Menu

bibliotheke

Wpisy otagowane : XX-wiek

Wehikuł czasu

j.szern

Słonimski

Pisałam niedawno o Wielkich i niewielkich Krzywickiej i siłą rozpędu usiadłam po raz któryś tam do Alfabetu wspomnień Słonimskiego. Uczta…

Słonimski jest znany w podręcznikach jako poeta. Nawet w Alfabecie… podpisy pod zdjęciami konsekwentnie głoszą: „Poeta”. Błąd. Nawet najlepsze wiersze tego twórcy nie mają nawet w najmniejszym stopniu takiej siły rażenia jak jego felietony. Kiedy czytam jego poezję mam zwykle wrażenie, że forma go ogranicza, że wchodzi w rolę, która jest mu zupełnie nieprzyjazna i sam źle się w niej czuje – poety, który to staje na piedestale, to ten piedestał kontestuje. Stoi niejako, jak Donald Tusk w słynnym bon mocie Nelli Rokity, „w rozkroku”. To w felietonach i recenzjach ujawnia się zaangażowanie i pazur Słonimskiego, jego styl będący mieszanką uroczej bezczelności, wściekle ostrego poczucia humoru i inteligencji, której niewielu mogło dorównać.

Najbrzydszy (subiektywnie) ze Skamandrytów, ale za to obdarzony wściekłą inteligencją i niewyparzonym językiem. Uganiały się za nim podobno najpiękniejsze  kobiety szalonych lat dwudziestych i trzydziestych. Wcale mnie to nie dziwi, bo osobowością i inteligencją mógł Słonimski pobić na głowę największych ówczesnych amantów kina, teatru i salonów. A jeśli w alkowie był w stanie osiągnąć choć połowę tej giętkości i finezji, jaką prezentuje w swojej prozie... Baśnie tysiąca i jednej nocy – bez cenzury ;)

O ile felietony Słonimskiego – są dostępne w sprzedaży, o tyle Alfabet wspomnień, z niezrozumiałych dla mnie względów od lat nie był wznawiany. A szkoda, bo to książka ważna, pełna uroczych błyskotek, humorystycznych, subiektywnych, ale mimo wszystko cennych – bo przynoszących ze sobą perspektywę świadka. Pisany w latach 70-tych jest pozbawiony tego ciężaru i kontekstu epoki, który był obecny w Wielkich i niewielkich Krzywickich, i o którym przy okazji recenzji wspominałam. Inna sprawa, że wówczas Słonimski, pod wpływem swojego młodego sekretarza, pisał różne listy-protesty doprowadzające do białej gorączki ówczesnych polityków*.

Jako że pisał tę książkę Słonimski pod koniec życia, można spojrzeć na nią jako na swoisty obrachunek z przeszłością i próbę uporządkowania swoich wspomnień. Nadaje im Słonimski formę alfabetu i szeregując je nie według znaczenia i ważności, ale właśnie w porządku alfabetycznym.

To właśnie forma tych wspomnień może przyciągnąć uwagę czytelnika, ale również zadziwić tych, którzy znają chociaż pobieżnie dorobek autora. Sam Słonimski przyznaje, że choć w poezji uprawia formy tradycyjne, to jednak nie przestaje być „poszukiwaczem nowych form wyrazu”. Swoją decyzję o takim, a nie innym sposobie „podania” swoich wspomnień, uzasadnia we wstępie tak:

We wspomnieniach męczy czytelnika współczesnego stara konwencja prozy opisowej. Owe wszystkie „było to w zimny wieczór wiosenny” lub „działo się to w mroźny poranek lipcowy”. Pisząc o ludziach, i to w kolejności alfabetycznej, wyzwalamy się z tego balastu, omijać możemy osoby nie nadające się jeszcze do wspomnień lub już niewarte wspomnienia. Możemy od razu przystępować do rzeczy. (s. 5)

Forma ta może jednak w czytelniku zrodzić pewnego rodzaju konfuzję: jak czytać tę książkę? Oczywiście, można „kanonicznie” – od deski do deski. Pierwszy raz czytałam ją tak właśnie. Teraz jednak dochodzę do wniosku, że nie jest to jednak sposób najlepszy – przypomina to bowiem czytanie od deski do deski encyklopedii. W związku z tym proponuję sposób drugi – czytaj to, co cię interesuje. Wybieraj sobie hasła, błądź po alfabecie, zacznij od tego, co znasz – a na później zostaw sobie odkrywanie tajemnic. Szukaj w tej książce tego, co cię interesuje i przygotuj się na niespodzianki.

Słonimski bowiem, choć koncentruje się w swoich wspomnieniach na ludziach, potrafi zadziwić – a oto przykład:

DULSKA. Klacz. Jako „resident in England”, stale w Londynie grywałem na wyścigach. Kiedyś w stawce startującej w Ascot znalazłem konia, który nazywał się „Dulska”. Pewnie jakiś Polak, jak ja mieszkający w Anglii, uczcił tak bohaterkę arcydzieła Zapolskiej. Pomyślałem, że gdyby ta „Dulska” wygrała, a ja nie grałbym na nią, czułbym się zdrajcą narodowym i plułbym sobie w brodę do końca życia. Postawiłem dziesięć szylingów i wygrałem dwadzieścia sześć funtów. Ale oddałem te funty, bo „Dulska” już nigdy więcej biegu nie wygrała, a ja obstawiałem ją uparcie przez dwa sezony.

Nie tylko o ludziach i zwierzętach pisze Słonimski, ale również o miejscach, historii swojej rodziny, tekstach literackich... Pisze z dyskretnym humorem i swadą, często bywa kąśliwy i ironiczny. Jednocześnie jego wspomnienia mają ten błysk, który sprawia, że nie można go potraktować tak, jak często ma się ochotę potraktować niektórych starszych ludzi, którzy uparcie próbują nas zatrzasnąć w wehikule swoich wspomnień.

Moich ulubionych haseł nie będę cytowała nawet we fragmentach. Ale zdradzę, że na poprawę humoru niewiele mi tak pomaga jak wspomnienia o przygodzie Słonimskiego, Witkacego i Gucia Zamoyskiego w starym kinie czy przypadki Władzia Grabowskiego. I jeszcze np. prezenty imieninowe dla Makuszyńskiego. Mam tę książkę pod ręką zawsze, ilekroć sięgam po jakieś prace poświęcone okresowi dwudziestolecia międzywojennego – i wielbicielom tej epoki szczególnie Alfabet wspomnień polecam. Nie jest to, oczywiście, pełny obraz tej epoki (zwłaszcza, że Słonimski pisze również o czasach wojennych czy powojennych), ale doskonała lektura uzupełniająca.

Warto na koniec oddać głos samemu Słonimskiemu. Niech ten głos będzie i zapowiedzią, i przestrogą co nas czeka, kiedy zdecydujemy się wsiąść do jego wehikułu czasu:

Ostrzegam, że „Alfabet wspomnień nie jest wartościowaniem i nie może służyć za źródło informacji czy dokumentacji, gdyż są to moje najzupełniej osobiste wspominki, impresje czy impertynencje. Czasem będzie to zaledwie parę linijek, czasem parę stron poświęconych kolejnym hasłom. Pisząc o innych oczywiście biorę pod uwagę przede wszystkim samego siebie. Wspomnienia młodości często bywają złudne, jak wrażenia motyla z czasów, gdy był gąsienicą, lub wspomnienia suchego patyka z czasów kwitnących gałęzi. Oczywiście moje wspomnienia porównać by można do cyklu: gąsienica, poczwarka, motyl. Piszę tylko o ludziach nieżyjących. Z małymi wyjątkami, zwłaszcza gdy chodzi o cudzoziemców. Uprzedzam, że na żadne próby hermeneutyczne lub pieniactwa odpowiadać nie będę. (s. 6)

 ___

*) Wspomina o tym Tadeusz Konwicki w Portrecie jąkającego się chłopca (Zorze wieczorne), przy okazji charakterystyki Adama Michnika, który właśnie rzeczonym sekretarzem  („pierwszym sekretarzem” – jak podkreślał zawsze jego pracodawca) Słonimskiego był. Pisze o ich znajomości Konwicki tak:

I potem przez kilka lat stanowili z Antonim dziwny tandem. Słonimski zajmował pozycję i zażywał szacunku ojca narodu. Adaś krążył koło niego jak młodociany uczeń, adiutant czy oficer do specjalnych poruczeń. Antoni był potężnym starym rekinem, Adaś malutką płotką-pilotem.

(…) Antoni był człowiekiem wybrednym. Wybrednym również towarzysko. Uzbrojonym w zabójczy dowcip. To on przecież zdobył się na morderczą ripostę, kiedy zbliżył się do niego pewien krytyk proreżimowy i odezwał się z wahaniem: „Panie Antoni, pan mnie pewnie uważa za wielką świnię”. Na to Antoni: „O wielkości nie ma mowy”.

Więc ten Antoni, taki cierpki, taki nieprzystępny, taki już klasyczny i legendarny, więc ten Antoni przygarnął Adasia albo go Adaś podbił i zniewolił. I odtąd już chodzili we dwóch. Do kawiarni i podważać system. Do knajpy i wysadzać państwo w powietrze. (s. 202 – 203)



Literatura kobieca

j.szern

 Kolejny "wypis" z Morderstwa w ciemności (to wchodzi mi już w nałóg, ale nie mogę się powstrzymać).

Margaret Atwood w siedmiu punktach opisuje literaturę kobiecą i męską oraz różnice pomiędzy nimi. Robi to w sposób ironiczny, zdystansowany i jednocześnie tak syntetyczny, że trudno mi wycinać z tego szkicu jakieś zdania. Każde z nich jest  ważne – każde z nich znaczy.

Liczba siedem w Biblii jest uznawana za symbol doskonałości i pełni, połączenie doskonałości boskiej i ludzkiej. Atwood nie dąży w swoim szkicu do naukowego wyczerpania problemu literatury kobiecej – pisze subiektywnie, o własnym doświadczeniu tego rodzaju książek. Nie mniej jednak udaje jej się – w jakiś paradoksalny sposób – oddać w tych kilku punktach to, co mi samej kojarzy się z pojęciem „literatury kobiecej”.

Dla mnie to tekst ważny, bo rozpracowuję właśnie kilka polskich autorek piszących o prowincji, których pisarstwo można zaliczyć do literatury kobiecej. Albo literatury dla kobiet. Do tekstu Atwood przyjdzie mi się jeszcze zapewne  odwoływać nie raz i nie dwa. Już teraz, w czasie czytania powieści, patrzę na nie przez pryzmat szkicu Atwood.

 

Zgadzacie się z kryteriami, którymi wg pisarki „rządzi się” literatura kobieca? A może dorzucilibyście coś do jej listy?

 

 

LITERATURA KOBIECA

DLA LENORE

 1.  Męskie powieści są o mężczyznach. Kobiece też, ale z innego punktu widzenia. Można wyobrazić sobie powieść męską bez żadnej postaci żeńskiej, może z wyjątkiem gospodyni albo klaczy, ale nie ma powieści kobiecej bez mężczyzny. Zdarza się, że mężczyźni umieszczają w męskich powieściach kobiety, pomijając niektóre ich części – na przykład głowę albo ręce. W kobiecych powieściach też opuszcza się pewne części mężczyzn. Czasami jest to odcinek pomiędzy pępkiem i kolanami, czasami poczucie humoru. Trudno mieć poczucie humoru w pelerynie, w wichurze i na wrzosowisku.

Kobiety na ogół nie piszą takich powieści, jakie cenią mężczyźni, za to mężczyźni słyną z pisania powieści uwielbianych przez kobiety. Niektórzy uważają, że to dziwne.

2.    Lubię czytać powieści, w których strój bohaterki dyskretnie szeleści na jej piersi, albo dyskretne piersi szeleszczą pod suknią; w każdym razie mus być jakiś strój, jakieś piersi, jakiś szelest, a zwłaszcza dyskrecja. Dyskrecja przede wszystkim, jak mgła, opary, przez które lekko tylko przezierają zarysy rzeczy. Błysk różu w mroku, szmer oddechu, atłas spływający na podłogę, który co odsłania? Mniejsza o to. Naprawdę nieważne.

 3.  Mężczyźni wolą bohaterów twardych i stanowczych – twardych wobec mężczyzn i stanowczych w stosunku do kobiet. Czasami taki bohater traci głowę dla kobiety, ale zawsze jest to błąd. Kobiety nie przepadają za bohaterkami, które są twarde i stanowcze. Powinny być za to twarde i delikatne. To rodzi trudności językowe. Kiedy ostatnio analizowaliśmy język, wciąż dominowały wyrazy jednosylabowe i męskie, ale ginęły szybko w ośmiorniczych ramionach wielozgłoskowców, szepczących im z pajęczym wdziękiem: najukochańsza, najukochańsza.

 4.    Powieści mężczyzn są o tym, jak zdobywa się władzę. O zabijaniu i innych podobnych rzeczach albo o zwyciężaniu lub czymś w tym rodzaju. Tak samo jest w powieściach kobiet, choć tu metoda jest inna. W powieściach mężczyzn zdobywanie kobiety albo kobiet odbywa się jednocześnie z ze zdobywaniem władzy. Jest dodatkiem, a nie środkiem. W powieściach kobiet zdobywając mężczyznę, zdobywa się władzę. Mężczyzna jest władzą. Nie chodzi jednak o seks; mężczyzna musi kochać. Bo i po co całe to klęczenie u jej stóp, u skraju krynoliny, na perskim dywanie, jak sądzisz? No, wypowiedz to przynajmniej. Skoro nie ma nic więcej, wystarczy werbalizacja. Kocham. I teraz możesz już wstać, nie umarłeś od tego, prawda?

 5.   Nie mam już ochoty czytać o smutnych sprawach. Nie chcę żadnej przemocy, strachu, nic z tych rzeczy. Żadnych pogrzebów na końcu, choć mogą być jakieś w środku. Jeśli musi być śmierć, to niech będzie i zmartwychwstanie, a przynajmniej niebo, żebyśmy wiedzieli, gdzie jesteśmy i czego się trzymać. Depresja i nędza dobre są dla dwudziestoparolatków, oni to zniosą, nawet lubią, bo mają jeszcze dużo czasu. Ale prawdziwe życie szkodzi – lepiej go nie dotykaj, bo możesz dostać pryszczy i pomieszania zmysłów. Oślepniesz.

Ja chcę szczęścia z gwarancją, radości na okrągło, okładek, na których są pielęgniarki albo panny młode, inteligentne, ale nie za bardzo inteligentne dziewczyny, z równymi zębami, z temperamentem, z dwiema piersiami tej samej wielkości i bez niepotrzebnych włosów na twarzy. Chcę takich, na które można liczyć i które dają poczucie bezpieczeństwa, które zmienią bohatera z potencjalnego rozpustnika i zabójcy w dobrze wychowanego ziemianina o czystych paznokciach i przyzwoitym słownictwie. Zawsze, powinien mówić. Na zawsze. Nie chcę już czytać książek, jeśli nie kończą się słowami na zawsze. Niech pieszczą i gładzą mój wzrok, ale nigdy pod włos.

 6.       Niektórzy uważają, że powieścią kobiecą jest taka książka, w której nie ma ani słowa o polityce albo o stosunkach. Inni – że nie może być w niej zbyt wielu operacji, medycznych oczywiście. Jeszcze inni – że chodzi o książkę, która nie daje szerokiego, panoramicznego obrazu naszych ciekawych czasów. No cóż, ja osobiście chciałabym jednak taką, którą mogę zostawić na stoliku, nie bojąc się, co będzie, jeśli wpadnie w ręce dzieci. Sądzisz, że to bez znaczenia? Mylisz się.

 7.       Miała przerażone oczy dzikiego ptaka. Mam bzika na punkcie takich zdań. Chciałabym umieć pisać coś takiego bez zażenowania. Chciałabym móc przeczytać to bez zażenowania. Gdybym tylko potrafiła robić te dwie proste rzeczy, czuję, że mogłabym spędzić czas przydzielony mi na tej ziemi jak perła zawinięta w aksamit.

Miała przerażone oczy dzikiego ptaka. Ba, ale którego? Czy sowy uszatej albo kukułki? To przecież różnica. Nie potrzeba nam już pisarzy z pedantyczną wyobraźnią, którzy nie potrafią przeczytać słów: ciało gazeli, żeby nie myśleć od razu o pasożytach jelit, ogrodach zoologicznych i smrodzie.

Miała dzikie spojrzenie nieoswojonego zwierzęcia, czytam. Niechętnie odkładam książkę, zaznaczam wciąż kciukiem pasjonujący fragment. On za chwilę zmiażdży ją w ramionach, przyciśnie swoje gorące, zachłanne, mocne, pożądliwe wargi do jej ust i wtedy jej piersi wymkną się spod sukni, a ja nie mogę się skupić. Metafora wodzi mnie za nos przez labirynt, i nagle otwiera się przede mną cały Raj. Jeżozwierze, łasice, guźce i skunksy, spojrzenia dzikie, złośliwe lub nijakie, chamskie  albo flegmatyczne i chytre. Cóż za męka, przeczuwać to romantyczne, tak bliskie, a tak nieosiągalne drżenie ciemnoskrzydłego motyla, który przywarł do przejrzałej brzoskwini – i nie móc zanurzyć się, smakować i chłonąć. Którego? szepcę w obojętne powietrze, nie licząc na odpowiedź. Którego?

 

 

 

 



Bohema i Inni

j.szern

Irena Krzywicka

Irena Krzywicka to bez wątpienia jedna z najbarwniejszych postaci dwudziestolecia międzywojennego. Synowa Ludwika Krzywickiego, kochanka Boya-Żeleńskiego, przyjaciółka i znajoma najwybitniejszych artystów tej epoki. Wiele takich kobiet było w rozmaitych epokach – przetrwały one w anegdotach o wybitnych twórcach, szczupłych, rzucanych mimochodem wzmiankach w ich opasłych biografiach. I tyle. Kto wie, czy Krzywicka nie podzieliłaby ich losu, gdyby nie fakt, że sama parała się literaturą i postanowiła dać świadectwo o tamtych czasach. I stworzyć – a właściwie ugruntować swoją legendę biograficzną. Legendę „gorszycielki”.

Kiedy czytałam Wyznania gorszycielki, zwróciłam uwagę na tytuł. Przypomniał mi nieco Wyznania św. Augustyna. Są podobieństwa pomiędzy dziełami – oba traktują o drodze i przemianie. Oba są próbą zmierzenia się ze swoim życiem. Pewnego rodzaju spowiedzią. Krzywicka ogłasza swoją niedługo przed śmiercią. Tyle, że w przeciwieństwie do dzieła Augustyna, w jej spowiedzi brakuje tego, co stanowi jedną z podstaw tego sakramentu. Nie ma tam skruchy. Jest natomiast żal – bynajmniej nie żal za grzechy, ale żal za utraconymi czasami młodości i barwnymi przeżyciami.

Czy to przypadek, że Krzywicka koncentruje się w swojej autobiografii na szalonych latach dwudziestych i trzydziestych? Nie sądzę. Był to okres, kiedy żyła pełną piersią. Szokowała poglądami i swoją postawą. Do tej pory dla niektórych środowisk jest ona ikoną feminizmu. Bo w Krzywickiej niewiele było pruderii i zakłamania. Mówiła otwarcie o swoim feminizmie, o problemach związanych z aborcją, dyskryminacją, edukacją seksualną. Ramię w ramię z Boyem-Żeleńskim stawała do walki o świadome macierzyństwo, a jej postulaty w dzisiejszych czasach brzmią nadal niepokojąco świeżo i aktualnie.

Druga wojna światowa to przełomowy czas w życiu Krzywickiej. To czas, kiedy rozpada się jej dotychczasowe życie. Czas, kiedy traci ukochanego syna, swojego kochanka (rozstrzelany przez Niemców w Lwowie) i męża (rozstrzelany przez Rosjan). Przyjaciele opuszczają kraj, a ona z pięknej i wyrafinowanej kobiety zmienia się w istotę, która po prostu chce przetrwać.

O reszcie życia – z tego, co pamiętam, pisze niewiele. Z ciekawości sprawdziłam wówczas, kiedy zmarła. Zdziwiłam się – po wojnie żyła jeszcze przez prawie pięćdziesiąt lat. Był to czas, kiedy nie tylko wegetowała za granicami Polski, ale również tworzyła – powieści, artykuły… Patrząc na zestawienie jej prac – to właśnie okres powojenny przynosi teksty, które można ująć w bibliografii pod postacią konkretnych tomów. Tyle, że wówczas już nie była „gorszycielką”…

Wielcy i Niewielcy to zbiór wspomnień i szkiców, które powstały właśnie w okresie powojennym. Unosi się nad nimi cień nostalgii za utraconymi przyjaciółmi i utraconym światem. Ludzi, o których wspomina tu Krzywicka, znała osobiście i spotykała. Niekiedy były to spotkania przelotne, innym razem łączyły ją z nimi więzi przyjaźni, rodzinne lub uczuciowe.

Kogo my tu nie znajdziemy… Osoby znane i pamiętane i takie, których nazwiska przyprószył dawno kurz dziejowy. Artystów, pisarzy, działaczy społecznych czy politycznych. Nazwiska olśniewają: Witkacy, Pawlikowska – Jasnorzewska, Barbusse, Tuwim, Korczak, Mauriac, Rolland, Romains, Duhamel, Krzywicki, Szczuka, Jaracz, środowisko Reduty, Boy-Żeleński (i inni). To właśnie temu ostatniemu poświęca Krzywicka najwięcej miejsca w swoich wspomnieniach – ale to już temat na oddzielny wpis.

Pisząc o nich Krzywicka nie pretenduje do stworzenia pełnych portretów. Przeciwnie – dostajemy do ręki zbiór luźnych szkiców i wspomnień, wypełnionych anegdotami, których celem jest przede wszystkim ocalenie od zapomnienia tego, co jeszcze można ocalić. Krzywicka chce dać świadectwo o tych ludziach, których spotykała i tym czasom, za którymi tęskni. Ma jednocześnie świadomość ulotności wspomnień – i bardzo często przychodzi jej się pochylić nad nietrwałością swej pamięci – np. wtedy, kiedy opisuje swoje pierwsze spotkanie z przyszłym teściem, Ludwikiem Krzywickim, i jest w stanie odtworzyć wrażenie, jakie wywarło na niej mieszkanie czy menu z obiadu, a za grosz nie pamięta, o czym wówczas ze słynnym naukowcem rozmawiała.

Ponieważ materią twórczą jej szkiców są wspomnienia – trudno przy ich spisywaniu o zachowanie obiektywizmu. Krzywicka jest subiektywna do bólu. Pisząc sięga do własnych zasobów pamięci – nie wertuje książek biograficznych, artykułów, prac krytyczno-literackich. Dlatego warto czytając ten zbiór pamiętać, że nie jest on pracą naukową, ale zbiorem wspomnień, szkiców, anegdot – często zabawnych, często wzruszających – nie mniej jednak pisanych z perspektywy świadka, a nie badacza.

Równie interesujący, jak portret bohaterów, których wspomina Krzywicka, jest wyłaniający się spomiędzy kolejnych wersów, portret własny autorki. Krzywicka to postać niejednoznaczna, która w tych tekstach oscyluje pomiędzy „skromnością” (ja, zahukana panna, która przez przypadek dostała się na salony literackie), a poczuciem własnej, dość wygórowanej wartości (można niekiedy odnieść wrażenie, że autorka wręcz się „chwali” swoimi znajomościami). Cóż, skromnością i pokorą Krzywicka raczej nie grzeszyła… ;)

Nie można zapomnieć, że jeszcze jeden cień unosi się nad tą książką. Cień czasów, w których powstała. To, co łączy większość opisanych przez nią postaci to lewicowa wrażliwość. Często są to komuniści lub socjaliści – lub sympatycy tych idei.

W związku z tym kontekstem o wyrozumiałość dla Krzywickiej prosi  w Posłowiu jej syn, Andrzej, który tak pisze o okolicznościach powstania książki:

Została ona wydana pół wieku temu i nosi znamiona tamtych smutnych czasów. Chociaż nie ma w niej wprost mowy o polityce, niektóre sformułowania mogą być irytujące dla czytelnika niepamiętającego tamtego politycznego kontekstu. Warto więc krótko przypomnieć ów kontekst i jednocześnie poprosić o pewną wyrozumiałość dla autorki, która pisała pod presją ostrożnego, z konieczności, wydawcy, cenzury i względów taktycznych. Bo tak już wtedy było, że aby coś przemycić, trzeba było też coś odpuścić i napisać zdanie, którego właściwie nie miałoby się ochoty napisać. Ważne tu są wspominane fakty, a nie okolicznościowe komentarze.

Większość zebranych tekstów powstała w drugiej połowie lat pięćdziesiątych. Okoliczności właśnie zmusiły komunistów do istotnej liberalizacji. To nadal była dyktatura, ale już nie masowy terror. Zaczęły się ograniczone kontakty z Zachodem. Lewicująca inteligencja, do której matka się zaliczała, otrząsała się stopniowo z ogłupienia, jakiemu uległa wcześnie, w dużej mierze z racji własnej politycznej ślepoty. Początkowo w środowisku, w którym dorastałem, dominował tak zwany rewizjonizm, to znaczy przekonanie, że jakkolwiek panujący ustrój jest fatalny, da się go naprawić, pozostając wiernym podstawowym założeniom doktryny. Głosiło to wówczas wielu skądinąd mądrych ludzi, z Leszkiem Kołakowskim na czele. Teraz dobrze rozumiemy, że to była iluzja. Doktryna socjalistyczna, wzięta en bloc, mimo pięknych haseł prowadzi do tyranii, kiedy się ją chce na serio wprowadzać w życie. Jest to wynikiem jej wewnętrznych sprzeczności, fałszywych założeń. Dawid Hilbert, wielki niemiecki matematyk, powiedział swego czasu, że jeśli się mu pozwoli przyjąć, że           2 + 2 = 5, to on podejmie się wykazać, że czarownice na miotłach wylatują z kominów. Socjalizmu „ z ludzką twarzą” nie udało się oczywiście zbudować, ale paradoksalnie to właśnie dawni rewizjoniści, zbrojni w swe doświadczenie, przeobrazili się w najskuteczniejszych przeciwników komunizmu.

Matka myślicielką polityczną nigdy nie była, ale niewątpliwie chłonęła panującą dookoła polityczną atmosferę. Stąd wspomnienia o ludziach skrajnej lewicy, z którymi się zetknęła jako młoda dziewczyna. Nie przypadkiem wspomina tylko tych, którzy zostali później zamordowani przez bolszewików. Oni w jej oczach mieli „ludzkie twarze”, w przeciwieństwie do peerelowskich możnowładców. Jacy byli naprawdę, nie mam pojęcia, wiem o nich tyle, ile można wyczytać w internecie. Matka ich wspomina rzewnie, ale swoje osiemnaście lat zawsze tak się wspomina. Wierzę, że nie byli prostakami, choćby z racji swego urodzenia. Ale jakimikolwiek kierowali się złudzeniami i nadziejami, partia, w ramach której działali, zajęła w 1920 roku stanowisko, którego nie sposób określić inaczej niż jako powtórkę z Targowicy. Tak to odebrała większość narodu i matka przypuszczalnie też, bo się od nich odsunęła. A mój ojciec, który nie był jeszcze jej mężem, tylko jednym z najbliższych przyjaciół, i którego poglądy podzielała, zaciągnął się na ochotnika do wojska, żeby bronić Polski. Dosłużył się stopnia porucznika, za co zapłacił w dwadzieścia lat później w Katyniu (ściślej w Charkowie, ale to na jedno wychodzi). (s. 230-231)

Ten cień może niektórych – tych, którzy pamiętają PRL od nieco innej strony niż tej przedstawianej w komediach Barei – od tej książki odrzucić. Nie mniej  jednak – nawet ich – zachęcam do tego, żeby poświęcili jeden lub kilka wieczorów na lekturę Wielkich i Niewielkich. By uniknąć ewentualnej irytacji polecam ominięcie szkiców: Wera Kostrzewa, Wacek Wróblewski czy Klub imienia Rechniewskiego. To w nich szczególnie ujawnia się patetyczny i nieco wpadający w kanonizację styl, z którym swego czasu miałam okazję się zetknąć w czasie lektury wydanej zaraz po wojnie biografii Hanki Sawickiej, pióra jej przyjaciółki. Hanka Sawicka została przedstawiona niemal jak komunistyczna wersja św. Teresy od Dzieciątka Jezus…

Warto sięgnąć po książkę Krzywickiej. Warto, bo to pozycja obowiązkowa dla wielbicieli autorki oraz szalonych lat dwudziestych i trzydziestych. Warto, bo o również książka, która mimowolnie staje się świadectwem czasów, w których powstała. Warto wreszcie, choćby po to, by się przekonać, że postaci, które znamy najczęściej z ich twórczości i suchych biografii zamieszczanych w podręcznikach szkolnych – były ludźmi. I po to, by obejrzeć je oczami kobiety, która znała je, spotykała, rozmawiała z nimi, flirtowała…

Książkę Krzywickiej wypożyczyłam z biblioteki, ale po zakończeniu lektury zamówiłam własny egzemplarz. Nie jest to w tym przypadku tylko i wyłącznie odruch „kolekcjonerki” – okres dwudziestolecia międzywojennego to moja ulubiona epoka literacka i wiem, że do tekstów autorstwa słynnej „gorszycielki” będę wracała nie raz i nie dwa – choćby po to, by jakąś anegdotą lub cytatem ubarwić moje wpisy. Czekając na przesyłkę przygotowałam dla książki Krzywickiej miejsce specjalne – tuż obok Alfabetu wspomnień Słonimskiego – niewznawianej od dawna, upolowanej na allegro, książki, do której równie chętnie lubię wracać.

 

 



Polubić mężczyzn

j.szern

Ach, ta Atwood… Nie mogę wyrzucić jej z głowy – jak siedzi w głowie, to przelewa się na klawiaturę (zamiast kolejnych recenzji). Pisanie o jej tekstach jest trudne – bo co mogę dodać do tego, co jest już skończone i pełne?

Ona chciała tylko opowiedzieć jak polubić mężczyzn. Tymczasem słowa wymykają się jej spod kontroli. Są gonitwą myśli i skojarzeń. Surrealistycznym obrazem przepełnionym podskórnym strachem i obawą.

Gdybyśmy podłączyli mózg kobiety pod projektor  i zapytali ją, „jak polubić mężczyzn?” – czy właśnie ten zapis, który opowiada w swoim szkicu Atwood, zobaczyłybyśmy na ścianie?

To jak polubić tych mężczyzn? Skoro nie w kawałkach? :) Od czego zaczniemy?

***

Nadeszła pora, by znów polubić mężczyzn. Od czego zaczniemy?

Mam osobiste upodobanie do karku, bo podoba mi się to słowo, leciutko futrzaste. Ale większości z nas, zwłaszcza początkującym, radzę, by zaczynały od stóp i posuwały się w górę. Zaczynanie od głowy i wszystkiego tego, co w niej jest, byłoby doświadczeniem zbyt gwałtownym i bolesnym. Potem jest pępek, dołeczek narodzin, ślad oderwania od łodygi, coś, co nas łączy – możesz na niego popatrzyć i powiedzieć: ach, więc on też jest śmiertelny. Tylko że to bywa za blisko tych pasków i suwaków, które przysparzają ci tyle zmartwień, a przecież szukasz pocieszenia. On jest mięsożercą, a ty wegetarianką. Jakoś musisz sobie z tym poradzić.

A więc stopy . Proponuję stopy, są zakończone różowymi palcami, nieszkodliwe. Niestety, myślisz o skarpetkach, które leżą na podłodze i czekają, żeby je podnieść i wyprać. Szybciutko dodaj buty. Lepiej? Skarpety są schowane w środku, przypuszczalnie czyste.

Przyglądasz się butom, lśniącym, ale nie za bardzo – nie chcesz, by mężczyzna był brudasem i flejtuchem, ale nie może też być pedantem – i zaczynasz się odprężać. Buty są miłe i kulturalne, nie czarne, ale w szlachetnym odcieniu brązu. Żadnych krzykliwych łączeń dwóch kolorów, żadnych podwyższanych obcasów. Buty tańczą, stopy są w nich w środku, tańczą doskonale i zwinnie. Jesteś zachwycona, myślisz o Fredzie Astairze, mężczyźni znów ci się podobają. Myślisz o całowaniu tych stóp, powoli, oczywiście po porządnym wyszorowaniu, stopy rozstawiają szeroko palce, zwijają się z rozkoszy. Lubisz sprawiać przyjemność? Przesuwasz językiem po podeszwie i stopy wydają jęk. Wie, co ma robić, i robi to dobrze. Seksowny.

Ale gumowe buty nie są jedyne. Choć nie chcesz ciągnąć dalej, nie możesz się zatrzymać. Myślisz o butach do jazdy konnej, ze złowrogą szpicrutą; ale nie jest tak źle, należą do innego świata i do historii. Buty kowbojskie, dwa, stąpające szeroko, łup, łup, na głównej ulicy, za chwilę padną strzały. Ostroga, w pachwinie. Facet to tylko facet, ale po co to? Wysokie buty żołnierskie, tak wypucowane, że możesz się przejrzeć w prawym, kiedy lewy podnosi się i obcasem ląduje na twoim nosie. Teraz widzisz całe ich szeregi, maszerują, maszerują, patrzysz z poziomu ulicy, bo leżysz. Siła oznacza prawo miażdżenia, dwóch trzyma ci nogi, dwóch – ręce, piąty wpycha w ciebie ostre narzędzie, bagnet, szyjkę stłuczonej butelki, to nawet nie jest wojna, to park, plac zabaw dla dzieci, małe czerwone i żółte koniki, środek dnia, ludzie przyglądają ci się zza zamkniętych szyb samochodów. Później policjant spyta cię, co zrobiłaś, żeby to sprowokować. Buty to jednak nie jest najlepszy pomysł.

Ale z tego, że wszyscy gwałciciele są mężczyznami, nie wynika, że wszyscy mężczyźni gwałcą, mówisz sobie. Rozpaczliwie próbujesz zatrzymać obraz człowieka, którego kochasz, a także lubisz, ale teraz jest już piaszczysta równina, domy zrównane z ziemią, wznoszą się słupy dymu, okopy wypełnione po brzegi, głowy o gnijących twarzach, matki, dzieci, dziewczyny i chłopcy, także mężczyźni, zmieniają się w czaszki, kto to zrobił? Kto określa wroga? Jak można lubić mężczyzn?

A jednak nadal wierzysz, że to możliwe. Jeśli nie wszystkich, to przynajmniej niektórych, może dwóch, albo chociaż jednego. To wymaga aktu ofiary. Oto jego stopa, wystająca z pościeli, śpiąc, naga, jak w chwili narodzin. Może tam właśnie musisz wrócić, żeby dojść po jego śladach aż tutaj, przebyć całą drogę, krok po kroku. Żeby zacząć. Jeszcze raz i jeszcze raz.





Czego pragną kobiety?

j.szern

A. S. Byatt

Zbiór opowiadań A. S. Byatt jest składa się z trzech opowieści (Bajka o najstarszej księżniczce, Oddech smoka i tytułowej – Dżinn w oku słowika). Dla tych, którzy mają już za sobą doświadczenie w postaci lektury Opętania, ta pozycja będzie miłym relaksem*. Mogą jednakże również doznać rozczarowania, ponieważ w miejsce wielowątkowości i bogactwa form i treści najsłynniejszej chyba w Polsce książki Byatt, dostaną trzy pozornie nieskomplikowane i niewymagające opowieści. Być może potraktują ten zbiór jako przystawkę do dania głównego, urocze koreczki, które cieszą oko, ale nie sycą – mogą najwyżej pobudzić apetyt. Ostatecznie, w Opętaniu znajdziemy baśnie – obok wierszy, poematów, rozpraw naukowych i listów…

Tymczasem prostota opowieści Byatt jest zwodnicza. W swoim zbiorze autorka sięga do dwóch tradycji baśni – z jednej strony, w Bajce o najstarszej królewnie czy w Oku smoka mamy nawiązanie do tradycji europejskiej, z drugiej w Dżinnie w oku słowika – do tradycji baśni arabskich spod znaku Tysiąca i jednej nocy. W tej ostatniej zanurzamy się w Orient jak w ciepłe fale Morza Śródziemnego. To świat magii, który uwodzi nawet główną bohaterkę – trzeźwo myślącą Angielkę, Gillian Perholt.

Byatt nie tylko nawiązuje do tradycji baśni czy wyznaczników tego gatunku (m. in. motywy: wędrówki, mędrca, walki dobra ze złem czy przenikanie się świata nadprzyrodzonego z realnym, itp.) – również zręcznie z nimi gra. Podobnie postępuje z językiem baśni, którym chętnie posługuje się, by opisać nie tylko czasy, których daty nie idzie ustalić, ale także i naszą współczesność (której nadaje przez to wymiar uniwersalny). Sami posłuchajcie:

Dawno, dawno temu, kiedy ludzie śmigali w powietrzu na metalowych skrzydłach i stąpali po dnie morskim upłetwionymi stopy, ucząc się mowy wielorybów i śpiewu delfinów, kiedy płetwoskóre, diamentowe zjawi teksańskich pastuchów i pięknych hurys migotały o zmierzchu na wzgórzach Nikaragui, kiedy mieszkańcy Norwegii i Tasmanii głęboką zimą śnili sen o truskawkach, daktylach, guawach i passiflorze, a nazajutrz znajdowali je na swych stołach, żyła sobie kobieta w zasadzie nieważna i dlatego szczęśliwa.

Trudniła się opowiadaniem historii, choć nie była mądrą i sprytną królową, żyjącą w lęku, iż o świcie przyniosą jej kir żałobny, ani naquibombalek – przewodniczką, wiodącą szacha przez bramę snu, ani też aszik – kochanką pieśniarką, opiewającą Meheda Zdobywcę i podbój Bizancjum. Ani nawet kobietą-derwiszem w skórzanej mycce i portkach, wymachującą toporem lub laską, aby straszliwym stał się jej cień. Nie była to mehmet, snująca niewiarygodne opowieści na dworze osmańskim lub w bazarowej palarni kawy; była to zaledwie kobieta-narratolog, istota drugorzędna, która pędziła przygarbione dni w czeluściach ogromnych bibliotek, dociekając, interpretując i rozszyfrowując bajki dzieciństwa oraz reklamy świata dorosłych, nieskończone romanse złocistych spijaczy kawy i perypetie erotyczne lekarzy i pielęgniarek, książąt i skromnych dziewic, muzyków i amazonek. Czasami kobieta owa także latała. (s. 33)

Każda z tych opowieści jest zarazem cichą medytacją nie tylko nad naturą baśni, ale również i jej schematami. Każdy z bohaterów – tak jak i my – uwięziony jest w swojej opowieści i jej schematach, i na swój sposób próbuje je przełamać. To mądrość baśni – czytanych w dzieciństwie samodzielnie lub przy udziale rodziców - pomaga im zerwać ze schematem i pójść o krok dalej – w kierunku pełnego życia. Pełnia ta może mieć wiele wymiarów – może być to szczęście w małżeństwie, rodzicielstwo, spełnienie w pracy, młodość, radość czerpana z każdego dnia, z każdego oddechu. Nie ma bowiem uniwersalnego wzoru na szczęście, mimo że możemy odnieść wrażenie, że w baśniach go otrzymujemy - królewna zawsze odnajdzie swojego księcia i będą żyli długo i szczęśliwie, podczas gdy zła macocha zostanie skazana na wyrafinowane tortury. To jednak właśnie one uczą nas tego – poprzez symbole – że droga do szczęścia jest długa i kręta, a samo szczęście jest zwykle okupione jakąś stratą. Pisze o tym sama Byatt w Baśni o najstarszej królewnie:

- Jesteś urodzoną bajarką – powiedziała Stara Pani. – Miałaś dość rozumu, by dostrzec, że jesteś schwytana w bajkę, i dość rozumu, by zamienić ją na inną. Przejawiłaś także szczególną mądrość, pojmując, że ciąży na tobie klątwa – będąca również błogosławieństwem – która sprawia, że bajka jest dla ciebie ciekawsza niż wszystkie przygody. Być może inne młode kobiety nie zważałyby na zwierzęta, ostrzegające przed Drwalem, i wolałyby przekonać się same. Może postąpiłyby mądrze, a może głupio – to już ich bajka. Lecz ty posłuchałaś Karalucha i przyszłaś tutaj , gdzie zbieramy baśnie i snujemy opowieści, gdzie naprawiamy to, co da się naprawić, i dociekamy tego, co naprawić się nie da, gdzie żyjemy sobie cichutko, nie próbując zmieniać świata. Nie mamy tu własnej opowieści, jesteśmy wolni, jak wolne są stare kobiety, które nie muszą przejmować się Królewiczami lub Królestwami, lecz ciekawe są wszystkich istot i zawsze tańczą zawsze same. (s. 18)

Czy nie na tym właśnie polega mądrość opowieści, którymi żyjemy jako dzieci i o których zapominamy jako dorośli?

Macie w domu zbiory baśni? Braci Grimm, Perraulta, Andersena czy innych autorów? Może dziś albo jutro, zanim zaśniecie, weźmiecie do rąk tomiki, które być może pamiętacie z czasów dzieciństwa swojego lub swoich dzieci i sami sobie przeczytacie jedną opowieść na dobranoc.

A jeśli nie – sięgnijcie po książkę Byatt. Nie tylko po to, by jeszcze raz, niekiedy po wielu latach, poczuć się jak dzieci – ale również by wraz z nią poszukiwać odpowiedzi na pytanie „Czego pragną kobiety?”. Bo o tym też są jej opowieści.

 ___

*) Słowo „relaks”, którego użyłam w kontekście prozy Byatt może być odebrane jako drobne nieporozumienie, zwłaszcza, że deklarowałam kilkukrotnie, że nic mnie tak nie relaksuje jak babska gazeta i wanna pełna piany ;) Przy jej książkach „relaks” nabiera innego wymiaru – można go porównać do masażu – tyle, że miłej stymulacji podlega nie ciało, lecz umysł. Przedzieram się przez budowane przez nią zdania wolno i z namysłem. Z Opętaniem spędziłam miesiąc. Z Dżinnem… tydzień. O Opętaniu do tej pory nie jestem w stanie napisać – za co przepraszam wszystkich oczekujących na ten wpis. Niemoc nie wynika z zaników pamięci, ale po prostu z niemożności ogarnięcia w jednym wpisie wszystkich wrażeń, których mi ta książka dostarczyła. Może w końcu przekuję tę niemoc na metaforę – jak to zrobiłam przy okazji recenzji Zorzy wieczornych Konwickiego, z których opisem zmagałam się też przez kilka miesięcy.

Anioły i owady i Cień w słońcu A. S. Byatt zostawiam sobie póki co na czasy, kiedy będę mogła czytać te książki bez nerwowego spoglądania za okno autobusu w celu sprawdzenia, czy właśnie nie przegapiłam mojego przystanku :)



© bibliotheke
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci