Menu

bibliotheke

Bohema i Inni

j.szern

Irena Krzywicka

Irena Krzywicka to bez wątpienia jedna z najbarwniejszych postaci dwudziestolecia międzywojennego. Synowa Ludwika Krzywickiego, kochanka Boya-Żeleńskiego, przyjaciółka i znajoma najwybitniejszych artystów tej epoki. Wiele takich kobiet było w rozmaitych epokach – przetrwały one w anegdotach o wybitnych twórcach, szczupłych, rzucanych mimochodem wzmiankach w ich opasłych biografiach. I tyle. Kto wie, czy Krzywicka nie podzieliłaby ich losu, gdyby nie fakt, że sama parała się literaturą i postanowiła dać świadectwo o tamtych czasach. I stworzyć – a właściwie ugruntować swoją legendę biograficzną. Legendę „gorszycielki”.

Kiedy czytałam Wyznania gorszycielki, zwróciłam uwagę na tytuł. Przypomniał mi nieco Wyznania św. Augustyna. Są podobieństwa pomiędzy dziełami – oba traktują o drodze i przemianie. Oba są próbą zmierzenia się ze swoim życiem. Pewnego rodzaju spowiedzią. Krzywicka ogłasza swoją niedługo przed śmiercią. Tyle, że w przeciwieństwie do dzieła Augustyna, w jej spowiedzi brakuje tego, co stanowi jedną z podstaw tego sakramentu. Nie ma tam skruchy. Jest natomiast żal – bynajmniej nie żal za grzechy, ale żal za utraconymi czasami młodości i barwnymi przeżyciami.

Czy to przypadek, że Krzywicka koncentruje się w swojej autobiografii na szalonych latach dwudziestych i trzydziestych? Nie sądzę. Był to okres, kiedy żyła pełną piersią. Szokowała poglądami i swoją postawą. Do tej pory dla niektórych środowisk jest ona ikoną feminizmu. Bo w Krzywickiej niewiele było pruderii i zakłamania. Mówiła otwarcie o swoim feminizmie, o problemach związanych z aborcją, dyskryminacją, edukacją seksualną. Ramię w ramię z Boyem-Żeleńskim stawała do walki o świadome macierzyństwo, a jej postulaty w dzisiejszych czasach brzmią nadal niepokojąco świeżo i aktualnie.

Druga wojna światowa to przełomowy czas w życiu Krzywickiej. To czas, kiedy rozpada się jej dotychczasowe życie. Czas, kiedy traci ukochanego syna, swojego kochanka (rozstrzelany przez Niemców w Lwowie) i męża (rozstrzelany przez Rosjan). Przyjaciele opuszczają kraj, a ona z pięknej i wyrafinowanej kobiety zmienia się w istotę, która po prostu chce przetrwać.

O reszcie życia – z tego, co pamiętam, pisze niewiele. Z ciekawości sprawdziłam wówczas, kiedy zmarła. Zdziwiłam się – po wojnie żyła jeszcze przez prawie pięćdziesiąt lat. Był to czas, kiedy nie tylko wegetowała za granicami Polski, ale również tworzyła – powieści, artykuły… Patrząc na zestawienie jej prac – to właśnie okres powojenny przynosi teksty, które można ująć w bibliografii pod postacią konkretnych tomów. Tyle, że wówczas już nie była „gorszycielką”…

Wielcy i Niewielcy to zbiór wspomnień i szkiców, które powstały właśnie w okresie powojennym. Unosi się nad nimi cień nostalgii za utraconymi przyjaciółmi i utraconym światem. Ludzi, o których wspomina tu Krzywicka, znała osobiście i spotykała. Niekiedy były to spotkania przelotne, innym razem łączyły ją z nimi więzi przyjaźni, rodzinne lub uczuciowe.

Kogo my tu nie znajdziemy… Osoby znane i pamiętane i takie, których nazwiska przyprószył dawno kurz dziejowy. Artystów, pisarzy, działaczy społecznych czy politycznych. Nazwiska olśniewają: Witkacy, Pawlikowska – Jasnorzewska, Barbusse, Tuwim, Korczak, Mauriac, Rolland, Romains, Duhamel, Krzywicki, Szczuka, Jaracz, środowisko Reduty, Boy-Żeleński (i inni). To właśnie temu ostatniemu poświęca Krzywicka najwięcej miejsca w swoich wspomnieniach – ale to już temat na oddzielny wpis.

Pisząc o nich Krzywicka nie pretenduje do stworzenia pełnych portretów. Przeciwnie – dostajemy do ręki zbiór luźnych szkiców i wspomnień, wypełnionych anegdotami, których celem jest przede wszystkim ocalenie od zapomnienia tego, co jeszcze można ocalić. Krzywicka chce dać świadectwo o tych ludziach, których spotykała i tym czasom, za którymi tęskni. Ma jednocześnie świadomość ulotności wspomnień – i bardzo często przychodzi jej się pochylić nad nietrwałością swej pamięci – np. wtedy, kiedy opisuje swoje pierwsze spotkanie z przyszłym teściem, Ludwikiem Krzywickim, i jest w stanie odtworzyć wrażenie, jakie wywarło na niej mieszkanie czy menu z obiadu, a za grosz nie pamięta, o czym wówczas ze słynnym naukowcem rozmawiała.

Ponieważ materią twórczą jej szkiców są wspomnienia – trudno przy ich spisywaniu o zachowanie obiektywizmu. Krzywicka jest subiektywna do bólu. Pisząc sięga do własnych zasobów pamięci – nie wertuje książek biograficznych, artykułów, prac krytyczno-literackich. Dlatego warto czytając ten zbiór pamiętać, że nie jest on pracą naukową, ale zbiorem wspomnień, szkiców, anegdot – często zabawnych, często wzruszających – nie mniej jednak pisanych z perspektywy świadka, a nie badacza.

Równie interesujący, jak portret bohaterów, których wspomina Krzywicka, jest wyłaniający się spomiędzy kolejnych wersów, portret własny autorki. Krzywicka to postać niejednoznaczna, która w tych tekstach oscyluje pomiędzy „skromnością” (ja, zahukana panna, która przez przypadek dostała się na salony literackie), a poczuciem własnej, dość wygórowanej wartości (można niekiedy odnieść wrażenie, że autorka wręcz się „chwali” swoimi znajomościami). Cóż, skromnością i pokorą Krzywicka raczej nie grzeszyła… ;)

Nie można zapomnieć, że jeszcze jeden cień unosi się nad tą książką. Cień czasów, w których powstała. To, co łączy większość opisanych przez nią postaci to lewicowa wrażliwość. Często są to komuniści lub socjaliści – lub sympatycy tych idei.

W związku z tym kontekstem o wyrozumiałość dla Krzywickiej prosi  w Posłowiu jej syn, Andrzej, który tak pisze o okolicznościach powstania książki:

Została ona wydana pół wieku temu i nosi znamiona tamtych smutnych czasów. Chociaż nie ma w niej wprost mowy o polityce, niektóre sformułowania mogą być irytujące dla czytelnika niepamiętającego tamtego politycznego kontekstu. Warto więc krótko przypomnieć ów kontekst i jednocześnie poprosić o pewną wyrozumiałość dla autorki, która pisała pod presją ostrożnego, z konieczności, wydawcy, cenzury i względów taktycznych. Bo tak już wtedy było, że aby coś przemycić, trzeba było też coś odpuścić i napisać zdanie, którego właściwie nie miałoby się ochoty napisać. Ważne tu są wspominane fakty, a nie okolicznościowe komentarze.

Większość zebranych tekstów powstała w drugiej połowie lat pięćdziesiątych. Okoliczności właśnie zmusiły komunistów do istotnej liberalizacji. To nadal była dyktatura, ale już nie masowy terror. Zaczęły się ograniczone kontakty z Zachodem. Lewicująca inteligencja, do której matka się zaliczała, otrząsała się stopniowo z ogłupienia, jakiemu uległa wcześnie, w dużej mierze z racji własnej politycznej ślepoty. Początkowo w środowisku, w którym dorastałem, dominował tak zwany rewizjonizm, to znaczy przekonanie, że jakkolwiek panujący ustrój jest fatalny, da się go naprawić, pozostając wiernym podstawowym założeniom doktryny. Głosiło to wówczas wielu skądinąd mądrych ludzi, z Leszkiem Kołakowskim na czele. Teraz dobrze rozumiemy, że to była iluzja. Doktryna socjalistyczna, wzięta en bloc, mimo pięknych haseł prowadzi do tyranii, kiedy się ją chce na serio wprowadzać w życie. Jest to wynikiem jej wewnętrznych sprzeczności, fałszywych założeń. Dawid Hilbert, wielki niemiecki matematyk, powiedział swego czasu, że jeśli się mu pozwoli przyjąć, że           2 + 2 = 5, to on podejmie się wykazać, że czarownice na miotłach wylatują z kominów. Socjalizmu „ z ludzką twarzą” nie udało się oczywiście zbudować, ale paradoksalnie to właśnie dawni rewizjoniści, zbrojni w swe doświadczenie, przeobrazili się w najskuteczniejszych przeciwników komunizmu.

Matka myślicielką polityczną nigdy nie była, ale niewątpliwie chłonęła panującą dookoła polityczną atmosferę. Stąd wspomnienia o ludziach skrajnej lewicy, z którymi się zetknęła jako młoda dziewczyna. Nie przypadkiem wspomina tylko tych, którzy zostali później zamordowani przez bolszewików. Oni w jej oczach mieli „ludzkie twarze”, w przeciwieństwie do peerelowskich możnowładców. Jacy byli naprawdę, nie mam pojęcia, wiem o nich tyle, ile można wyczytać w internecie. Matka ich wspomina rzewnie, ale swoje osiemnaście lat zawsze tak się wspomina. Wierzę, że nie byli prostakami, choćby z racji swego urodzenia. Ale jakimikolwiek kierowali się złudzeniami i nadziejami, partia, w ramach której działali, zajęła w 1920 roku stanowisko, którego nie sposób określić inaczej niż jako powtórkę z Targowicy. Tak to odebrała większość narodu i matka przypuszczalnie też, bo się od nich odsunęła. A mój ojciec, który nie był jeszcze jej mężem, tylko jednym z najbliższych przyjaciół, i którego poglądy podzielała, zaciągnął się na ochotnika do wojska, żeby bronić Polski. Dosłużył się stopnia porucznika, za co zapłacił w dwadzieścia lat później w Katyniu (ściślej w Charkowie, ale to na jedno wychodzi). (s. 230-231)

Ten cień może niektórych – tych, którzy pamiętają PRL od nieco innej strony niż tej przedstawianej w komediach Barei – od tej książki odrzucić. Nie mniej  jednak – nawet ich – zachęcam do tego, żeby poświęcili jeden lub kilka wieczorów na lekturę Wielkich i Niewielkich. By uniknąć ewentualnej irytacji polecam ominięcie szkiców: Wera Kostrzewa, Wacek Wróblewski czy Klub imienia Rechniewskiego. To w nich szczególnie ujawnia się patetyczny i nieco wpadający w kanonizację styl, z którym swego czasu miałam okazję się zetknąć w czasie lektury wydanej zaraz po wojnie biografii Hanki Sawickiej, pióra jej przyjaciółki. Hanka Sawicka została przedstawiona niemal jak komunistyczna wersja św. Teresy od Dzieciątka Jezus…

Warto sięgnąć po książkę Krzywickiej. Warto, bo to pozycja obowiązkowa dla wielbicieli autorki oraz szalonych lat dwudziestych i trzydziestych. Warto, bo o również książka, która mimowolnie staje się świadectwem czasów, w których powstała. Warto wreszcie, choćby po to, by się przekonać, że postaci, które znamy najczęściej z ich twórczości i suchych biografii zamieszczanych w podręcznikach szkolnych – były ludźmi. I po to, by obejrzeć je oczami kobiety, która znała je, spotykała, rozmawiała z nimi, flirtowała…

Książkę Krzywickiej wypożyczyłam z biblioteki, ale po zakończeniu lektury zamówiłam własny egzemplarz. Nie jest to w tym przypadku tylko i wyłącznie odruch „kolekcjonerki” – okres dwudziestolecia międzywojennego to moja ulubiona epoka literacka i wiem, że do tekstów autorstwa słynnej „gorszycielki” będę wracała nie raz i nie dwa – choćby po to, by jakąś anegdotą lub cytatem ubarwić moje wpisy. Czekając na przesyłkę przygotowałam dla książki Krzywickiej miejsce specjalne – tuż obok Alfabetu wspomnień Słonimskiego – niewznawianej od dawna, upolowanej na allegro, książki, do której równie chętnie lubię wracać.

 

 



Polubić mężczyzn

j.szern

Ach, ta Atwood… Nie mogę wyrzucić jej z głowy – jak siedzi w głowie, to przelewa się na klawiaturę (zamiast kolejnych recenzji). Pisanie o jej tekstach jest trudne – bo co mogę dodać do tego, co jest już skończone i pełne?

Ona chciała tylko opowiedzieć jak polubić mężczyzn. Tymczasem słowa wymykają się jej spod kontroli. Są gonitwą myśli i skojarzeń. Surrealistycznym obrazem przepełnionym podskórnym strachem i obawą.

Gdybyśmy podłączyli mózg kobiety pod projektor  i zapytali ją, „jak polubić mężczyzn?” – czy właśnie ten zapis, który opowiada w swoim szkicu Atwood, zobaczyłybyśmy na ścianie?

To jak polubić tych mężczyzn? Skoro nie w kawałkach? :) Od czego zaczniemy?

***

Nadeszła pora, by znów polubić mężczyzn. Od czego zaczniemy?

Mam osobiste upodobanie do karku, bo podoba mi się to słowo, leciutko futrzaste. Ale większości z nas, zwłaszcza początkującym, radzę, by zaczynały od stóp i posuwały się w górę. Zaczynanie od głowy i wszystkiego tego, co w niej jest, byłoby doświadczeniem zbyt gwałtownym i bolesnym. Potem jest pępek, dołeczek narodzin, ślad oderwania od łodygi, coś, co nas łączy – możesz na niego popatrzyć i powiedzieć: ach, więc on też jest śmiertelny. Tylko że to bywa za blisko tych pasków i suwaków, które przysparzają ci tyle zmartwień, a przecież szukasz pocieszenia. On jest mięsożercą, a ty wegetarianką. Jakoś musisz sobie z tym poradzić.

A więc stopy . Proponuję stopy, są zakończone różowymi palcami, nieszkodliwe. Niestety, myślisz o skarpetkach, które leżą na podłodze i czekają, żeby je podnieść i wyprać. Szybciutko dodaj buty. Lepiej? Skarpety są schowane w środku, przypuszczalnie czyste.

Przyglądasz się butom, lśniącym, ale nie za bardzo – nie chcesz, by mężczyzna był brudasem i flejtuchem, ale nie może też być pedantem – i zaczynasz się odprężać. Buty są miłe i kulturalne, nie czarne, ale w szlachetnym odcieniu brązu. Żadnych krzykliwych łączeń dwóch kolorów, żadnych podwyższanych obcasów. Buty tańczą, stopy są w nich w środku, tańczą doskonale i zwinnie. Jesteś zachwycona, myślisz o Fredzie Astairze, mężczyźni znów ci się podobają. Myślisz o całowaniu tych stóp, powoli, oczywiście po porządnym wyszorowaniu, stopy rozstawiają szeroko palce, zwijają się z rozkoszy. Lubisz sprawiać przyjemność? Przesuwasz językiem po podeszwie i stopy wydają jęk. Wie, co ma robić, i robi to dobrze. Seksowny.

Ale gumowe buty nie są jedyne. Choć nie chcesz ciągnąć dalej, nie możesz się zatrzymać. Myślisz o butach do jazdy konnej, ze złowrogą szpicrutą; ale nie jest tak źle, należą do innego świata i do historii. Buty kowbojskie, dwa, stąpające szeroko, łup, łup, na głównej ulicy, za chwilę padną strzały. Ostroga, w pachwinie. Facet to tylko facet, ale po co to? Wysokie buty żołnierskie, tak wypucowane, że możesz się przejrzeć w prawym, kiedy lewy podnosi się i obcasem ląduje na twoim nosie. Teraz widzisz całe ich szeregi, maszerują, maszerują, patrzysz z poziomu ulicy, bo leżysz. Siła oznacza prawo miażdżenia, dwóch trzyma ci nogi, dwóch – ręce, piąty wpycha w ciebie ostre narzędzie, bagnet, szyjkę stłuczonej butelki, to nawet nie jest wojna, to park, plac zabaw dla dzieci, małe czerwone i żółte koniki, środek dnia, ludzie przyglądają ci się zza zamkniętych szyb samochodów. Później policjant spyta cię, co zrobiłaś, żeby to sprowokować. Buty to jednak nie jest najlepszy pomysł.

Ale z tego, że wszyscy gwałciciele są mężczyznami, nie wynika, że wszyscy mężczyźni gwałcą, mówisz sobie. Rozpaczliwie próbujesz zatrzymać obraz człowieka, którego kochasz, a także lubisz, ale teraz jest już piaszczysta równina, domy zrównane z ziemią, wznoszą się słupy dymu, okopy wypełnione po brzegi, głowy o gnijących twarzach, matki, dzieci, dziewczyny i chłopcy, także mężczyźni, zmieniają się w czaszki, kto to zrobił? Kto określa wroga? Jak można lubić mężczyzn?

A jednak nadal wierzysz, że to możliwe. Jeśli nie wszystkich, to przynajmniej niektórych, może dwóch, albo chociaż jednego. To wymaga aktu ofiary. Oto jego stopa, wystająca z pościeli, śpiąc, naga, jak w chwili narodzin. Może tam właśnie musisz wrócić, żeby dojść po jego śladach aż tutaj, przebyć całą drogę, krok po kroku. Żeby zacząć. Jeszcze raz i jeszcze raz.





Czego pragną kobiety?

j.szern

A. S. Byatt

Zbiór opowiadań A. S. Byatt jest składa się z trzech opowieści (Bajka o najstarszej księżniczce, Oddech smoka i tytułowej – Dżinn w oku słowika). Dla tych, którzy mają już za sobą doświadczenie w postaci lektury Opętania, ta pozycja będzie miłym relaksem*. Mogą jednakże również doznać rozczarowania, ponieważ w miejsce wielowątkowości i bogactwa form i treści najsłynniejszej chyba w Polsce książki Byatt, dostaną trzy pozornie nieskomplikowane i niewymagające opowieści. Być może potraktują ten zbiór jako przystawkę do dania głównego, urocze koreczki, które cieszą oko, ale nie sycą – mogą najwyżej pobudzić apetyt. Ostatecznie, w Opętaniu znajdziemy baśnie – obok wierszy, poematów, rozpraw naukowych i listów…

Tymczasem prostota opowieści Byatt jest zwodnicza. W swoim zbiorze autorka sięga do dwóch tradycji baśni – z jednej strony, w Bajce o najstarszej królewnie czy w Oku smoka mamy nawiązanie do tradycji europejskiej, z drugiej w Dżinnie w oku słowika – do tradycji baśni arabskich spod znaku Tysiąca i jednej nocy. W tej ostatniej zanurzamy się w Orient jak w ciepłe fale Morza Śródziemnego. To świat magii, który uwodzi nawet główną bohaterkę – trzeźwo myślącą Angielkę, Gillian Perholt.

Byatt nie tylko nawiązuje do tradycji baśni czy wyznaczników tego gatunku (m. in. motywy: wędrówki, mędrca, walki dobra ze złem czy przenikanie się świata nadprzyrodzonego z realnym, itp.) – również zręcznie z nimi gra. Podobnie postępuje z językiem baśni, którym chętnie posługuje się, by opisać nie tylko czasy, których daty nie idzie ustalić, ale także i naszą współczesność (której nadaje przez to wymiar uniwersalny). Sami posłuchajcie:

Dawno, dawno temu, kiedy ludzie śmigali w powietrzu na metalowych skrzydłach i stąpali po dnie morskim upłetwionymi stopy, ucząc się mowy wielorybów i śpiewu delfinów, kiedy płetwoskóre, diamentowe zjawi teksańskich pastuchów i pięknych hurys migotały o zmierzchu na wzgórzach Nikaragui, kiedy mieszkańcy Norwegii i Tasmanii głęboką zimą śnili sen o truskawkach, daktylach, guawach i passiflorze, a nazajutrz znajdowali je na swych stołach, żyła sobie kobieta w zasadzie nieważna i dlatego szczęśliwa.

Trudniła się opowiadaniem historii, choć nie była mądrą i sprytną królową, żyjącą w lęku, iż o świcie przyniosą jej kir żałobny, ani naquibombalek – przewodniczką, wiodącą szacha przez bramę snu, ani też aszik – kochanką pieśniarką, opiewającą Meheda Zdobywcę i podbój Bizancjum. Ani nawet kobietą-derwiszem w skórzanej mycce i portkach, wymachującą toporem lub laską, aby straszliwym stał się jej cień. Nie była to mehmet, snująca niewiarygodne opowieści na dworze osmańskim lub w bazarowej palarni kawy; była to zaledwie kobieta-narratolog, istota drugorzędna, która pędziła przygarbione dni w czeluściach ogromnych bibliotek, dociekając, interpretując i rozszyfrowując bajki dzieciństwa oraz reklamy świata dorosłych, nieskończone romanse złocistych spijaczy kawy i perypetie erotyczne lekarzy i pielęgniarek, książąt i skromnych dziewic, muzyków i amazonek. Czasami kobieta owa także latała. (s. 33)

Każda z tych opowieści jest zarazem cichą medytacją nie tylko nad naturą baśni, ale również i jej schematami. Każdy z bohaterów – tak jak i my – uwięziony jest w swojej opowieści i jej schematach, i na swój sposób próbuje je przełamać. To mądrość baśni – czytanych w dzieciństwie samodzielnie lub przy udziale rodziców - pomaga im zerwać ze schematem i pójść o krok dalej – w kierunku pełnego życia. Pełnia ta może mieć wiele wymiarów – może być to szczęście w małżeństwie, rodzicielstwo, spełnienie w pracy, młodość, radość czerpana z każdego dnia, z każdego oddechu. Nie ma bowiem uniwersalnego wzoru na szczęście, mimo że możemy odnieść wrażenie, że w baśniach go otrzymujemy - królewna zawsze odnajdzie swojego księcia i będą żyli długo i szczęśliwie, podczas gdy zła macocha zostanie skazana na wyrafinowane tortury. To jednak właśnie one uczą nas tego – poprzez symbole – że droga do szczęścia jest długa i kręta, a samo szczęście jest zwykle okupione jakąś stratą. Pisze o tym sama Byatt w Baśni o najstarszej królewnie:

- Jesteś urodzoną bajarką – powiedziała Stara Pani. – Miałaś dość rozumu, by dostrzec, że jesteś schwytana w bajkę, i dość rozumu, by zamienić ją na inną. Przejawiłaś także szczególną mądrość, pojmując, że ciąży na tobie klątwa – będąca również błogosławieństwem – która sprawia, że bajka jest dla ciebie ciekawsza niż wszystkie przygody. Być może inne młode kobiety nie zważałyby na zwierzęta, ostrzegające przed Drwalem, i wolałyby przekonać się same. Może postąpiłyby mądrze, a może głupio – to już ich bajka. Lecz ty posłuchałaś Karalucha i przyszłaś tutaj , gdzie zbieramy baśnie i snujemy opowieści, gdzie naprawiamy to, co da się naprawić, i dociekamy tego, co naprawić się nie da, gdzie żyjemy sobie cichutko, nie próbując zmieniać świata. Nie mamy tu własnej opowieści, jesteśmy wolni, jak wolne są stare kobiety, które nie muszą przejmować się Królewiczami lub Królestwami, lecz ciekawe są wszystkich istot i zawsze tańczą zawsze same. (s. 18)

Czy nie na tym właśnie polega mądrość opowieści, którymi żyjemy jako dzieci i o których zapominamy jako dorośli?

Macie w domu zbiory baśni? Braci Grimm, Perraulta, Andersena czy innych autorów? Może dziś albo jutro, zanim zaśniecie, weźmiecie do rąk tomiki, które być może pamiętacie z czasów dzieciństwa swojego lub swoich dzieci i sami sobie przeczytacie jedną opowieść na dobranoc.

A jeśli nie – sięgnijcie po książkę Byatt. Nie tylko po to, by jeszcze raz, niekiedy po wielu latach, poczuć się jak dzieci – ale również by wraz z nią poszukiwać odpowiedzi na pytanie „Czego pragną kobiety?”. Bo o tym też są jej opowieści.

 ___

*) Słowo „relaks”, którego użyłam w kontekście prozy Byatt może być odebrane jako drobne nieporozumienie, zwłaszcza, że deklarowałam kilkukrotnie, że nic mnie tak nie relaksuje jak babska gazeta i wanna pełna piany ;) Przy jej książkach „relaks” nabiera innego wymiaru – można go porównać do masażu – tyle, że miłej stymulacji podlega nie ciało, lecz umysł. Przedzieram się przez budowane przez nią zdania wolno i z namysłem. Z Opętaniem spędziłam miesiąc. Z Dżinnem… tydzień. O Opętaniu do tej pory nie jestem w stanie napisać – za co przepraszam wszystkich oczekujących na ten wpis. Niemoc nie wynika z zaników pamięci, ale po prostu z niemożności ogarnięcia w jednym wpisie wszystkich wrażeń, których mi ta książka dostarczyła. Może w końcu przekuję tę niemoc na metaforę – jak to zrobiłam przy okazji recenzji Zorzy wieczornych Konwickiego, z których opisem zmagałam się też przez kilka miesięcy.

Anioły i owady i Cień w słońcu A. S. Byatt zostawiam sobie póki co na czasy, kiedy będę mogła czytać te książki bez nerwowego spoglądania za okno autobusu w celu sprawdzenia, czy właśnie nie przegapiłam mojego przystanku :)



Kobieta i mężczyzna

j.szern

Latem 2005 roku pojechałam do Warszawy. Miałam ambitny plan zakotwiczenia się w Bibliotece Narodowej na tydzień – dwa i szukania materiałów do mojej pracy magisterskiej. Nie przewidziałam tylko jednej rzeczy – że Narodowa zostanie zamknięta na czas akurat mojego przyjazdu. Pocałowałam klamkę – a właściwie – metalowe pręty ogrodzenia, poszwędałam się po parku i wróciłam do mieszkania koleżanki. Kolejny tydzień spędziłam jeżdżąc autobusami po mieście, którego nie znam i które mnie trochę przytłaczało (było niemiłosiernie gorąco… ale ja bardzo lubię jeździć autobusami), wydając ostatnie grosze na filmy dodawane do gazet i czytając. Kiedy moja koleżanka siedziała pracy, ja wylegiwałam się rano w łóżku z książkami.

Czytałam wówczas S@motność w sieci Janusza Leona Wiśniewskiego i frustrację spowodowaną tą lekturą przegryzałam Wywiadem z wampirem Anne Rice. Gdyby nie to, że książkę Wiśniewskiego znalazłam na półce u koleżanki (bestseller czytany z niejakim opóźnieniem – jakie to dla mnie typowe), pewnie przefrunęłaby kilka razy przez pokój zawadzając o meblościankę naprzeciwko. Wszystko irytowało mnie w tej książce. Bohaterowie skrojeni na miarę dla czytelniczek babskich czasopism "ą" i "ę", fabuła - nagromadzenie historii miłosnych pozbawionych happy endu, kompozycja – meandry opowieści, wśród których przed zgubieniem chronił mnie najwyraźniej św. Krzysztof… Wszystko to podlane sosem – nie czułości, tylko czułostkowości… Brrr… Strasznie się wymęczyłam i poświęciłam całą godzinę na cichą medytację poświęconą temu, co ze mną nie tak, skoro tysiące czytelników (a raczej czytelniczek) wypłakiwało oczy i zostawiało nosy w chusteczkach jednorazowych, a po mnie ta opowieść spłynęła…

Z reguły nie jestem pamiętliwa i nawet autorom, których pierwociny nie przypadły mi do gustu, daję kolejną szansę. Przeczytałam zatem Los powtórzony (nuda, wszystko już było), Martynę (Jezu, co za trauma) i Zespoły napięć (jak wcześniej). Żaden autor, który mnie nie zachwycał nie dostał ode mnie tylu szans co Wiśniewski. 188 dni i nocy przeczytałam tylko dlatego, że ta książka ma współautorkę w postaci Małgorzaty Domagalik, a kiedyś kupiłam tę książkę z gazetą na straganie (książka w charakterze dodatku, gazeta – do wanny) i od tamtej pory leżała u mnie dopóki nie wpasowała się tytułem do „nocnego wyzwania”.


 M. Domagalik & J. L. Wiśniewski

 

188 dni i nocy to nie powieść ani opowiadanie, nawet nie felieton – dla odmiany dostajemy zbiór listów, które wymieniali między sobą żywi i istniejący nie tylko na papierze ludzie. Z Małgorzatą Domagalik Wiśniewski porusza całe spektrum tematów dla siebie charakterystycznych – znajdziemy tu rozważania o kobietach i kobiecości, mężczyznach i męskości, samotności, Internecie, podróżach, seksie, anatomii (kobiecej i męskiej), spacerach, genetyce, bezdomnych, pisaniu, rodzinie, feminizmie, seksie, przemijaniu, dzieciach, orgazmie, krytykach literackich, Warszawce i innych miejscach, Kinsey’u, ewolucji, popularności, szczęściu, nieszczęściu, itp. Ergo – standard. Nie tematyka jednak w tej książce mnie zainteresowała, ale portret ludzi, który się z ich wzajemnej korespondencji wyłania. Niezgodnie z tytułem wpisu i wbrew zasadom savoir-vivre'u ;)

Mężczyzna …

Janusz Leon Wiśniewski. Człowiek sukcesu. Ma żonę, o której niewiele pisze i córki, o których pisze nieco więcej. Ma pracę, która dostarcza mu satysfakcji. Podróżuje. Niby wrażliwiec – nadstawia ucha i słucha zwierzeń żebraków i kobiet. Feminista, który zaglądając kobietom głęboko w oczy i w duszę, nie omieszka również zajrzeć im w dekolt i pod spódnicę. Niby spełniony – a jednak wybija się w jego wypowiedziach jakiś kompleks. Olśniewa wiedzą z genetyki, anatomii, psychologii czy ewolucji, przytacza liczby, powołuje się na statystyki – a przez to wszystko przebija się prośba chłopczyka, który chce zaimponować swojej rozmówczyni. „Doceń mnie! Podziwiaj mnie!” – mówi między słowami. Niby jest zainteresowany kobietą, do której pisze, ale tak naprawdę tańczy taniec wokół prywatnych luster – przegląda się w swoich słowach i kontempluje swój pępek. Boli go krytyka jego powieści – włożył w nie tyle serca i pracy, a źli krytycy z Warszawki nie potrafią tego docenić. Dlatego tym bardziej cieszy się, że doceniają go czytelnicy, pardon – czytelniczki. I dlatego też jest w stanie zrobić dla nich wiele – nawet przejechać kilkaset kilometrów z Niemiec do Polski, żeby sprawić niespodziankę jednej z nich. Zadaje Małgorzacie Domagalik takie pytania, od których skręca mi się żołądek („Który raz był dla Pani ważniejszy – ten pierwszy czy ten ostatni?”, „Jaki mężczyzna wywołał u Pani ostatnio zachwyt?", Czym była dla Pani utrata dziewictwa?"). I jest czułostkowy. Mdląco i nadmiernie czułostkowo-wrażliwo-romantyczny.

A jednocześnie – przy całej stereotypowości przełamywania stereotypów, przy całej mdławej czułostkowości, przy całym jego naukowo-erudycyjno-olśniewającym wodolejstwie – potrafi zaskoczyć celnym zdaniem czy uwagą. Wplecioną gdzieś mimochodem – jak rodzynki w zakalec – zdania te udowadniają, że w Wiśniewskim tkwi potencjał na pisarza, a nie tylko zbieracza anegdot i wyciskacza kobiecych łez i portfeli.

Dlatego mam żal – nie do niego, lecz do jego czytelniczek. Bo to ich bezkrytyczne uwielbienie sprawia, że kopniaki, które dostaje od krytyków literackich (którzy bynajmniej nie są krytykantami) spływają po nim, jak deszcz po kaczce. Lud się nie myli – wnioskuje z właściwą sobie logiką pisarz. Skoro go kupują, skoro go podziwiają, to znaczy, że to, co robi ma sens i jest dobre. Nie jest – bywa, w okruchach, w dotknięciach – broni się zdaniami, ale nie ogółem. Jednak dopóki czytelnicy nie otworzą szeroko oczu i nie dostrzegą, że teksty Wiśniewskiego to fasada, smutny parawan, który kryje NIC lub najwyżej NIEWIELE (kilka prawd oczywistych i kompleksy autora), dopóty Wiśniewski nie pójdzie dalej i nie rozwinie się jako pisarz. Szkoda by było – bo pamiętam, że podobne wrażenie jak jego książki, czyniły na mnie pierwociny talentu Remarque’a. Tyle, że do prozy tego ostatniego z jego najlepszych czasów, będę wracać, a o prozie Wiśniewskiego chcę póki co jak najszybciej zapomnieć.

… i kobieta

Małgorzata Domagalik. Wyważona i ostrożna. Rozsądna. Zdystansowana. Jej odpowiedzi są krótsze, bardziej treściwe – pisane z pewnym dystansem – do siebie i do rozmówcy. Nie brak jej zaangażowania, ale potrafi znaleźć słowa, którymi je wyrazi tak, żebym nie dostała kolejnej fali mdłości. To kobieta z klasą. Właśnie – kobieta. Przez wielkie K. Żadna tam rozedrgana siusiumajtka, które na pęczki powołuje do życia Wiśniewski. Jest osobą spełnioną, a nie poszukującą. Szczęśliwą – trudnym i wypracowanym szczęściem, którego cenę zdążyła poznać – a nie smutno-zamyślona. Nie pije po nocach red bulla z whisky w biurze i nie zaczepia obcych osób w Internecie. Jest feministką, ale nie pali stanika i nie łamie obcasów w butach. Pewna siebie i swojej wartości, dobitnie mówi o swoich poglądach – bez uniesień i krzyku. Feministka – ale, jakby ją określił mój znajomy – po prostu normalna kobieta. Nawet na pytania Wiśniewskiego odpowiada w taki sposób, że nie można odmówić jej klasy.

To sól i pieprz (i każda inna możliwa, wyrazista przyprawa) tej książki.

***

Czytałam u kogoś, że można ominąć spokojnie listy Wiśniewskiego i skupiać się na tym, co pisze Domagalik. Nie wiem, czy to dobra metoda lektury tej książki – nie próbowałam, przeczytałam ją kanonicznie – od deski do deski. Mam co do niej pewne wątpliwości – bo to Wiśniewski głównie inicjuje dyskusję, narzuca tematy, do których Domagalik się ustosunkowuje. Ten sposób lektury z pewnością sprawia

To, że czytałam książkę „kanonicznie”, nie oznacza, że nie miałam niekiedy ochoty przewrócić kilku stron i opuścić tematów, których rozważanie mnie nie interesowało. To też jest jakiś sposób na poradzenie sobie z tą książką – można zawsze przeskoczyć dalej, bez większej szkody dla odbioru całości. Nie traci się wątku – bo fabuły tutaj nie ma.

Chociaż… Jak się dłużej zastanawiam nad tym – to właściwie jest tu fabuła. Bo pomiędzy słowami tych listów ukryta jest historia rodzącej się przyjaźni pomiędzy kobietą i mężczyzną. Przyjaźni pozornie niemożliwej – bo przyjęło się sądzić, że taka relacja jest tylko i wyłącznie preludium do „czegoś” więcej. Przyjaźni, która nie może istnieć nie tylko ze względu na płeć piszących, ale również ze względu na odległość między nimi i sposób wymiany myśli (e-maile).

Tymczasem – na przekór stereotypom i obiegowym opiniom, ta przyjaźń się rozwija. Możemy obserwować jak obie strony otwierają się coraz bardziej, rezygnują z pierwotnego dystansu, stopniowo budują zaufanie. Różnią się w poglądach, ale potrafią się „pięknie różnić” – nie zgadzać się i dyskutować bez wzajemnego obrażania się i inwektyw. Z szacunkiem. Bez chwytów poniżej pasa typu: „myślisz jak baba”, „oto poglądy typowego samca”. Na przekór stereotypowi.

Powraca tu znów pytanie – czy przyjaźń pomiędzy kobietą i mężczyzną jest możliwa? Moim zdaniem – jest. Jeśli obie strony żyją w poczuciu satysfakcji i otwierają się na siebie nie z potrzeby kompensowania sobie strat w życiu (nieudanego związku, niepowodzeń w pracy, itp.) wówczas znika przeszkoda w postaci ryzyka nadmiernego zaangażowania się z podtekstem.

Podobnie jest ze znajomościami w Internecie. W sieci, w której czas i przestrzeń przestają mieć istotne znaczenie, jest miejsce na swobodną wymianę myśli. Można tu poznać drugiego człowieka – to, na ile, zależy oczywiście od stopnia szczerości i otwartości obu stron. Nie jestem jednak zwolenniczką opinii, że prawdziwa rozmowa może odbywać się tylko twarzą w twarz. I w ten sam sposób jedynie może się rodzić „prawdziwa” więź pomiędzy ludźmi.

Inna sprawa to to, na ile autorzy listów zawartych w 188 dniach i nocach są  ze sobą i z czytelnikami szczerzy. Czy już rozpoczynając korespondencję któreś z nich myślało o jej wydaniu? Czy dokonywali skrótów, poprawek w swoich wiadomościach, kiedy zdecydowali się je upublicznić i wydać? A może są jakieś wiadomości, które zdecydowali się pominąć – bo były zbyt intymne i nie przeznaczone dla tłumu czytelników?

Warto było – mimo że Wiśniewski pozostaje Wiśniewskim i nie różni się prywatnie nijak od tworzonych przez siebie bohaterów – sięgnąć po tę książkę. Choćby po to, żeby zastanowić się nad ilością szans, które się daje pisarzowi. Dla Małgorzaty Domagalik. Dla możliwości obserwowania rodzenia się przyjaźni, która wydaje się być niemożliwa. Dla obserwacji zderzenia dwóch spojrzeń na świat i ludzi – spojrzeń kobiety i mężczyzny.

Inna sprawa, że kiedy myślę o tym, kto jest kim w tej relacji, zaczynają mnie ogarniać poważne wątpliwości. Bo Domagalik wydaje mi się być niepokojąco bardziej męska niż J. L. Wiśniewski… ;)

 



Ikonografia

j.szern

Katerina Lomonosov

 

Chce, żeby była właśnie tak ułożona. Postanowił ją ułożyć. Postanowił, że jej chce.

Tak to sobie ustalili. Sznury albo liny, pończochy, skórzane paski. Co jeszcze ustalili? Meble, kwiaty. Żeby podziwiać ładnie zestawione elementy, które razem mają tworzyć harmonijną, estetyczną całość.

Kiedyś tego nie chciała. Brać ją w pozycji, której nie lubiła, oznaczało władzę. Nawet jeśli jej się to podobało, musiała udawać, że nie. Potem miało jej się to spodobać. Zmusić, by robiła coś, czego nie lubi, a potem sprawić, by to polubiła, oznaczało jeszcze większą władzę. Największa władza jest wtedy, kiedy ona czegoś naprawdę nie lubi, ale ma się to jej podobać, z konieczności musi więc udawać.

To on sprawia, że ona to lubi, albo nie, albo udaje, że lubi – jest to ważne, ale nie najważniejsze. Najważniejsze jest, żeby ją stwarzać. Na nowo, z niczego. Od zera, tak jak sam zechce.

Nigdy nie będzie wiadomo, czy jej się to podoba, czy nie. Sama do tej pory siebie nie zna. Widać tylko skórę, uśmiech, beznamiętny , ale nieusuwalny, jak tatuaż. Trudno więc powiedzieć, a ona sama nie powie nigdy, nie umie. Nie robiliby tego, mówi on, gdyby tego nie lubili. To on ma ostatnie słowo. On tu rządzi.

Obserwuj siebie. Po to są lustra, a w tej opowieści znajdziesz właśnie motyw lustra. Lustra i strach – to trochę się rymuje, choć niedokładnie. Cofamy się w te współbrzmienia jak w bezpieczne dłonie.

***

Kolejny szkic Atwood z tomu (właściwie tomiku) Morderstwo w ciemności. Bardzo mi bliski. Nadeptujący na kilka moich odcisków.

Milcząca i nieświadoma siebie (kim jest i czego właściwie pragnie) kobieta. Jest jak liana. Suchy wiór, deska, na której ktoś wymaluje swoje pragnienia. Swój autoportret. Kieruje się sercem. A może wygodą. A może po prostu wyuczoną bezradnością.

A on? Przyczyna istnienia. Malarz jej nastrojów. Pigmalion. Prywatne jądro ciemności.

Atwood jest feministką tym feminizmem, który jest mi szczególnie bliski. Jest ironiczna. Ale również drażni, drażni… 

***

Autorką fotografii "Pigmalion", którą wykorzystałam w tym wpisie jest Katerina Lomonosov. Więcej jej prac można znaleźć TUTAJ. Trudno znaleźć mi słowa, którymi mogę je opisać... Są sugestywne... Urzekające.

 



© bibliotheke
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci