym sukcesem. Wątpliwym, bo niby owszem – książkę przeczytałam – ale kosztowało mnie to sporo zdrowia (psychicznego) i jestem pewna, że mój dentysta nie będzie dumny ze stanu moich plomb, bo niemiłosiernie zgrzytałam zębami w czasie lektury ;) Czyli koszty zdrowia fizycznego też być może z czasem doliczę.

Czytelniczo pozornie wypadam lepiej niż w 2010 roku, kiedy to przeczytałam ok. 64 książek. Owszem, czytałam więcej, bardziej różnorodnie, ale z drugiej strony, zdarzało mi się również sięgać po książki, które nie oszałamiały objętością i liczyły sobie po sto parę stron. To były najczęściej opowiadania lub zbiory opowiadań, nad którymi – paradoksalnie – spędzałam zwykle więcej czasu, niż nad przysłowiowymi grubaskami ;)
Opowiadania to moje pierwsze „przeprosiny” z ubiegłego roku. Długo je lekceważyłam, bo wychodziłam z założenia, że porwać mnie może jedynie książka o rozbudowanej akcji. Tymczasem autorzy, z którymi miałam okazję się zetknąć, zdołali przypomnieć mi, że nie liczy się objętość książki, liczba bohaterów, ale wrażenie, jakie są w stanie na mnie uczynić. Tym większa chwała pisarzom, którzy potrafią na kilku stronach zamknąć bogactwo wrażeń, jakie mają być może czytelnicy opasłych powieści XIX-wiecznych. Dziękuję Margaret Atwood, A. S. Byatt, Manueli Gretkowskiej (tej ostatniej zwłaszcza za Sandrę K.) i kilku innym autorom, którzy swoimi krótkimi formami osłodzili mi kilka dni i wieczorów.

W 2011 roku „przeprosiłam się” również z biblioteką. W rzeczonej instytucji bywam dość nieregularnie – wyznacza to zwykle rytm wyjazdów do domu na większe święta lub długie weekendy – ale cenię sobie możliwość wypożyczenia książek, które nie są od jakiegoś czasu wznawiane lub „bzdurek”, na które natykam się przez przypadek i które mogę przeczytać bez konieczności wydawania na nie pieniędzy. Swoją drogą, odbyłam dziś – przy moim ulubionym stoisku z książkami na dworcu – cichą medytację na temat dostępności książek w bibliotekach. Próbowałam się zdecydować, czy wolę kupić książkę Selmy Langerlöf czy thriller Deavera. Obie książki były w identycznej cenie, ale torebkę miałam wypchaną – więc byłam w stanie wcisnąć tam tylko jedną (nie lubię mieć zajętych rąk w warszawskiej komunikacji). Nie miałam wątpliwości, że pisarką bardziej uznaną niż Deaver jest Langerlöf. Ale… Pomyślałam, że Langerlöf w mojej miejscowości nie cieszy się na pewno taką popularnością (przypuszczam, że „klasyka” nie cieszy się taką popularnością w żadnej miejscowości) jak książki sensacyjne, a ostatnio miałam okazję obalić mit dostępności kryminałów w mojej bibliotece. Są, owszem, ale w nieustannym czytaniu. Można je zamawiać i rezerwować przez Internet, ale trzeba się po nie następnego dnia zgłosić. W moim przypadku ta ostatnia możliwość w normalnym tygodniu pracy zwyczajnie odpada. Próbowałam w ten sposób w czasie moich dwóch bytności w domu zdobyć książki Karin Slaughter z serii hrabstwo Grant. Dostałam część piątą i teraz będę polować na pozostałe i czytać je – ku swojemu strapieniu – niechronologicznie. Nie mniej jednak biblioteka pozwala mi na pewną spontaniczność, która ogranicza w pewnym stopniu moje wyrwy w portfelu.

W minionym roku zapisałam się również do różnych wyzwań. W wyzwaniu „Klasyka literatury popularnej” nie zamieściłam żadnego postu. Wstyd. Ciągle odkładałam to na później, ale obiecuję sobie, że w tym roku chociaż ze 2-3 „klasyczne” pozycje przeczytam – nie można żyć samą literaturą współczesną, choć ja nie ukrywam, na polu tej ostatniej mam sporo braków do nadrobienia. W wyzwaniu dotyczącym twórczości Kraszewskiego byłam nieco bardziej aktywna, choć nadal na recenzję czeka dawno temu czytana Macocha. A na przeczytanie kilka innych książek tego z kolei „klasyka”. O moich perypetiach z recenzowaniem wspominałam ostatnio i nie zamierzam się nimi szczególnie przejmować. Nic nie stoi na przeszkodzie, bym o książkach czytanych w roku 2011 pisała w roku 2012 ;) I to również zamierzam uczynić.
W trzecim wyzwaniu Od zmierzchu do świtu odniosłam – subiektywnie – największy sukces. Przeczytałam 14 książek z 15 założonych (Wyspiański mnie jednak przerasta, a wystarczyło mi sarkania nad Fitzgeraldem – moja cierpliwość czytelnika ma również granice). Ponownie – nie udało mi się zrecenzować wszystkich przeczytanych książek, ale – j. w. – prędzej czy później o nich napiszę. Udało mi się natomiast zebrać nieco książek, które w tematyce tego wyzwania się mieszczą, zatem zamierzam je przeciągnąć – na własny użytek – w nieskończoność ;)

Na blogach pojawiały się ostatnio zestawienia książek, które zrobiły na blogerach największe wrażenie. Podsumowując czytelnicze doświadczenia, muszę z satysfakcją stwierdzić, że udawało mi się przeważnie dobierać sobie lektury, które wywoływały we mnie zachwyt, spełnienie lub przynajmniej nie rozczarowały mnie. Owszem, pojawiło się kilka min – o których pisałam na blogu – nie mniej jednak, jestem pod pewnym wrażeniem moich czytelniczych wyborów, które świadczą o tym, że może nie tyle wiem, co czytać ogólnie (bo w literaturze „ą” „ę” akurat się nie specjalizuję), ale przynajmniej z reguły jestem świadoma, co kiedy czytać, by zapewnić sobie maksimum czytelniczego spełnienia.

W ubiegłorocznym podsumowaniu pisałam o tym, że postaram się czytać literaturę bardziej różnorodną – ponieważ rok 2010 zdominowały kryminały. I te zamierzenie, które bynajmniej nie było żadnym postanowieniem noworocznym (tych z zasady nie czynię), udało mi się zrealizować. W roku 2011 przeczytałam trochę kryminałów, ale stanowiły one mniej więcej 1/3 czytanych przeze mnie książek. Co ciekawe, wyraźnie zaczęły dominować od jesieni – czyli od momentu, kiedy wróciłam do pracy z wakacji. Nie od dziś wiem, że najlepiej stres odreagowuję przy tego typu literaturze i pewnie nie jest to przypadek, że w  czasie dwóch morderczych tygodni przed feriami przeczytałam 4 kryminały ;)


***


Na Nowy Rok postanowień nie robię (poza tym, jest na nie za późno). Bezpieczniejszą formułą jest dla mnie „postaram się” zamiast „muszę” czy „postanawiam” – nie wymaga ode mnie tak skrupulatnego rozliczania się z własnym sumieniem. Wystarczy mi stres wywołany zwykle na wiosnę koniecznością rozliczenia podatków ;) Nie mniej jednak kilka rzeczy chciałabym spróbować w roku 2012.


Pierwszą będzie udział w wyzwaniu, które zostało skrojone jak na moje potrzeby. Polega na czytaniu książek z własnych zasobów, które nabyłam przed rokiem 2012. Tych akurat mi nie brakuje – w ubiegłym roku dokonałam wielu interesujących zakupów, które zaczęły się pokrywać kurzem (bo jednak nadal potrafię kupić więcej niż przeczytać). Pierwszy poziom wyzwania mam zamiar osiągnąć w tym tygodniu. Aspiruję do poziomu czwartego – 16 książek lub więcej i po cichu liczę na to, że jak stachanowiec w PRL-u wyrobię przynajmniej dwieście procent normy. Nie zdecydowałam się na tworzenie osobnej kategorii do wpisów w ramach tego wyzwania, ale będę je oznaczała tagiem Z PÓŁKI.


Podsumowując moje czytelnicze wybory z ubiegłego (i nie tylko) roku, doszłam do wniosku, że jestem straszną literacką konserwą. Wybieram głównie prace autorów europejskich lub amerykańskich – tymczasem kilka kontynentów nadal czeka, aż postawię na nich moją czytelniczą stopę. Nie mam w sobie za grosz pasji odkrywcy, ani tym bardziej pasji podróżnika, ale chciałabym spróbować dać szansę w tym roku autorom z Azji, Afryki, Australii czy Ameryki Południowej. Ergo – zaczynam literacką podróż pod hasłem „terra incognita”. A ilustracją muzyczną tej wyprawy niech będzie moja ulubiona kompozycja z płyty Armanda Amar „La terre vue du ciel”. Wielbiciele twórczości Amara znają go zapewne jako kompozytora muzyki filmowej – płyta, z której pochodzi utwór „Civilisation” została stworzona jako muzyczne tło do wystawy zdjęć przyrodniczych. Do tej pory żałuję, że nie mogłam tej wystawy zobaczyć – ale pocieszam się muzyką. Jeśli w moich czytelniczych wyborach uda mi się kiedykolwiek osiągnąć taką harmonię połączenia Wschodu i Zachodu, jaką uzyskał Amar w tym utworze – to będę bardzo spełnionym człowiekiem.



Na zakończenie dodam, że postaram się również (hmm… coraz bardziej brzmi to jak wyliczanie postanowień noworocznych, ale trudno) częściej aktualizować bloga i szybciej odpowiadać na komentarze. Ostatnio miałam kryzys pisarski i tak niewiele czasu nawet na sen, że cieszę się na najbliższe dwa tygodnie, w czasie których (mając do dyspozycji nieco lepszy Internet, niż ten, którym dysponuję na co dzień) nadrobię zaległości w lekturze Waszych blogów :)


Acha, i postaram się, żeby następny wpis był bardziej „konkretny” i książkowy :) Co nie znaczy, że krótszy.




Rocznica :)

j.szern

Rok temu założyłam tego bloga. Było to moje trzecie podejście i dawałam sobie maksymalnie tydzień. Znana jestem ze słomianego zapału. Tymczasem wytrwałam już rok, napisałam o kilku książkach, poznałam (wirtualnie) grupę ludzi, którzy lubią pisać i rozmawiać o tym, co jest (poza spaniem) moją największą pasją.

Poza nowymi znajomościami, pisanie bloga zaowocowało zupełnie nowym spojrzeniem na książki. Czytam wolniej, uważniej – często z ołówkiem w ręku. Mam przy sobie kolorowe karteczki (powoli odzwyczajam się od zaginania rogów, ale niezupełnie), na których robię notatki. Więcej pamiętam, więcej kojarzę, więcej myślę o przeczytanych książkach. Przez ten rok odkryłam, że najbardziej lubię pisać o książkach z dystansu. Po miesiącu, dwóch, czasami po dłuższym czasie. Jak już mi się uleżą, przefiltrują, jak będę mogła sprawdzić, co mi zostanie z pierwszego zachwytu albo z konsternacji – jaki osad we mnie pozostawią (lub nie).

Dziękuję wszystkim, którzy przez ten rok towarzyszyli mi w tej wirtualnej przygodzie. Wpadali od czasu do czasu, czytali, komentowali – Wasza obecność zawsze była dla mnie ogromną motywacją. I jednocześnie mam nadzieję, że skoro wytrwałam do pierwszej, to wytrwam i do drugiej rocznicy.

Szampana wprawdzie dziś pić nie będę, ale i tak zamierzam uczcić ten dzień (a właściwie pozostały mi wieczór) - czytaniem thrillera (nadal odpoczywam od ambitniejszych lektur) i pisaniem recenzji ”Zatrutego ciasteczka” A. Bradley’a.

 

P. S. Jeżeli macie jakieś uwagi dotyczące wyglądu bloga – to chętnie o nich poczytam :) Zazdroszczę ludziom, którzy potrafią dodawać do bloga banery, bawić się szablonami – ja nadal jestem w tych kwestiach zielona. Ale jeśli będzie takie zapotrzebowanie – postaram się coś zmienić :)



24 godziny

j.szern

Dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane… Biorąc pod uwagę ilość moich postanowień (czynionych w duchu, sercu, czy tam w innym organie wewnętrznym), że będę systematycznie prowadziła bloga, dochodzę do wniosku, że moja droga do piekła będzie wyjątkowo długa, kręta i zarazem gładsza niż wszystkie polskie autostrady razem wzięte ;]

Plan na grudzień miałam ambitny – odrobić chociaż część zaległości. Tymczasem od ponad dwóch tygodni nie mam nawet siły, żeby na blog wchodzić, a co dopiero pisać. Na czytanie siłę znajduję – głównie w soboty, kiedy to zwijam się na fotelu i obgryzając paznokcie czytam rekreacyjnie literaturę przywracającą mi normalność – czyli kryminały.

Jestem mistrzynią w wynajdywaniu sobie powodów do odczuwania wyrzutów sumienia. Ale do tej listy nie chcę dodawać tego, co jest dla mnie przyjemnością – a nie obowiązkiem – czyli blogowania. Kiedyś napiszę o książkach, które czytam. Jak się wyśpię i zregeneruję, jak nabiorę dystansu do tego, co przeczytałam (bo najbardziej lubię pisać nie na bieżąco, ale po przetrawieniu – po sprawdzeniu, ile we mnie z książki zostaje po kilku miesiącach). To mój plan minimum i maksimum na święta. I wejdzie w życie już za dwadzieścia cztery godziny.

Kończę ogarnianie pokoju, segreguję książki (niech tymczasowy, świąteczny lokator ma zapewnione bezsenne noce), wybieram te, które zabiorę ze sobą do domu.

Jutro – jutro jeszcze chwila w pracy. A później iluzja kilku dni wolności i błogosławiona perspektywa łóżka i śmierci budzików.

***

Jestem dziś tak zmęczona, że moje odczucia/przemyślenia/wnioski dotyczące mojej konstrukcji psychicznej doskonale wyraża ta piosenka:

Jakość jest dziwna - bo to wersja koncertowa. Innej nie znalazłam. Mniej się dla mnie liczy wykonanie - a bardziej istotny w tym kontekście jest tekst.

Przypomina mi czasy głębokiej i wcale nie „błogosławionej” podstawówki. Wtedy tylko intuicyjnie przeczuwałam, czym jest dorosłość. Teraz odczuwam ją na własnej skórze. Mimo że dobiegam powoli (?) trzydziestki, nadal nie wiem, co oznacza to słowo. Chyba dostosowanie do zasad panujących w świecie. No to się staram dostosować - naprawdę - i przy okazji staram się nie słyszeć, jak podstępnie chrzęści mój kręgosłup. Kiedyś mawiałam, że prędzej pozwolę sobie złamać rzeczony kręgosłup, niż ugnę karku. Teraz już nie jestem tego taka pewna. Może jednak z wiekiem kości nabierają (paradoksalnie) pewnej elastyczności? Zatem - ta elastyczność to póki co moja definicja dorosłości. Wiem, nie jest zadowalająca. Macie jakieś inne propozycje?

Odnoszę też niekiedy wrażenie, że ludzie zbyt dosłownie biorą sobie do serca radę, żeby „kopać mnie w głowę” :) Ale jeśli to przyniesie mi „ozdrowienie” – to ja poproszę jeszcze kilka lat takich jak ten rok :) Wtedy na pewno będę zdrowa. Czy inni będą przy mnie szczęśliwi?... Nie wiem. I prawdę mówiąc – jak już się wyleczę z mojej wrodzonej naiwności (zwanej też przez niektórych idealizmem) – będzie to ostatnie pytanie, które będę sobie zadawać ;]



Wehikuł czasu

j.szern

Słonimski

Pisałam niedawno o Wielkich i niewielkich Krzywickiej i siłą rozpędu usiadłam po raz któryś tam do Alfabetu wspomnień Słonimskiego. Uczta…

Słonimski jest znany w podręcznikach jako poeta. Nawet w Alfabecie… podpisy pod zdjęciami konsekwentnie głoszą: „Poeta”. Błąd. Nawet najlepsze wiersze tego twórcy nie mają nawet w najmniejszym stopniu takiej siły rażenia jak jego felietony. Kiedy czytam jego poezję mam zwykle wrażenie, że forma go ogranicza, że wchodzi w rolę, która jest mu zupełnie nieprzyjazna i sam źle się w niej czuje – poety, który to staje na piedestale, to ten piedestał kontestuje. Stoi niejako, jak Donald Tusk w słynnym bon mocie Nelli Rokity, „w rozkroku”. To w felietonach i recenzjach ujawnia się zaangażowanie i pazur Słonimskiego, jego styl będący mieszanką uroczej bezczelności, wściekle ostrego poczucia humoru i inteligencji, której niewielu mogło dorównać.

Najbrzydszy (subiektywnie) ze Skamandrytów, ale za to obdarzony wściekłą inteligencją i niewyparzonym językiem. Uganiały się za nim podobno najpiękniejsze  kobiety szalonych lat dwudziestych i trzydziestych. Wcale mnie to nie dziwi, bo osobowością i inteligencją mógł Słonimski pobić na głowę największych ówczesnych amantów kina, teatru i salonów. A jeśli w alkowie był w stanie osiągnąć choć połowę tej giętkości i finezji, jaką prezentuje w swojej prozie... Baśnie tysiąca i jednej nocy – bez cenzury ;)

O ile felietony Słonimskiego – są dostępne w sprzedaży, o tyle Alfabet wspomnień, z niezrozumiałych dla mnie względów od lat nie był wznawiany. A szkoda, bo to książka ważna, pełna uroczych błyskotek, humorystycznych, subiektywnych, ale mimo wszystko cennych – bo przynoszących ze sobą perspektywę świadka. Pisany w latach 70-tych jest pozbawiony tego ciężaru i kontekstu epoki, który był obecny w Wielkich i niewielkich Krzywickich, i o którym przy okazji recenzji wspominałam. Inna sprawa, że wówczas Słonimski, pod wpływem swojego młodego sekretarza, pisał różne listy-protesty doprowadzające do białej gorączki ówczesnych polityków*.

Jako że pisał tę książkę Słonimski pod koniec życia, można spojrzeć na nią jako na swoisty obrachunek z przeszłością i próbę uporządkowania swoich wspomnień. Nadaje im Słonimski formę alfabetu i szeregując je nie według znaczenia i ważności, ale właśnie w porządku alfabetycznym.

To właśnie forma tych wspomnień może przyciągnąć uwagę czytelnika, ale również zadziwić tych, którzy znają chociaż pobieżnie dorobek autora. Sam Słonimski przyznaje, że choć w poezji uprawia formy tradycyjne, to jednak nie przestaje być „poszukiwaczem nowych form wyrazu”. Swoją decyzję o takim, a nie innym sposobie „podania” swoich wspomnień, uzasadnia we wstępie tak:

We wspomnieniach męczy czytelnika współczesnego stara konwencja prozy opisowej. Owe wszystkie „było to w zimny wieczór wiosenny” lub „działo się to w mroźny poranek lipcowy”. Pisząc o ludziach, i to w kolejności alfabetycznej, wyzwalamy się z tego balastu, omijać możemy osoby nie nadające się jeszcze do wspomnień lub już niewarte wspomnienia. Możemy od razu przystępować do rzeczy. (s. 5)

Forma ta może jednak w czytelniku zrodzić pewnego rodzaju konfuzję: jak czytać tę książkę? Oczywiście, można „kanonicznie” – od deski do deski. Pierwszy raz czytałam ją tak właśnie. Teraz jednak dochodzę do wniosku, że nie jest to jednak sposób najlepszy – przypomina to bowiem czytanie od deski do deski encyklopedii. W związku z tym proponuję sposób drugi – czytaj to, co cię interesuje. Wybieraj sobie hasła, błądź po alfabecie, zacznij od tego, co znasz – a na później zostaw sobie odkrywanie tajemnic. Szukaj w tej książce tego, co cię interesuje i przygotuj się na niespodzianki.

Słonimski bowiem, choć koncentruje się w swoich wspomnieniach na ludziach, potrafi zadziwić – a oto przykład:

DULSKA. Klacz. Jako „resident in England”, stale w Londynie grywałem na wyścigach. Kiedyś w stawce startującej w Ascot znalazłem konia, który nazywał się „Dulska”. Pewnie jakiś Polak, jak ja mieszkający w Anglii, uczcił tak bohaterkę arcydzieła Zapolskiej. Pomyślałem, że gdyby ta „Dulska” wygrała, a ja nie grałbym na nią, czułbym się zdrajcą narodowym i plułbym sobie w brodę do końca życia. Postawiłem dziesięć szylingów i wygrałem dwadzieścia sześć funtów. Ale oddałem te funty, bo „Dulska” już nigdy więcej biegu nie wygrała, a ja obstawiałem ją uparcie przez dwa sezony.

Nie tylko o ludziach i zwierzętach pisze Słonimski, ale również o miejscach, historii swojej rodziny, tekstach literackich... Pisze z dyskretnym humorem i swadą, często bywa kąśliwy i ironiczny. Jednocześnie jego wspomnienia mają ten błysk, który sprawia, że nie można go potraktować tak, jak często ma się ochotę potraktować niektórych starszych ludzi, którzy uparcie próbują nas zatrzasnąć w wehikule swoich wspomnień.

Moich ulubionych haseł nie będę cytowała nawet we fragmentach. Ale zdradzę, że na poprawę humoru niewiele mi tak pomaga jak wspomnienia o przygodzie Słonimskiego, Witkacego i Gucia Zamoyskiego w starym kinie czy przypadki Władzia Grabowskiego. I jeszcze np. prezenty imieninowe dla Makuszyńskiego. Mam tę książkę pod ręką zawsze, ilekroć sięgam po jakieś prace poświęcone okresowi dwudziestolecia międzywojennego – i wielbicielom tej epoki szczególnie Alfabet wspomnień polecam. Nie jest to, oczywiście, pełny obraz tej epoki (zwłaszcza, że Słonimski pisze również o czasach wojennych czy powojennych), ale doskonała lektura uzupełniająca.

Warto na koniec oddać głos samemu Słonimskiemu. Niech ten głos będzie i zapowiedzią, i przestrogą co nas czeka, kiedy zdecydujemy się wsiąść do jego wehikułu czasu:

Ostrzegam, że „Alfabet wspomnień nie jest wartościowaniem i nie może służyć za źródło informacji czy dokumentacji, gdyż są to moje najzupełniej osobiste wspominki, impresje czy impertynencje. Czasem będzie to zaledwie parę linijek, czasem parę stron poświęconych kolejnym hasłom. Pisząc o innych oczywiście biorę pod uwagę przede wszystkim samego siebie. Wspomnienia młodości często bywają złudne, jak wrażenia motyla z czasów, gdy był gąsienicą, lub wspomnienia suchego patyka z czasów kwitnących gałęzi. Oczywiście moje wspomnienia porównać by można do cyklu: gąsienica, poczwarka, motyl. Piszę tylko o ludziach nieżyjących. Z małymi wyjątkami, zwłaszcza gdy chodzi o cudzoziemców. Uprzedzam, że na żadne próby hermeneutyczne lub pieniactwa odpowiadać nie będę. (s. 6)

 ___

*) Wspomina o tym Tadeusz Konwicki w Portrecie jąkającego się chłopca (Zorze wieczorne), przy okazji charakterystyki Adama Michnika, który właśnie rzeczonym sekretarzem  („pierwszym sekretarzem” – jak podkreślał zawsze jego pracodawca) Słonimskiego był. Pisze o ich znajomości Konwicki tak:

I potem przez kilka lat stanowili z Antonim dziwny tandem. Słonimski zajmował pozycję i zażywał szacunku ojca narodu. Adaś krążył koło niego jak młodociany uczeń, adiutant czy oficer do specjalnych poruczeń. Antoni był potężnym starym rekinem, Adaś malutką płotką-pilotem.

(…) Antoni był człowiekiem wybrednym. Wybrednym również towarzysko. Uzbrojonym w zabójczy dowcip. To on przecież zdobył się na morderczą ripostę, kiedy zbliżył się do niego pewien krytyk proreżimowy i odezwał się z wahaniem: „Panie Antoni, pan mnie pewnie uważa za wielką świnię”. Na to Antoni: „O wielkości nie ma mowy”.

Więc ten Antoni, taki cierpki, taki nieprzystępny, taki już klasyczny i legendarny, więc ten Antoni przygarnął Adasia albo go Adaś podbił i zniewolił. I odtąd już chodzili we dwóch. Do kawiarni i podważać system. Do knajpy i wysadzać państwo w powietrze. (s. 202 – 203)



Literatura kobieca

j.szern

 Kolejny "wypis" z Morderstwa w ciemności (to wchodzi mi już w nałóg, ale nie mogę się powstrzymać).

Margaret Atwood w siedmiu punktach opisuje literaturę kobiecą i męską oraz różnice pomiędzy nimi. Robi to w sposób ironiczny, zdystansowany i jednocześnie tak syntetyczny, że trudno mi wycinać z tego szkicu jakieś zdania. Każde z nich jest  ważne – każde z nich znaczy.

Liczba siedem w Biblii jest uznawana za symbol doskonałości i pełni, połączenie doskonałości boskiej i ludzkiej. Atwood nie dąży w swoim szkicu do naukowego wyczerpania problemu literatury kobiecej – pisze subiektywnie, o własnym doświadczeniu tego rodzaju książek. Nie mniej jednak udaje jej się – w jakiś paradoksalny sposób – oddać w tych kilku punktach to, co mi samej kojarzy się z pojęciem „literatury kobiecej”.

Dla mnie to tekst ważny, bo rozpracowuję właśnie kilka polskich autorek piszących o prowincji, których pisarstwo można zaliczyć do literatury kobiecej. Albo literatury dla kobiet. Do tekstu Atwood przyjdzie mi się jeszcze zapewne  odwoływać nie raz i nie dwa. Już teraz, w czasie czytania powieści, patrzę na nie przez pryzmat szkicu Atwood.

 

Zgadzacie się z kryteriami, którymi wg pisarki „rządzi się” literatura kobieca? A może dorzucilibyście coś do jej listy?

 

 

LITERATURA KOBIECA

DLA LENORE

 1.  Męskie powieści są o mężczyznach. Kobiece też, ale z innego punktu widzenia. Można wyobrazić sobie powieść męską bez żadnej postaci żeńskiej, może z wyjątkiem gospodyni albo klaczy, ale nie ma powieści kobiecej bez mężczyzny. Zdarza się, że mężczyźni umieszczają w męskich powieściach kobiety, pomijając niektóre ich części – na przykład głowę albo ręce. W kobiecych powieściach też opuszcza się pewne części mężczyzn. Czasami jest to odcinek pomiędzy pępkiem i kolanami, czasami poczucie humoru. Trudno mieć poczucie humoru w pelerynie, w wichurze i na wrzosowisku.

Kobiety na ogół nie piszą takich powieści, jakie cenią mężczyźni, za to mężczyźni słyną z pisania powieści uwielbianych przez kobiety. Niektórzy uważają, że to dziwne.

2.    Lubię czytać powieści, w których strój bohaterki dyskretnie szeleści na jej piersi, albo dyskretne piersi szeleszczą pod suknią; w każdym razie mus być jakiś strój, jakieś piersi, jakiś szelest, a zwłaszcza dyskrecja. Dyskrecja przede wszystkim, jak mgła, opary, przez które lekko tylko przezierają zarysy rzeczy. Błysk różu w mroku, szmer oddechu, atłas spływający na podłogę, który co odsłania? Mniejsza o to. Naprawdę nieważne.

 3.  Mężczyźni wolą bohaterów twardych i stanowczych – twardych wobec mężczyzn i stanowczych w stosunku do kobiet. Czasami taki bohater traci głowę dla kobiety, ale zawsze jest to błąd. Kobiety nie przepadają za bohaterkami, które są twarde i stanowcze. Powinny być za to twarde i delikatne. To rodzi trudności językowe. Kiedy ostatnio analizowaliśmy język, wciąż dominowały wyrazy jednosylabowe i męskie, ale ginęły szybko w ośmiorniczych ramionach wielozgłoskowców, szepczących im z pajęczym wdziękiem: najukochańsza, najukochańsza.

 4.    Powieści mężczyzn są o tym, jak zdobywa się władzę. O zabijaniu i innych podobnych rzeczach albo o zwyciężaniu lub czymś w tym rodzaju. Tak samo jest w powieściach kobiet, choć tu metoda jest inna. W powieściach mężczyzn zdobywanie kobiety albo kobiet odbywa się jednocześnie z ze zdobywaniem władzy. Jest dodatkiem, a nie środkiem. W powieściach kobiet zdobywając mężczyznę, zdobywa się władzę. Mężczyzna jest władzą. Nie chodzi jednak o seks; mężczyzna musi kochać. Bo i po co całe to klęczenie u jej stóp, u skraju krynoliny, na perskim dywanie, jak sądzisz? No, wypowiedz to przynajmniej. Skoro nie ma nic więcej, wystarczy werbalizacja. Kocham. I teraz możesz już wstać, nie umarłeś od tego, prawda?

 5.   Nie mam już ochoty czytać o smutnych sprawach. Nie chcę żadnej przemocy, strachu, nic z tych rzeczy. Żadnych pogrzebów na końcu, choć mogą być jakieś w środku. Jeśli musi być śmierć, to niech będzie i zmartwychwstanie, a przynajmniej niebo, żebyśmy wiedzieli, gdzie jesteśmy i czego się trzymać. Depresja i nędza dobre są dla dwudziestoparolatków, oni to zniosą, nawet lubią, bo mają jeszcze dużo czasu. Ale prawdziwe życie szkodzi – lepiej go nie dotykaj, bo możesz dostać pryszczy i pomieszania zmysłów. Oślepniesz.

Ja chcę szczęścia z gwarancją, radości na okrągło, okładek, na których są pielęgniarki albo panny młode, inteligentne, ale nie za bardzo inteligentne dziewczyny, z równymi zębami, z temperamentem, z dwiema piersiami tej samej wielkości i bez niepotrzebnych włosów na twarzy. Chcę takich, na które można liczyć i które dają poczucie bezpieczeństwa, które zmienią bohatera z potencjalnego rozpustnika i zabójcy w dobrze wychowanego ziemianina o czystych paznokciach i przyzwoitym słownictwie. Zawsze, powinien mówić. Na zawsze. Nie chcę już czytać książek, jeśli nie kończą się słowami na zawsze. Niech pieszczą i gładzą mój wzrok, ale nigdy pod włos.

 6.       Niektórzy uważają, że powieścią kobiecą jest taka książka, w której nie ma ani słowa o polityce albo o stosunkach. Inni – że nie może być w niej zbyt wielu operacji, medycznych oczywiście. Jeszcze inni – że chodzi o książkę, która nie daje szerokiego, panoramicznego obrazu naszych ciekawych czasów. No cóż, ja osobiście chciałabym jednak taką, którą mogę zostawić na stoliku, nie bojąc się, co będzie, jeśli wpadnie w ręce dzieci. Sądzisz, że to bez znaczenia? Mylisz się.

 7.       Miała przerażone oczy dzikiego ptaka. Mam bzika na punkcie takich zdań. Chciałabym umieć pisać coś takiego bez zażenowania. Chciałabym móc przeczytać to bez zażenowania. Gdybym tylko potrafiła robić te dwie proste rzeczy, czuję, że mogłabym spędzić czas przydzielony mi na tej ziemi jak perła zawinięta w aksamit.

Miała przerażone oczy dzikiego ptaka. Ba, ale którego? Czy sowy uszatej albo kukułki? To przecież różnica. Nie potrzeba nam już pisarzy z pedantyczną wyobraźnią, którzy nie potrafią przeczytać słów: ciało gazeli, żeby nie myśleć od razu o pasożytach jelit, ogrodach zoologicznych i smrodzie.

Miała dzikie spojrzenie nieoswojonego zwierzęcia, czytam. Niechętnie odkładam książkę, zaznaczam wciąż kciukiem pasjonujący fragment. On za chwilę zmiażdży ją w ramionach, przyciśnie swoje gorące, zachłanne, mocne, pożądliwe wargi do jej ust i wtedy jej piersi wymkną się spod sukni, a ja nie mogę się skupić. Metafora wodzi mnie za nos przez labirynt, i nagle otwiera się przede mną cały Raj. Jeżozwierze, łasice, guźce i skunksy, spojrzenia dzikie, złośliwe lub nijakie, chamskie  albo flegmatyczne i chytre. Cóż za męka, przeczuwać to romantyczne, tak bliskie, a tak nieosiągalne drżenie ciemnoskrzydłego motyla, który przywarł do przejrzałej brzoskwini – i nie móc zanurzyć się, smakować i chłonąć. Którego? szepcę w obojętne powietrze, nie licząc na odpowiedź. Którego?

 

 

 

 



© bibliotheke
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci