Menu

bibliotheke

Szykowanie trucizny

j.szern

szykowanie trucizny

Kiedy miałam pięć lat, sporządziliśmy z bratem truciznę. Mieszkaliśmy wtedy w mieście, ale pewnie gdzie indziej też zrobiliśmy to samo. Trzymaliśmy ją w puszce po farbie chowanej pod domem jednego z sąsiadów i dodawaliśmy do niej każdą trutkę, jaka tylko przyszła nam do głowy: muchomory, zdechłe myszy, jagody, jarzębiny, które pewnie wcale nie truły, ale tak wyglądały, i zbierane w tym celu siki. Kiedy napełnialiśmy puszkę, wszystko w niej było strasznie trujące.

Kłopot w tym, że jak już się miało truciznę, nie dało jej się tak po prostu zostawić. Coś trzeba było z nią zrobić. Nie chcieliśmy dodawać jej nikomu do jedzenia, ale potrzebny był nam jakiś cel, jakieś zakończenie. Problem polegał na tym, że brakowało nam kogoś aż tak znienawidzonego.

Nie umiem sobie przypomnieć, co w końcu się z nią stało. Czy zostawiliśmy ją pod narożnikiem tamtego drewnianego, żółto-brązowego domu? Czy cisnęliśmy nią w kogoś, w jakieś niewinne dziecko? Czy ten obraz małej buzi, który widzę, spływającej łzami i czerwonymi jagodami, i nagła świadomość, że trucizna okazała się w końcu trująca - to prawda? A może ją w końcu wyrzuciliśmy; czy naprawdę pamiętam czerwone jagody płynące rynsztokiem do przepustu, czy jestem niewinna?

A przede wszystkim - po co ją robiliśmy? Pamiętam radość z mieszania i dorzucania, tę atmosferę magii i spełnienia. Szykowanie trucizny daje tyle samo przyjemności, co pieczenie ciasta. Ludzie to lubią. Kto tego nie rozumie, nigdy niczego nie pojmie.

***

Tekst ten pochodzi ze zbioru Margaret Atwood, o którym ostatnio pisałam (Morderstwo w ciemności). Wersja pełna, nieskrócona.

Kiedy miałam pięć lat też szykowałam razem z moimi koleżankami truciznę. Robiłyśmy ją w plastikowych butelkach po słodkich jak ulepek i kolorowych napojach. Podstawowym jej składnikiem była - z tego, co pamiętam - stonka ziemniaczana. Nie pamiętam natomiast, dla kogo ją przeznaczyliśmy, ani co z nią zrobiłyśmy. Ale pamiętam tę radość z jej szykowania.

To niezwykłe - odnaleźć swoje wspomnienie z dzieciństwa opisane przez autorkę, która potrafi je ubrać w słowa lepiej niż ja :)

Też szykowaliście trucizny jako dzieci? Pamiętacie, z czego się składały? Dla kogo były przeznaczone? I co z nimi zrobiliście?

Życie ukryte w słowach

j.szern

 

margaret atwood

 

Nadal dziwię się, jakim cudem książkę Atwood czytałam przez kilka miesięcy zamiast w dwie godziny w czasie leniwego popołudnia. Czytałam jeden tekst – odkładałam – przegryzałam czymś innym – wracałam. I abarot. Morderstwo w ciemnościach to niepozorna książka, która kryje w sobie kilka pułapek. Warto jest mieć ich świadomość, żeby uniknąć ewentualnych rozczarowań i skoncentrować się na li jedynie smakowaniu tekstu.

Pierwszą  pułapką jest tytuł. Sugestywny, owszem, jednak ci, którzy się spodziewają sążnistego kryminału – lub chociaż opowiadania detektywistycznego – srodze się rozczarują. Nie ukrywam, że mimo przeczytania w Internecie opisu tej pozycji, w którym nie było ani słówka o wątkach kryminalnych, ale po cichu liczyłam, że jednak coś wyłuskam. Nie wyłuskałam.

Bo „morderstwo w ciemności” to metafora. Gra*, w którą bawiła się Atwood dwa razy – najpierw jako młoda dziewczyna, a później już jako osoba dorosła, zamienia się w opowieść o relacji pisarz – czytelnik/krytyk:

Powiedzmy, że mordercą jest pisarz, czytelnik jest detektywem, a książka będzie ofiarą. Albo mordercą jest pisarz, detektywem krytyk, a ofiarą czytelnik. W takim przypadku książka stałaby się też scenografią, łącznie z lampą, która niby przypadkiem przewróci się i potłucze. Ale naprawdę fajniej jest po prostu w to grać.

Tak czy siak, to ja stoję w ciemności. Mam jakiś plan, knuję straszliwą zbrodnię, już wyciągam ręce do twojej szyi albo, przez pomyłkę, do uda. Zbliżam się, słyszysz moje kroki, mam na sobie wysokie buty, trzymam nóż, a może to jest rewolwer z perłową rękojeścią, w każdym razie buty mają bardzo miękkie podeszwy, widzisz filmowy błysk mojego papierosa, chociaż wiesz, że nie palę. Papieros rozżarzy się i zgaśnie w mglistym mroku ulicy czy pokoju. Pamiętaj tylko, że gdy w końcu ucichnie krzyk i zapalisz światło, ja zawsze muszę kłamać. Takie są reguły gry.

Więc – czy mi wierzysz?

Jest w tych słowach zaproszenie, ale i ostrzeżenie. Przychodzi ono w środku tego zbioru, kiedy czytelnik już może odnieść wrażenie, że czegoś się o Atwood dowiedział – ostatecznie sprawia wrażenie, że wykorzystuje ona wydarzenia ze swojego życia, by snuć swoje opowieści. W świetle tych słów o grze w „morderstwo w ciemności” określenie „sprawia wrażenie” jest jak najbardziej zasadne.

Drugą pułapką jest treść. Z okruchów wspomnień, z codziennych drobiazgów, z dotknięć i migawek życia czy literatury, Atwood potrafi wydobyć drugie, trzecie, ba, nawet i czwarte dno. Czy pisze o dzieciństwie, czy o książkach, czy o sztuce pisania, czy o podróżach – unika przekleństwa łopatologiczności. Jej teksty są pretekstem do rozważań nad naturą stereotypu, życia, śmierci, kobiety, pisania, zderzenia z inną kulturą, itp. Są zarazem pełne niedopowiedzeń – stwarzają olbrzymią przestrzeń, którą czytelnik musi wypełnić sobie samodzielnie – pracą własnej wyobraźni i myśli. Zwłaszcza pierwsza część wypełniona jest symbolami, a to, w jaki sposób je zinterpretuje, jest jego wyborem. Musi tylko pamiętać o tym, że jest to też element gry – a morderca czyha na niego w ciemnościach.

Wreszcie trzecia pułapka - forma. Nie jest to powieść. Trudno nazwać ten zbiór tekstów opowiadaniami. Ci, którzy bowiem liczą na fabułę, chociaż szkicowo zarysowanych bohaterów czy wartką akcję – rozczarują się. Większość tekstów zajmuje jedną stronę. Kilka jest dłuższych. Nie mniej jednak stanowią one bardziej próbę uchwycenia ulotnych myśli, medytację nad zagadnieniem niż   Bliższa prawdzie nazwa to szkice lub obrazy. A może nazwać teksty Atwood impresjami? Okruszkami? Mikroesejami? Rozpacz genologa – podobna do tej, którą opisywał Tatarkiewicz w przypadku badacza starającego się zdefiniować pojęcie „romantyzm” - staje się moim udziałem, kiedy próbuję określić formę tych tekstów.

Ostatni rok to dla mnie czas odkrywania krótkich form literackich. Zawsze lubiłam poezję – właśnie za jej dar kondensacji. Za to, że w kilku słowach jest w stanie zawrzeć paradoks istnienia, bólu, śmierci, radości. Mimo to – kiedy wybierałam sobie kolejne lektury – patrzyłam zwykle na ich objętość. Opowiadanie, krótkie formy – to były dla mnie przystawki do sutego obiadu. Im grubsza książka – tym większa radość – myślałam. W zetknięciu z tekstami Atwood – i innych pisarzy, których miałam okazję w krótkich formach ostatnio sprawdzać – ta zasada nie znalazła potwierdzenia. Atwood bowiem potrafi nasycić jedną stronę tekstu taką ilością treści, jakiej często nie wyciskam z wielowątkowej, pisanej z epickim rozmachem powieści. To, co inni podają niekiedy w dawkach homeopatycznych, wielokrotnie rozcieńczone, ona ogranicza i kondensuje do granic możliwości. Może właśnie w tym tkwi tajemnica mojego nowego czytelniczego rekordu: najkrótsza książka czytana przez długi czas?

Jedna tylko rzecz nadal mnie gnębi – być może umyka mi ona, bo jestem humanem-tumanem i pozornie nieskażonym iskrą matematyczną. Na okładce bowiem znalazła się tajemnicza zapowiedź: „w dziesięciu krótkich opowiadaniach”... A ja teraz sobie siedzę i dumam: jakich u licha dziesięciu? Kombinuję w tę i z powrotem ze spisem treści. Jak wół: cztery części wyróżnione cyframi rzymskimi, dwadzieścia siedem tekstów… Nie widzę czwórki – chyba, że została ona domyślnie przypisana autorce, jako symbol doskonałości ziemskiej. Jeśli tak – to zgadzam się, jej teksty są doskonałe. Każdy z nich jest więcej wart, niż dorobek życia całkiem pokaźnej armii pisarzy.

To moje pierwsze spotkanie z kanadyjską pisarką. Pierwsze, ale nie ostatnie – na półce czekają jeszcze Kobieta do zjedzenia i Pani wyrocznia. Pewnego dnia się doczekają. Doigrają :)

___

*) Atwood podaje następujący opis tej gry:

Zwijamy kawałki papieru i wrzucam do kapelusza, do miski albo kładziemy na środku stołu. Każdy wyciąga jeden zwitek. Kto wyciągnie x, jest detektywem, kto znajdzie czarną kropkę, jest zabójcą. Detektyw wychodzi z pokoju i gasi światło. Wszyscy krążą po omacku po pokoju, póki morderca nie wybierze ofiary. Może jej szepnąć: „nie żyjesz”, albo objąć dłońmi za gardło i ścisnąć na niby, ale zdecydowanie. Ofiara krzyczy i pada na ziemię. W tym momencie wszyscy stają w miejscu, prócz mordercy, który oczywiście nie chce dać się złapać. Detektyw liczy do dziesięciu, zapala światło i wchodzi do pokoju. Może teraz przesłuchiwać każdego, oprócz ofiary, której nie wolo odpowiadać, bo nie żyje. Wszyscy poza mordercą muszą mówić prawdę. Morderca musi kłamać. (s. 40)



Słodko gorzki

j.szern

Lubię Grochowiaka. Z podobnych powodów, co Bursę – bo ma pazur i ogromną wyobraźnię liryczną. Wchodzę w jego wiersze jak w leśne tunele – bogactwo smaków, aromatów, barw i refleksji bywa często tak intensywne, że wystarczy mi jeden tekst aby się nasycić. I za chwilę - chcieć więcej :)

Poniższy wiersz jest słodko-gorzki. Słodki, bo traktuje o tym, co ostatnio lubię najbardziej – czyli o czytaniu. Gorzki, bo wizja czytelników zaprezentowanych w tym tekście budzi we mnie niepokój. Różne myśli kołaczą się w głowie. Na przykład refleksja, że ostatnio z książkami mi bardziej pod rękę niż z ludźmi. Że mając do wyboru wieczór ze znajomymi i wieczór z książką, coraz częściej tak naprawdę wybór pozostaje czysto teoretyczny (to jeszcze nie mizantropia, ale…). Że zaczynam bać się rozmów z ludźmi – a wolę "pogadać" z Umberto Eco czy Witkacym. Że potrzebuję w życiu stałości i poczucia bezpieczeństwa – a często są to ostatnie rzeczy, które mogę otrzymać od większości ludzi, a książki… One po prostu są. Pozwalają po sobie pisać. Pozwalają zaginać rogi. Pozwalają zabłądzić w zaułkach interpretacji i nie krzywią się, że znów czegoś nie zrozumiałam. Są cierpliwe. Gotowe do rozmowy i do ciszy.

I tak sobie się zastanawiam - czytając wiersz Grochowiaka – na ile moje czytanie (ostatnio) wynika z pasji i potrzeby kontaktu z literaturą, a na ile jest dla mnie terapią zastępczą chroniącą przed czołowym zderzeniem z życiem?

 

Stanisław Grochowiak

„Czytelnicy”

 

Niedojedzeni Niedośpieni Niedokochani

Mają zazwyczaj czerwone nosy i dłonie

I wpadają w stronice jak ćmy

I wymachują wielkimi głowami

 

Zapadli w studnię czasu w korytarze

Elsynoru Katakumb Pałacu hrabiego Rogera

Błądzą i mówią do Hioba „ty"

I jeżdżą samotrzeć na tłustych ogierach

 

Z Antygoną nad zwłokami z Odysem na masztach

Z Dawidem Copperfieldem nad nędzą i śledziem

Ooo umierają z Werterem i szaleją z Villonem

 

A życie im umyka ucieka z bibliotecznej ciszy

I tylko wszechświat dymi molami molami

Niedojedzeni Niedośpieni Niedokochani

Jeźdźcy bez głowy w galopadzie myszy



Lęk pierwotny

j.szern

 

karin slaughter

Sara Linton ma:

a) oszałamiającą aparycję: jasne oczy, burzę rudych włosów i kobiece krągłości tu i tam, ale przede wszystkim tam, gdzie kobieta kuszące krągłości posiadać powinna;

b) wysoki iloraz inteligencji;

c) kota i psy;

d) chroniczny bałagan w mieszkaniu (ze zlewu niemal wysypują się nieumyte naczynia, a pranie potrafi przeleżeć w koszu przez dwa tygodnie zanim zostanie umieszczone na swoim miejscu);

e) interesującą pracę (zasadniczo zatrudniona jest jako pediatra w lokalnym szpitalu, ale od czasu do czasu wciela się również w rolę koronera);

f) byłego (już) męża – policjanta, którego przyłapała na zdradzie z kobietą o aparycji dziewuch reklamujących płytki dachowe w kalendarzach wiszących w zakładach samochodowych; gdyby w tamtych czasach istniał facebook (książka powstała w 2003 r.), a Sara była większą entuzjastką techniki, to zapewne ustawiłaby sobie jako status ich związku: „to skomplikowane”;

g) ciężarną i trochę irytującą młodszą siostrę, którą kocha i za którą nieustannie czuje się odpowiedzialna;

h) wspaniałych rodziców, którzy zapewnili jej beztroskie dzieciństwo, i z którymi zamierza właśnie spędzić leniwe popołudnie;

 

Nic dziwnego, że ostatnią rzeczą, o której Sara marzy w niedzielne popołudnie, jest wezwanie na miejsce wypadku, gdzie zastaje nie tylko byłego męża, ale również zwłoki młodego samobójcy, którego śmierć wygląda dość podejrzanie. W zaklasyfikowaniu śmierci Andy’ego Rosena jako samobójstwa przeszkadza również napad, w którym poszkodowana zostaje siostra Sary oraz seria samobójstw wśród studentów, które tylko z pozoru wydają się być następstwem efektu Wertera. Sara Linton oraz Jeffrey Tolliver starając się rozwiązać ten przedziwny węzeł gordyjski zbrodni stają przed wielkim wyzwaniem. Sprawy nie ułatwia fakt, że władze uczelni, na której studiowały ofiary, nie wydają się być szczególnie zainteresowane rozwiązaniem sprawy (mogłoby się to negatywnie odbić na reputacji aspirującego college’u), a była policjantka Lena (która próbuje się uporać z własnymi demonami) nie pała chęcią współpracy z dawnym szefem, mimo że wydaje się wiedzieć o sprawie więcej, niż oficjalnie przyznaje…

Atmosfera lęku się zagęszcza, a żaden z bohaterów nie wydaje się być do końca szczery…

Świetnie skonstruowana intryga, niejednoznaczni bohaterowi (postać Leny to jedno z najlepszych studiów ofiary, z jakim miałam do czynienia), celne obserwacje społeczne, umiejętność trzymania w napięciu do ostatniej strony oraz wbijające nóż w plecy zakończenie to główne atuty powieści Slaughter oraz powody, dla których uważam, że czas poświęcony tej książce nie będzie dla nikogo czasem zmarnowanym.

W tej sytuacji stwierdzenie, że Slaughter nie unika kilku schematów, które są niestety zmorą twórców thrillerów – przypominałoby wrzucanie na siłę kamyków do ładnego ogródka ;) Jednak nie mogę się powstrzymać, żeby nie napisać o dwóch rzeczach – w sumie marginalnych – które mi akurat działały na uzębienie ;)

Pierwsza to kwestia „majteczek”, które co raz przewijały się w tekście. Sama nie wiem, czy to kwestia przekładu, czy moich osobistych skojarzeń, ale jak widzę to słowo to od razu mam przed oczami śliniącego się pedofila. Rozumiem, że słowo „majtki” może sugerować, że śliczne – lub chociaż zgrabne – bohaterki powieści noszą pantalony á la Bridget Jones, ale…

Druga kwestia – to powracające zachwyty Jeffrey’a nad kuszącymi kształtami Sary. Kilka razy miałam ochotę przyłożyć mu w potylicę i przypomnieć, że bynajmniej nie o jej kuszących krągłościach myślał, kiedy ją zdradzał w ich sypialni z kuszącymi krągłościami pewnej ponętnej malarki szyldów ;)

Niezależnie od tych moich drobnych animozji – warto sięgnąć pod Slaugter. Nomen omen, a samo jej nazwisko obiecuje ucztę miłośnikom dobrze napisanych thrillerów ;) Dla mnie to pierwsze spotkanie z jej twórczością, ale na pewno nie ostatnie.

***

Być może niektórzy – podobnie jak ja – mają chronologicznego bzika. Zimny strach to trzecia część z cyklu Slaughter o hrabstwie Grant. Po wcześniejsze nie sięgnęłam tylko dlatego, że niestety nie były one dostępne w żadnej z księgarni, w której zwykle zamawiam książki, a tę akurat nabyłam przez zupełny przypadek na dworcu i przeczytałam zachęcona pozytywną recenzją innej książki tej autorki autorstwa Jane Doe. Nie odczułam szczególnego braku lektury poprzednich powieści, bo Slaughter, jak wielu twórców serii, potrafi między wierszami wpleść informacje o najważniejszych wydarzeniach, które miały miejsce we wcześniejszych częściach i które są istotne dla akcji obecnego tomu.

Nie mniej jednak przygotowałam – na podstawie informacji wygrzebanych w sieci – krótki rozkład jazdy po jej powieściach :)

 

Cykl o hrabstwie Grant obejmuje następujące części (wszystkie zostały przełożone na język polski):

  • Zaślepienie.
  • Płytkie nacięcie.
  • Zimny strach.
  • Fatum.
  • Niewierny.
  • Przywilej skóry.

 

Cykl o Willu Trencie składa się z dwóch części (przełożone na język polski i dostępne w księgarniach):

  • Tryptyk.
  • Pęknięcie.

 

Cykl, którego akcja toczy się w Georgii, stanowi połączenie dwóch wyżej wymienionych (występują tu bohaterowie znani już z powyższych cykli):

  • Geneza.
  • Piętno.
  • Fallen. (tegoroczna premiera, jeszcze nie jest dostępna w polskim przekładzie)

 

Na fali uniesienia po lekturze Zimnego strachu zamówiłam sobie Tryptyk, Pęknięcie i Genezę (promocja była ;) . I myślę, że nie będą to pieniądze wyrzucone w „błoto” :)

 



Tajemnica morderstwa na Manhattanie

j.szern

Jed Rubenfield

Odnoszę wrażenie, że odkąd Dan Brown odniósł spektakularny sukces po publikacji Kodu Leonarda Da Vinci, powstała kolejna, uniwersalna recepta na bestsellera. Otóż, należy w stosownych proporcjach zmieszać ze sobą zbrodnię (lub serię zbrodni), tajemnicze stowarzyszenie, uznanego (genialnego) twórcę z przeszłości i mniej lub bardziej charyzmatycznego detektywa-amatora, który wiedzie stateczne życie lekarza/naukowca/tłumacza/wstaw co chcesz, a w wir sprawy kryminalnej dostał się za przyczyną swej wiedzy lub swych nietypowych umiejętności i oczywiście zupełnie przez zupełny przypadek, dodać do tego sugestywny, chwytliwy i sugerujący jakąś tajemnicę tytuł - i już można ruszać na podbój rankingów sprzedaży książek. Receptę Browna skwapliwie podchwycili koledzy (albo koleżanki) po piórze i namnożyło nam się klonów Kodu, które w mniejszym lub większym stopniu odzwierciedlają powyższy schemat.

Rubenfeld najwyraźniej pozazdrościł sukcesu Brownowi i stwierdził, że przy okazji debiutu nie ma co się silić na oryginalność. Powyższy schemat został zastosowany bez żadnych modyfikacji.

W luksusowym apartamencie nowojorskiego hotelu piękna i tajemnicza lokatorka zostaje znaleziona – związana i uduszona (zbrodnia). Następnego dnia przedmiotem ataku staje się dziedziczka fortuny, Nora Acton, której wprawdzie udaje się ujść z życiem, ale na skutek traumy traci mowę. W proces leczenia zaangażowany zostaje młody entuzjasta psychoanalizy, doktor Stratham Younger (detektyw-amator), który dopiero co przywitał swojego guru, Sigmunta Freuda (uznany twórca), który przybył do Ameryki, by odebrać tytuł honoris causa jednej z amerykańskich uczelni i wygłosić cykl wykładów. Tymczasem Triumwirat (tajemnicze stowarzyszenie) zrobi wszystko, by zniszczyć opinię twórcy psychoanalizy w oczach społeczeństwa amerykańskiego. Znaczący jest również i tytuł powieści Rubenfelda – Sekret Freuda – sugerujący ujawnienie jakiejś mrocznej i nieznanej tajemnicy z życia tej postaci..

Schemat się sprawdził. Czerwone słoneczko na okładce informuje potencjalnego nabywcę książki, że ma do czynienia z bestsellerem („Najlepiej sprzedająca się książka roku 2007 w Wielkiej Brytanii)… Wiem, że są ludzie, na których działają tego rodzaju formy reklamy. Mi się, szczęśliwie, udało na nie uodpornić. Kupiłam tę książkę skuszona niską ceną i sentymentem do kryminałów retro. Postać Freuda, której obraz – dość kontrowersyjny – wyniosłam z rzucanych między słowami aluzji na studiach, też miała niebagatelny wpływ na ten czytelniczy zakup.

Jak na debiutanta, Rubenfeld zręcznie gra z zastosowaną przez siebie konwencją. Znajdziemy tu dyskretne nawiązania do klasyków literatury – od Szekspira po Dostojewskiego. Postaci są dobrze zarysowane (ich sylwetki i motywacje psychologiczne nie budziły we mnie większych wątpliwości – choć niespodzianką były dla mnie powieściowe portrety Freuda i Junga – zupełnie inny obraz tych ludzi wyniosłam z rzucanych między słowami aluzji moich wykładowców), trup się ściele odpowiednio gęsto, są niespodzianki i stosowne mylenie tropów. Atmosfera jest dekadencka, a tło zarysowane przez autora – Manhattan w stanie budowy – również przykuwa uwagę.

Nowy Jork z początku XX wieku to miasto wielkich inwestycji i rosnących w niebo drapaczy chmur. Hoteli o standardach współczesnych apartamentów prezydenckich i nowoczesnych form promocji i reklamy. Mostów, które budowane są przy użyciu najnowocześniejszych technik. Fascynujące jest to spojrzenie na Stary Nowy Jork, na arystokrację budowaną przez pieniądze i zdeprawowaną przez seksualne wybryki, skontrastowaną z dzielnicami biedy oraz wykluczenia. Obraz wystawnych bali i fet towarzyskich, nieprzyzwoitego wręcz luksusu zderza się z obrazem życia wykluczonych i wykorzystywanych prostytutek czy szwaczek, które pracują w morderczych i urągających godności ludzkiej warunkach po kilkanaście godzin dziennie za przysłowiowe psie pieniądze. Niewolnictwo zostało wprawdzie zniesione, ale równie szybko zastąpione przez zasady narzucone przez żarłoczny kapitalizm. Fundament wielkich fortun jest budowany na wyzysku i dramatach tych, którym odmawia się nawet prawa do buntu i strajku.

Tym, którzy zastanawiać by się mogli, ile w wydarzeniach opisanych przez Rubenfelda jest prawdy, a ile zmyślenia – gorąco polecam lekturę części Od autora, która zaczyna się od następującego zdania: Powieść ta od początku do końca jest fikcją literacką, opartą jednak w znacznym stopniu na faktach. W posłowiu Rubenfeld wyjaśnia dość szczegółowo, co w tej powieści jest faktem, a co zmyśleniem. Ponieważ mam spory dystans do „faktów” opisywanych w powieściach, te posłowie nie było mi niezbędne do życia – uważam, że pisarz ma prawo do zastosowania „licencji poetyckiej” i naginania faktów do opisywanej historii. Doceniam jednak gest Rubenfelda, który - w tej akurat materii - nie idzie tropem Dana Browna. Ten ostatni na tyle zręcznie stosuje techniki dezinformacji i półprawdy, które firmuje jako odkrywanie nieznanych tajemnic z życia kościoła, że swego czasu zapewnił mojej koleżance trzy dni przy komputerze, spędzone na intensywnym googlowaniu i oddzielaniu prawdy od zmyślenia lub nadinterpretacji. Być może, gdyby moja koleżanka przeczytała posłowie (którego autorem, niestety, nie był Dan Brown), zaoszczędziłaby sobie czasu i nerwów. Wniosek z tego taki, że nie należy wierzyć pisarzom i czytać posłowia. I doceniać tych twórców, którzy postanawiają przed łatwowiernymi czytelnikami wytłumaczyć się z zastosowanych przez siebie „licencji” :)

Po książce Rubenfelda spodziewałam się przede wszystkim zgrabnej intrygi oraz umiejętności oddania klimatu retro. Nie oczekiwałam natomiast, że jego powieść stanie się dla mnie przewodnikiem po psychoanalizie czy teoriach Freuda. Zatem – nie zawiodłam się i dostałam to, czego chciałam. Przyjemnie spędziłam koniec wakacji delektując się idealną synchronizacją osiągniętą przy lekturze powieści (zaczęłam czytać dokładnie 112 lat po tym, jak opisywane wydarzenia miały miejsce - lubię takie smaczki).

Czy to oznacza, że podstawą udanej lektury jest dostosowanie swoich wymagań do tego, co możemy od książki dostać? Być może. Ostatecznie, kilkukrotnie zdarzyło mi się „zjechać” powieść tylko dlatego, że oczekiwałam od niej więcej, niż dostałam. Być może to błąd – spodziewać się za wiele od retro kryminału. Tym bardziej się cieszę, że udało mi się go uniknąć.



© bibliotheke
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci